EN
06.11.2021, 09:05 Wersja do druku

Nie zaznasz spokoju

O „Śniegu”, premierze w reżyserii Bartosza Szydłowskiego, rozmawiają Jakub Moroz i Przemysław Skrzydelski

Moroz: Już niedługo – jeśli nie sprawdzą się wizje klimatycznej katastrofy – spadnie śnieg.

Skrzydelski: Oto dobry początek rozmowy. Wiąże się z pewną nadzieją. Śnieg spadnie i przykryje mnożące się coraz szybciej kolejne zarazki. A może tak jakiś lockdown? Przyszłość jest niepewna. Jak u Orhana Pamuka, w którego „Śniegu” bohater również żyje w wiecznej niepewności.

Moroz: Niepewność, stan zawieszenia, sytuacja bez wyjścia – to także tematy społecznie istotne dla Bartosza Szydłowskiego, którego wersję „Śniegu” właśnie zobaczyliśmy.

Skrzydelski: W planie ogólnym tak rozpisana adaptacja noblisty mnie przekonuje. Wymieniłeś trzy ważne dla niej punkty odniesienia. A jednak gdy przyjrzeć się szczegółom, coś zaczyna zgrzytać.

Moroz: Te podobieństwa między Turcją a Polską… Można porównywać dwie skrajnie inne cywilizacje, ale w pewnym momencie staje się jasne, że nawet w słabej publicystyce by to nie przeszło.

Skrzydelski: Nie wiem, czy od razu nie wywołujemy ważnego problemu. Bo wydaje mi się, że sam Bartosz Szydłowski trochę zagadał własny spektakl już przed premierą. Te wszystkie oświadczenia: że fundamentalizm religijny tamtejszy i tutejszy, że „małe prowincjonalne miasteczko Kars jest zwierciadlanym odbiciem polskiego pejzażu”. Otóż Kars z Pamuka jak najbardziej może być poetyckim kontekstem dla Polski, jednak warto kojarzyć proporcje. To tak, jakby mówić: znam Rosję, bo naczytałem się Alaina Besançona i Andrzeja Walickiego. Nic z tego. A Turcja? To jeszcze trudniejsze. Z perspektywy europejskiej ocena Wschodu nierzadko wypada groteskowo.

Moroz: Wspomniałeś o tym, że reżyser wysyła w świat deklaracje na temat dzieła, które za chwilę wszyscy będą mogli sami ocenić – to częsty przypadek i zarazem pułapka. Odnoszę wrażenie, że gdyby Bartosz Szydłowski nie wypowiadał tylu sloganów (rozumiem, że dla reklamy koniecznych), wcale nie trzeba by przyjmować kontekstu publicystycznego. Bo najlepsze w tym wszystkim jest to, że „Śnieg” Szydłowskiego aż tak publicystyczny wcale nie jest. Powiedziałbym, że ta otoczka powstała nieco na siłę.

Skrzydelski: Masz rację: aż tak nie. W każdym razie cokolwiek sądzić o Polsce pod rządami PiS-u – a każdemu prawdziwemu konserwatyście dostarczają one wiele goryczy i smutku – to zestawianie fundamentalizmu islamskiego z chrześcijaństwem w wydaniu katolickim czy jakimkolwiek innym przypomina, jakby to powiedzieć, iluminację licealisty, który w trakcie lekcji podnosi rękę do odpowiedzi, bo chce zaimponować koleżance.

Moroz: Ale tu chodzi też o kobiety.

Skrzydelski: Nie rozwijajmy tego tematu. Rozumiem, oczywiście. 

Tam hidżaby, tu kłopot z kompromisem aborcyjnym. Wszystko się zgadza. Polski teatr szpanuje, lecz tylko we własnym towarzystwie.

No dobrze, to od początku. Pierwsza scena – bardzo dobra, co tu dużo gadać.

Moroz: Naprawdę nieźle zagrana i wyreżyserowana. Oto widzimy na wielkim ekranie, zawieszonym nad sceną, jak starszy mężczyzna, który okazuje się wybitnym profesorem nauk rolniczych (Artur Święs), wdaje się w rozmowę z młodym islamistą (Daniel Dobosz). Ten – zaczadzony radykalizmem sączonym przez pewną fundamentalistyczną rozgłośnię radiową – ma do uczonego pretensje, że nie wpuszcza na wykłady studentek o zasłoniętych twarzach. Wykładowca broni się tym, że tylko egzekwuje prawo państwowe. Ta odpowiedź nie satysfakcjonuje rozmówcy. Pyta, czy wyżej należy stawiać prawo Boga, czy prawo świeckiego państwa. W końcu wyciąga broń i strzela.

