17.04.2021, 09:27 Wersja do druku

Oldschool dla oldboyów

O „Fataliście” w reżyserii Wojciecha Urbańskiego, premierze Teatru Dramatycznego w Warszawie, rozmawiają Jakub Moroz i Przemysław Skrzydelski


Skrzydelski: Nadal jesteśmy zamknięci, dyscyplina króluje, niektórzy mają maski na nosie nawet w trakcie jazdy rowerem. Teatr zaś, jak powszechnie wiadomo, to miejsce, w którym można się zarazić zaraz po wejściu do holu. A nam z kolei już się kończą premiery do omawiania. W każdym razie do Teatru Dramatycznego nie-on-line’owego jeszcze zdążyliśmy.

Moroz: I to na dramat autorstwa samego dyrektora sceny.

Skrzydelski: Prestiżowo.

Moroz: Zanim zaczniemy rozmowę o samym przedstawieniu, czuję konieczność ustosunkowania się do pryncypialnej krytyki, której Tadeusz Słobodzianek był poddawany przez młodą lewicę teatralną jakiś czas temu.

Skrzydelski: Stare dzieje. Po co do tego wracać?

Moroz: Sądzę, że tamten spór wciąż jest niestety punktem odniesienia w rozmowie o Dramatycznym. Chcę powiedzieć, że zupełnie nie rozumiałem podstaw tamtej krytyki. Opierała się ona na przekonaniu, że „teatr środka” Słobodzianka to formuła przebrzmiała, bazująca na archaicznym sposobie myślenia i nieaktualnej estetyce.

Zawsze zdumiewała mnie łatwość, z jaką lewica – teatralna i pozateatralna – potrafi określać, co jest postępem, a co nie, czym jest awangarda dziejów, a co ich ariergardą. Ja z kolei nie przychodzę do teatru z żadnym programem estetycznym i zdaje mi się dogmatyzmem rozliczanie twórców z wymagań jakiejś abstrakcyjnej doktryny.

Moroz: Dlatego Słobodzianek słusznie, o ile dobrze pamiętam, bronił się, przywołując przykłady zagraniczne, zwłaszcza ze świata anglojęzycznego, pokazujące, że choćby West End opiera się na solidnie wystawionych dramatach, klasycznych czy współczesnych. I West End wciąż ma się znakomicie, co więcej: zatrudnia najlepszych aktorów na świecie. Ale odrzucenie tej – dogmatycznej, jak utrzymujesz – krytyki to jedno, a ocena bilansu osiągnięć Słobodzianka po 2012 roku, kiedy objął funkcję dyrektora Dramatycznego, to rzecz zupełnie inna. W każdym razie w moim przekonaniu ten bilans wypada słabo. Do tego stopnia, że można powiedzieć, że na dużej scenie wygląda rażąco słabo; były wyjątki, choć też z zastrzeżeniami: „Nosorożec” (reż. Artur Tyszkiewicz), „Absolwent” (reż. Jakub Krofta), „Sługa dwóch panów” (reż. Tadeusz Bradecki). Jednak niemal wszystkie wielkie tytuły zostały straszliwie zmarnowane: m.in. „Operetka”, „Trzy siostry”, „Król Edyp”, „Kupiec wenecki”, „Miarka za miarkę”, „Sen nocy letniej”, no i „Hamlet”. Zazwyczaj było tak, że miałem wrażenie, że albo sztukę reżyserował ktoś, kto nie był do niej przekonany i przygotowany, albo sama decyzja o tekście była podejmowana na chybcika, byle tylko udowodnić, że Dramatyczny wystawia całą klasykę dramatu światowego. Do tego dochodzi problem z wyjątkowo nierównym poziomem aktorstwa w tym zespole.

Moroz: Aż tak źle chyba nie było. Choć, muszę przyznać, niektóre premiery nie miały zbyt wielu powtórzeń i niełatwo można było je ustrzelić dla siebie. Masz tu większe doświadczenie.