Skrzydelski: Radykalizm sączony przez rozgłośnię… Zakładam, że wypada to odnieść do naszej rzeczywistości. Widzisz taką scenę na ulicach choćby twojego ukochanego Krakowa?

Moroz: Bez problemu. Widzę, jak zradykalizowana słuchaczka Radia Maryja spod Rzeszowa przyjeżdża do królewskiego miasta i w jednej z kawiarni zaczepia liberalnego profesora filozofii. Jak wiadomo, Radio Maryja napędza przede wszystkim młodzież.

Skrzydelski: Żarty na bok.

fot. Dawid Ścigalski / mat. teatru

Moroz: Powieść Pamuka zestawia się niekiedy z pisarstwem Dostojewskiego. I słusznie. Podobieństwo nie leży tylko w poetyce powieści, balansującej między popularnym rejestrem literatury a głębią egzystencjalną czy polityczną wpisaną w konwencję kryminału. Po prostu Rosja drugiej połowy XIX w. i współczesna Turcja mają, jak się zdaje, coś wspólnego. Na pewno ogromne kontrasty społeczne, jakie rozrywają te państwa. Bo są w nich wielkie, kosmopolityczne stolice, do których docierają wszystkie zachodnie nowinki kulturalne, i archaiczna prowincja, na której ludzie żyją niemal tak, jak żyło się przed pięciuset laty. Tradycyjna religijność versus radykalna modernizacja i sekularyzm. Do tego administracja, która siłowo próbuje narzucić zachodnią organizację życia społecznego. W końcu terroryzm będący wytworem tych wszystkich napięć: w Rosji pod sztandarem socjalizmu, w Turcji – islamizmu (choć to też pewne uproszczenie). I najważniejsze: styk dwóch cywilizacji, zachodniej i nowoczesnej, oraz tradycyjnej: prawosławnej u Dostojewskiego, islamskiej u Pamuka. Tego wszystkiego nie ma we współczesnej Polsce.

Skrzydelski: Nasze konflikty społeczne i ideologiczne nie mają aż tak dramatycznego charakteru, nie toczą się między reprezentantami dwóch cywilizacji, choćbyśmy mieli coraz więcej powodów do mówienia o wojnie plemion. Pod wieloma względami nasze podziały przypominają raczej podziały w USA na postępowców i konserwatystów czy mniej wyraźny, lecz jednak obecny, spór w zachodniej Europie między establishmentem a tzw. populistami.

Moroz: Analogia, którą stosuje Bartosz Szydłowski, może pobudzić jedynie liberalne mieszczaństwo, oczekujące karykaturalnego obrazu konserwatywnej prowincji, ale nie jest instrumentem poznawczym z prawdziwego zdarzenia.

Skrzydelski: Mimo wszystko jednak, jak sam zaznaczyłeś, Szydłowski nie szuka publicystyki za wszelką cenę. Balansuje na granicy, podejmując próby ucieczki w stronę szerszej metafory. Razem z dramaturgiem Mateuszem Pakułą dopuszcza do głosu także inne wymiary powieści: egzystencjalny i romantyczny. W końcu bohater, poeta Ka (Szymon Czacki), przyjeżdża do miasteczka Kars tak naprawdę za miłością życia, a sprawa samobójstw kobiet, w którą zostaje wciągnięty, zdaje się raczej filozoficznym tłem. Przyznaj, że wątek miłosny nie zostaje potraktowany marginalnie.

fot. Jacek Martini-Kielan

Moroz: To prawda, choć brakuje mi w nim subtelności. Najbardziej dotkliwie w czasie miłosnego zbliżenia między Ka a Ipek (Anna Paruszyńska-Czacka). Ka czeka na to spotkanie długo i wiele ono dla niego znaczy. A na scenie jest to wyrażone za pomocą niezdarnych figur choreograficznych. I ta muzyka. Powtarzalne bity.

Skrzydelski: Muzyki Dominika Strycharskiego będę bronił, choć rzeczywiście nie w tym fragmencie. Jednak przeważnie udaje się jej przyczynić do wykreowania nastroju beznadziei i pustki ciążących nad zasypanym śniegiem Kars. Przyznam za to chętnie, że zupełnie nie rozumiem tych pustych choreograficznych przerywników Dominiki Knapik. Oczywiście to jest tak, że kiedy reżyser nie utrzymuje rytmu własnej narracji, musi coś wymyślić. Bartosz Szydłowski przypomina w tej strategii Jana Klatę sprzed lat kilku.

Moroz: Jestem też nieco bezradny wobec scenografii Małgorzaty Szydłowskiej. Z jednej strony rozumiem, że świat, do którego przybywa Ka, jest biedny i odpychający, stąd obecność zgaszonych barw i tandetnych mebli. Z drugiej jednak strony trudno oprzeć się wrażeniu, że to przestrzeń źle skoordynowana. Zdarzenia zdają się w niej nakładać na siebie, nużą swym podobieństwem; mówisz o rytmie narracji – i coś rzeczywiście jest z nim nie tak, jakby raz po raz sekwencjom brakowało zakończenia. Przypomina to trochę reżyserię od sceny do sceny: coś się zacina, no to idziemy dalej. Ale to, co utknęło w martwym punkcie, już nie zostaje naprawione.

fot. Dawid Ścigalski

Skrzydelski: Może odpowiedź kryje się w tym, że „Śnieg” to koprodukcja czterech teatrów. Nie sądzę, żeby adaptacja przestrzenna rozpisana aż na cztery różne sceny broniła się równie dobrze na każdej z nich.

Moroz: Widać, że nie jest to bezkarne. Wrażenie chaotyczności ma jeszcze inne powody. Chyba sama adaptacja tekstu nie jest pozbawiona wad. Bo przypomina, o dziwo, średniowieczny moralitet. Ka – everyman – odwiedza ludzi nie z krwi i kości, lecz w gruncie rzeczy jedynie reprezentujących postawy społeczne czy stanowiska polityczne. Jest przez nich kuszony, jednak stoi z boku i ma tylko opowiedzieć się za lub przeciw.

Skrzydelski: Ale raczej nie poznajemy jego myśli ani odczuć.

Moroz: Dokładnie, i to zarzut bardziej do Mateusza Pakuły czy Szymona Czackiego?

Skrzydelski: Chyba w pierwszym rzędzie do Pakuły, co mnie dziwi, bo to skądinąd bardzo ciekawy dramaturg. Ale sam Czacki przyciąga uwagę nieszczególnie.

Moroz: Istotnych ról zresztą tu nie ma. Wymieniłbym jedynie Andrzeja Szeremetę jako terrorystę o pseudonimie Granatowy. Szeremecie udaje się zbudować postać wyraźnie pękniętą. Są w niej i magnetyczna charyzma, i głębokie kompleksy. Brawura i dziecięca słabość, podejrzliwość oraz skrajna naiwność.

Skrzydelski: Zgoda. A dla mnie coś zaczyna się dziać, gdy pojawia się Juliusz Chrząstowski jako Sunay Zaim, artysta teatru hołdujący ideałom oświeceniowego liberalizmu. To sprawa umiejętności prowadzenia scenicznego dialogu, nadawania wagi słowom. Uważam, że w przedstawieniu tylko ta aktorska dwójka wprowadza nas na inny poziom rozmowy, wręcz dotykający kwestii sensu życia: to Andrzej Szeremeta i właśnie Chrząstowski.

Moroz: Ale zauważ, że poprzez postać Zaima twórcy spektaklu uderzają w liberalną inteligencję. Ta grupa skazana jest na sprzeczność, skoro jedynym sposobem ugruntowania liberalizmu może być nie – deklarowana wszem wobec – demokracja, lecz oświecona dyktatura.

fot. Marcin Gadomski

Skrzydelski: Sceny teatru w teatrze dzięki Chrząstowskiemu ogląda się z zainteresowaniem, trudno jednak nie zauważyć, że ich komizm jest zbyt łatwy. Niewiele wyjaśnia. Rozumiem, że dostaje się wszystkim: zarówno artystom progresywnym, jak i całej reszcie, bo wszyscy w jakiejś mierze są konformistyczni także we współpracy z władzą czy przekupionymi mediami, ale czy koniecznie trzeba wybierać Pamuka, by o tym powiedzieć? Za dużo teoretyzowania i załatwiania innych spraw przy okazji.