Skrzydelski: A teraz pochwała: udało się sporo na scenach kameralnych i przede wszystkim w Teatrze Na Woli, który swoją drogą właśnie przechodzi do historii. Tam właśnie Wojciech Urbański pokazał znakomite „Osy” Wyrypajewa, Wawrzyniec Kostrzewski „Wszystkich moich synów” Millera, Małgorzata Bogajewska zaś „Wzrusz moje serce” Levina. Zdarzyły się jeszcze z dwie rzeczy nie do odrzucenia. Aha, no i świetna Agnieszka Glińska z również Millerowskim „Widokiem z mostu” na małej scenie. Niezwykle ważnym osiągnięciem Tadeusza Słobodzianka było zawsze Laboratorium Dramatu, choć to już dawniejsze czasy. W pewnym sensie zawsze uważałem, że tyle scen do zarządzania dyrektorowi nie posłużyło – wcześniej kierował tylko sceną wolską i było ciekawiej. Nawet niegdyś ukuło się pojęcie „Sloboplex”. Trochę niezręczne, ale coś w tym jest.

Moroz: Jak na tym tle wypada „Fatalista”?

Skrzydelski: Ale tekst czy spektakl? Bo jestem skłonny sądzić, że Wojciech Urbański wycisnął z dramatu wszystko, co mógł.

Moroz: Dobre pytanie. W moich ustach chyba brzmiałoby: kto ponosi winę za artystyczne niespełnienie? Ale, raz jeszcze zaznaczam, nie krytykuję z pozycji jakichś oczekiwań programowych. Raczej myślę, że Słobodzianek przegrywa w grze, którą sam proponuje.

Skrzydelski: Zaraz to rozwiniesz. Powiedzmy jeszcze, że akcja sztuki zaczyna się przed wojną, w czerwcu 1938 roku. I rozgrywa się w Warszawie, przy ul. Krochmalnej. To ta sama, przy której mieszkał Isaac Singer. Ważny trop, skoro sam Słobodzianek pisze o swojej sztuce, że jest „singerowska”.

Moroz: Jeszcze kilka singerowskich motywów i odniesień – a to do Biłgoraja, a to do życiorysu i twórczości noblisty – znajdziemy. Najważniejsze jednak, że singerowska z ducha ma tutaj być sama istota, czyli rozprawa z losem, szczególnie losem żydowskim, a także medytacja nad koniecznością, a z drugiej strony wolnością w życiu człowieka.

Skrzydelski: Tytułowym fatalistą jest Beniamin (Robert Majewski), urzędnik bankowy, syn rabina, który porzucił wiarę swoich przodków, choć zachowuje tradycję ze względu na swoje dzieci. Jest on domorosłym filozofem, miłośnikiem Spinozy, zakładającym, że człowiek to igraszka w rękach losu, niemająca wpływu na kluczowe sprawy również we własnej biografii.

Moroz: To odwrotnie niż jego żona, Lea (Magdalena Czerwińska), córka kupca, pewnie poruszająca się w rzeczywistości, robiąca duże wrażenie, zwłaszcza na męskim otoczeniu, wierząca, że człowiek jest kowalem swego losu.

Skrzydelski: Słobodzianek gra na tym kontraście, zwiększając napięcie między małżonkami aż do granic w nieproporcjonalnie długim pierwszym akcie sztuki (który zresztą dwa lata temu był na tej samej małej scenie pokazywany jako samodzielne przedstawienie). Poznajemy w nim realia niezamożnej żydowskiej rodziny z ambicjami w przedwojennej Warszawie. Są i szabasowe świece, i rosół, i modlitwa; wszystko to wydawałoby się wręcz żydowską cepelią, gdyby nie świadomość, że solenny rytuał rodzinny jest tylko inscenizacją na potrzeby potomków. A za nią kryją się niewiara w zaklęcia modlitw i wzajemna niewierność małżonków, która doprowadzi do ich rozstania. A rozstanie doprowadzi do rozdzielenia wojennych losów, zakończonych całkiem inaczej.

Moroz: I już w drugim akcie poznajemy Ułana, jednego z kochanków Lei. A w trzecim Dorę (Anna Gajewska), dawną kochankę Beniamina i przyjaciółkę domu. Ten pierwszy to tak naprawdę Bolesław Wieniawa-Długoszowski, archetyp ułańskiej fantazji, do bólu romantycznej i naiwnej, symbol elit rządzących Polską przed 1939 rokiem, a może szerzej: symbol polskiej tradycji patriotycznej, tej, co to – tak chyba widzi to Słobodzianek – jest gotowa rzucać się konno na czołgi. Dora z kolei to fanatyczna komunistka. Przychodzi do Lei i Beniamina prosić o czasową opiekę nad córką Aurorą, bo sama zamierza wskoczyć do paszczy lwa, czyli wyjechać do stalinowskiej Rosji w apogeum czystki. Interesującą postacią, która także pojawia się w „Fataliście”, jest Jan Lechoń (Piotr Siwkiewicz).

Zdaje się, że Słobodzianek za parawanem historii uderza też w dzwon aktualnych polskich sporów.

Próbuje odmalować polską prawicę jako obóz triumfalistycznej zaściankowości i lewicę spod znaku Krytyki Politycznej jako fanatycznych utopistów. Słobodzianek symetrysta pokazuje, że do obu opcji równie mu daleko. Historia okazuje się maską współczesności.

Skrzydelski: Słobodzianek symetrysta? Być może tylko w formalnym założeniu. Jednak historia w „Fataliście” to nie tylko parawan. Rzeczą ważną, kolejny raz u autora, jest Holokaust, zmierzenie się z pytaniem o charakter zła w XX-wiecznej historii. Tym razem może bardziej teologicznie to zagadnienie zostaje wypowiedziane. Szczególnie w ostatniej części dramatu, kiedy już wiemy, że bliscy Beniamina – ci, co wierzyli w możliwość ocalenia – zostali zadenuncjowani i okrutnie zginęli. Nie ma już nikogo: ani żony, ani synów. Wieniawy ani Lechonia również nie ma, choć przecież z innych powodów. A sam Beniamin, do końca przekonany o nieuchronności klęski, ślepym lub ponuro ironicznym zrządzeniem losu przetrwał. I chyba odzyskał wiarę w Boga – ale tylko po to, by odnotować jego okrutną naturę. W finale są w tym tekście fragmenty poruszające. Nie zdradzajmy detali.

Moroz: Nie zostałem jednak tym wszystkim przekonany. I tu wracam do Słobodzianka przegrywającego na własnym polu. Bo dla mnie twórca ten był najlepszy wtedy, gdy w swojej dramaturgii odwoływał się do baśni i średniowiecznego moralitetu. Napięcie: między naiwnością a okrucieństwem świata przedstawionego, nauką moralitetu a nihilizmem i skomplikowaniem ludzkiej natury, dawało wyjątkowy efekt np. w „Merlinie”, jednej z pierwszych sztuk Słobodzianka. Dramat zyskiwał na obnażeniu teatralnych szwów, sztuczności formy, za którą stała poważna refleksja nad człowiekiem i jego sprawami. A „Fatalista” to nadal bardziej dramat idei, wcielonych w postaci. Tyle tylko, że udaje teatralny realizm. I nie wychodzi ta sztuczka. Za mało tu mięsa życia, żebym mógł uwierzyć. Za dużo deklaratywnych szarż, w których ważą się ideowe racje, ale racje nie dość ucieleśnione.

Skrzydelski: Dla mnie spośród rzeczy Tadeusza Słobodzianka najważniejsza była niegdyś trylogia wierszalińska. Tutaj coś zanadto szeleści papierem. Postaci są określone bardziej przez pewien typ społeczny, do którego przynależą, niż przez swoją indywidualność. Beniamin: wyemancypowany Żyd – liberał, Dora: fanatyczna żydowska komunistka, Wieniawa: tromtadracki patriota… To właśnie typy, a nie charaktery. W dodatku wielokrotnie już eksploatowane.