Moroz: I przez to oglądamy historię o wszystkim po trochu.

Skrzydelski: Jednak chciałbym doprecyzować, że i tak dobrze się stało, że Bartosz Szydłowski nie zamienił „Śniegu” w feerię skojarzeń wszystkiego ze wszystkim, jak to zrobił w swoim „Hamlecie” (2019), w którym Poloniusz przemawiał słowami bp. Jędraszewskiego, Laertes też był duchownym, a w związku z tym Ofelia nie wiedziała, co z tym począć. I był jeszcze zagubiony na scenie protagonista Marcina Kalisza. Nie zgadzało się prawie nic, bo reżyser w pomysłach chciał prześcignąć modnych kolegów. Szczęśliwie jednak było wystarczająco bełkotliwie, aby załapać się na Złotego Yoricka na 25. Festiwalu Szekspirowskim. A już się bałem, że nie da rady. No to „Śnieg” przynajmniej trzyma jakiś poziom i daje pretekst do rozważań.

Moroz: 

Jeśli miałbym wskazać jego podstawową wadę, powiedziałbym, że zabrakło w nim nośnej formy, która przetłumaczyłaby świat Pamuka na język sceny.

Powinny być w tym i poezja, i dramat jednostek uwikłanych w politykę. Wszystkiego mamy tu jednak namiastkę.

Skrzydelski: Jednak do czegoś Bartosz Szydłowski mnie przekonał: do dojmującego poczucia, że trudno dziś poszukiwać dla siebie wolności, kiedy każdy nakłania nas do stanięcia po którejś ze stron ideowych konfliktów. Tak, trudno umościć się w środku własnego kręgu i pozostawać do wszystkich w równej odległości. To rozpoznanie jest dość tragiczne, bo sztuka wywalczenia własnego miejsca może się okazać w ogóle nie do przeprowadzenia. Ta atmosfera, wyraźna zwłaszcza w ostatnich scenach, ze mną pozostanie. Ale to znowu jest tak, że muszę się zadowolić powidokami teatru, a nie nim samym.

Moroz: Weź jednak pod uwagę ciężar ambicji: koprodukcja czterech teatrów, realizacja złożonej powieści.

Skrzydelski: Doceniam tę ambicję. W końcu „Śnieg” Pamuka pojawia się na polskim afiszu po raz pierwszy.

Moroz: Ale nie pierwszy raz pamięć o przedstawieniu szybko stopnieje.

Skrzydelski: Tych kilka zimowych miesięcy jeszcze przetrwa, lecz czy dłużej? Nie.

Ocena: 2,5 / 6

fot. mat. teatru

„Śnieg”

wg Orhana Pamuka

reż.: Bartosz Szydłowski

adaptacja i dramaturgia: Mateusz Pakuła

scenografia i kostiumy: Małgorzata Szydłowska

choreografia: Dominika Knapik

muzyka: Dominik Strycharski

produkcja: Teatr Łaźnia Nowa

koproducenci: Gdański Teatr Szekspirowski, STUDIO teatrgaleria, Teatr Śląski w Katowicach

premiera w Gdańsku: 28 sierpnia

premiera w Krakowie: 3 września

premiera w Warszawie: 28 października

premiera w Katowicach: 19 listopada 2021 r.

Poprzednie rozmowy Skrzydelskiego i Moroza:

„Między ziemią a niebem”. Rozmowa o „Matce Joannie od Aniołów”, reż. Wojciech Faruga, Teatr Narodowy

„Gombro na oparach”. Rozmowa o „Ślubie”, reż. Radosław Rychcik, Teatr Zagłębia

„Bandaż na krwawiące serce”. Rozmowa o „Lazarusie”, reż. Jan Klata, Teatr Capitol we Wrocławiu

„Wszystko, czego dziś chcesz”. Rozmowa o „Oszustach”, reż. Jan Englert, Och-Teatr

„Ćwiczenia z nienawiści”. Rozmowa o „Sonacie jesiennej”, reż. Grzegorz Wiśniewski, Teatr Narodowy

„Czas kochania, czas umierania”. Rozmowa o „Trzech wysokich kobietach”, reż. Maksymilian Rogacki, Teatr Polski w Warszawie

„Wuefiści kontra literaci”. Rozmowa o „Końcu z Eddym”, reż. Anna Smolar, Teatr Studio

„Walka postu z karnawałem”, rozmowa o „Czerwonych nosach”, reż. Jan Klata, Teatr Nowy w Poznaniu

„Czyja to właściwie kwestia?”, rozmowa o „M. G.”, reż. Monika Strzępka, Teatr Polski w Warszawie

„Rozpacz i zmierzch”, rozmowa o „Trzech siostrach”, reż. Jan Englert, Teatr Narodowy

„Ocalony?”. Rozmowa o „Powrocie do Reims”, reż. Katarzyna Kalwat, Nowy Teatr w Warszawie

„Wojna to ich największa rozkosz”, rozmowa o „Lilli Wenedzie”, reż. Grzegorz Wiśniewski, Teatr Wybrzeże

„Jarzyna 2020/2021 – zestaw do wyświetlania”, rozmowa o „2020: Burzy”, reż. Grzegorz Jarzyna, TR Warszawa

„Teatr wtrąca się w turystykę”, rozmowa o „Biegunach”, reż. Michał Zadara, Teatr Powszechny w Warszawie 

„Strefa zgniotu”, rozmowa o „Kraszu”, reż. Natalia Korczakowska, Teatr Studio

„Oldschool dla oldboyów”, rozmowa o „Fataliście”, reż. Wojciech Urbański, Teatr Dramatyczny w Warszawie

„Kilka ciepłych chwil”, rozmowa o „Minettim”, reż. Andrzej Domalik, Teatr Polonia

„Majestat na manowcach”, rozmowa o „Królu Learze”, reż. Wawrzyniec Kostrzewski, Teatr Dramatyczny w Warszawie

„Tuląc nieobecnych”, rozmowa o „Odysei. Historii dla Hollywoodu”, reż. Krzysztof Warlikowski, Nowy Teatr w Warszawie

„Eseje znad Styksu”, rozmowa o „3SIOSTRACH”, Reż. Luk Perceval, TR Warszawa, Narodowy Stary Teatr

„Ziemio, przebacz”, rozmowa o „Pikniku pod Wiszącą Skałą”, reż. Lena Frankiewicz, Teatr Narodowy

„Rewolta w podrygach”, rozmowa o „Biesach”, reż. Paweł Miśkiewicz, Narodowy Stary Teatr

„Babski stan”, rozmowa o „Uszedłem tylko ja sam”, reż. Agnieszka Glińska, Teatr Dramatyczny w Warszawie

„Falowanie i spadanie”. Rozmowa podsumowująca sezon 2020/2021

„Prawdziwe kłamstwa”, rozmowa o „Balkonie”, reż. Jan Klata, Teatr Wybrzeże

„Spokojnie, to tylko początek sezonu”, rozmowa o „Jak wam się podoba”, reż. Krzysztof Rekowski, Teatr Jaracza w Olsztynie

„Wirówka z toksynami”, rozmowa o „Tramwaju zwanym pożądaniem”, reż. Małgorzata Bogajewska, Teatr Ochoty

„Wtopa w ciemnościach”, rozmowa o „Życie jest snem”, reż. Paweł Świątek, Teatr Imka

„Rach-ciach”, rozmowa o „Inteligentach”, reż. Wojciech Malajkat, Scena Mała Warszawa

„Dzielenie przez zero”, rozmowa o „Krumie”, reż. Małgorzata Warsicka, Teatr Polski w Bielsku-Białej

„Ente piętro świadomości”, rozmowa o „Twarzą w twarz”, reż. Maja Kleczewska, Teatr Powszechny w Warszawie i Teatr Polski w Bydgoszczy

„Poszaleć bez okazji”, rozmowa o „Don Kichocie”, reż. Igor Gorzkowski, Teatr Soho

„Poczciwa norma”, rozmowa o „Wachlarzu”, reż. Maciej Englert, Teatr Współczesny w Warszawie

Źródło:

Materiał własny