Moroz: Wspaniale wyczuwa to takie zwierzę teatralne jak Grzegorz Małecki. I dlatego jego Ułan jest tak dobry. Małecki gra efektownym skrótem, wyrazistym i komicznym. Trochę, jakby odgrywał postać z szopki krakowskiej. I osiąga sukces, bo instynktownie znajduje rodowód swego bohatera. A ten nie leży w realizmie.

Skrzydelski: Wracamy zatem do pytania: czy Wojciech Urbański mógł zrobić z tym coś więcej? Chyba nie. Tak krawiec kraje, jak materii staje. Być może jest tak, że sytuacja sceniczna jest dla Słobodzianka często bardziej pretekstem do wygłoszenia i zderzenia idei niż autonomiczną wartością. Natomiast ról Czerwińskiej i Majewskiego bym bronił.

Moroz: Według mnie zbyt mało tu zatrzymań, gry emocji, niuansów psychologii, żebym mógł uwierzyć w realność tego świata i się nim przejąć. Scenografia z kolei, choć w zamyśle szlachetnie oszczędna, nieprzesłaniająca dramatu, także w tym kontekście nie pomaga.

Skrzydelski: Dodajmy, że Słobodziankowi i tym razem nie udaje się uciec od swoich starych obsesji. Mamy więc obraz obrzydliwych polskich antysemitów na każdym kroku czających się, by dopaść swoich żydowskich ziomków. W jego „Niedźwiedziu Wojtku” sprzed kilku lat antysemici byli w armii Andersa, teraz pada sugestia, że może również w MSZ pod kuratelą Becka. Dydaktyzm przemycany we frazach, gdzie tylko się da. Aż się dziwię, że w „Fataliście” nie ma nic o katolickich księżach (antysemickich ex definitione), bo w „Historii Jakuba”, która jest przecież opowieścią o losach ks. Romualda Wekslera-Waszkinela, kapłan miał gosposię, której dawał pieniądze na siódmą z rzędu aborcję, a klerycy myśleli jedynie o orgiach. Pisałem o tym po premierze cztery lata temu, inni też o tym pisali jeszcze szerzej, np. nieoceniony Andrzej Horubała.

Nie bronię dramaturgowi bycia antyklerykałem, ale zauważam, że to antyklerykalizm groteskowy, i myślę, że koniunkturalny, na salony przeznaczony, przy pozorach wspomnianego przez ciebie symetryzmu.

Moroz: Mało tego. Dyrektor w swoich diagnozach zatrzymał się gdzieś pod koniec lat dziewięćdziesiątych minionego wieku i reprodukuje obraz świata rodem z łamów „Wyborczej” tamtego czasu. Oto żyjemy w kraju, w którym światła mniejszość liberałów z dużych miast musi się bronić – to znaczy także bronić honoru i podstaw moralności – przed naporem tłuszczy, złożonej w połowie z antysemitów od zapoznanego już dziś Leszka Bubla, a w połowie z dewotek od Rydzyka. I Słobodzianek nie może darować sobie epatowania: a to bigotów nieprzystojnością obyczajową, a to żydożerców empatią wobec nielubianej przez nich nacji. I ostatecznie to właśnie ludzie tacy jak Beniamin w typie oświeceniowego libertyna, co to nie zgrywa świętoszka, pomstuje na Boga i nie jest bez skazy w pożyciu małżeńskim, i tak okazują się najbardziej moralni.

Skrzydelski: Wiem, wiem. Moralista Tadeusz Słobodzianek w świetle fleszy przy okazji swoich premier podający rękę Jerzemu Urbanowi. Cudownie popatrzeć.

Moroz: Sięgnę jeszcze do słownika lewicy i wspomnę o klasizmie, charakteryzującym świat nowszych dramatów Słobodzianka. Źli są przede wszystkim ludzie prości. Kontrastuje się ich z ludźmi wykształconymi, z miasta, reprezentującymi wyższą kulturę, a więc wyższą moralność.

Skrzydelski: To działało jeszcze dekadę temu w przypadku „Naszej klasy”, bo było piekielnie dobrze napisane. Teraz to już jedynie powtórki, stare melodie, które zasłużony dramatopisarz kocha najbardziej. Dopowiem tylko, że publicystyczne dyskusje w Polsce co najmniej od dziesięciu lat przebiegają już na innych zasadach, są bogatsze i bardziej racjonalne, bo weryfikowane przez wiele ośrodków opiniotwórczych (choć nadal ich pięć razy za mało). „Wyborcza” nie dzierży już monopolu i chyba już nawet nikt ze środowiska artystów nie czuje obowiązku, aby przy porannej kawie z największego dziennika dowiedzieć się, co powinien myśleć do następnego świtu. Ale zostawmy już problem ze słuchem społecznym Słobodzianka.

Jednak uczciwie trzeba przyznać, że nie sposób odmówić przedsięwzięciu Wojciecha Urbańskiego i jego ekipy pewnej szlachetności rzemiosła?

Moroz:

To przy wszystkich wadach teatr, który widzów szanuje, dba o klarowność porozumienia z nimi i chce z nimi odbyć rozmowę na ważne tematy.

Skrzydelski: No i warsztatowo sprawny model do chwalenia się przed tymi, którzy już nie wiedzą, co to znaczy na scenie prowadzić dialog i snuć opowieść.

Moroz: Zgoda. Tylko czy tyle wystarczy? To aż tyle czy tylko tyle?


Ocena: 3 / 6

fot. fot. Piotr Smoliński

Tadeusz Słobodzianek

„Fatalista”

reż. Wojciech Urbański

scenografia: Joanna Zemanek

Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy (Mała Scena)

premiera: 13 lutego 2021 r.

Poprzednie rozmowy Skrzydelskiego i Moroza: 

„Między ziemią a niebem”. Rozmowa o „Matce Joannie od Aniołów”, reż. Wojciech Faruga, Teatr Narodowy

„Gombro na oparach”. Rozmowa o „Ślubie”, reż. Radosław Rychcik, Teatr Zagłębia

„Bandaż na krwawiące serce”. Rozmowa o „Lazarusie”, reż. Jan Klata, Teatr Capitol we Wrocławiu

„Wszystko, czego dziś chcesz”. Rozmowa o „Oszustach”, reż. Jan Englert, Och-Teatr

„Ćwiczenia z nienawiści”. Rozmowa o „Sonacie jesiennej”, reż. Grzegorz Wiśniewski, Teatr Narodowy

„Czas kochania, czas umierania”. Rozmowa o „Trzech wysokich kobietach”, reż. Maksymilian Rogacki, Teatr Polski w Warszawie

„Wuefiści kontra literaci”. Rozmowa o „Końcu z Eddym”, reż. Anna Smolar, Teatr Studio

„Walka postu z karnawałem”, rozmowa o „Czerwonych nosach”, reż. Jan Klata, Teatr Nowy w Poznaniu

„Czyja to właściwie kwestia?”, rozmowa o „M. G.”, reż. Monika Strzępka, Teatr Polski w Warszawie

„Rozpacz i zmierzch”, rozmowa o „Trzech siostrach”, reż. Jan Englert, Teatr Narodowy

„Ocalony?”. Rozmowa o „Powrocie do Reims”, reż. Katarzyna Kalwat, Nowy Teatr w Warszawie

„Wojna to ich największa rozkosz”, rozmowa o „Lilli Wenedzie”, reż. Grzegorz Wiśniewski, Teatr Wybrzeże

„Jarzyna 2020/2021 – zestaw do wyświetlania”, rozmowa o „2020: Burzy”, reż. Grzegorz Jarzyna, TR Warszawa

„Teatr wtrąca się w turystykę”, rozmowa o „Biegunach”, reż. Michał Zadara, Teatr Powszechny w Warszawie

„Strefa zgniotu”, rozmowa o „Kraszu”, reż. Natalia Korczakowska, Teatr Studio

Źródło:

Materiał własny