28.05.2021, 13:33 Wersja do druku

Kilka ciepłych chwil

O „Minettim. Portrecie artysty z czasów starości” w reżyserii Andrzeja Domalika, premierze Teatru Polonia, rozmawiają Jakub Moroz i Przemysław Skrzydelski


Moroz: I znów uczciliśmy otwarcie teatrów. Otwarcie na koniec sezonu. Dziwna sytuacja, bo teraz z kolei będzie aż za dużo do oglądania.

Skrzydelski: Lubię, gdy jest dużo do oglądania, bo wtedy można rozmawiać tylko o tym, co ciekawsze. Co nie oznacza, że sądzę, że będzie dobrze. Myślę, że gorzej będzie, tak ogólnie i we wszystkim. A w teatrze to już bardzo źle.

Moroz: Jesteś pesymistą. Niech będzie. W każdym razie dzień naszej wyprawy do teatru Krystyny Jandy był pogodny, a publiczność nastawiona optymistycznie.

Skrzydelski: Polonia to bezpieczny wybór, bo zespół w tym teatrze na pewno od dawna zaszczepiony.

Moroz: Ale czy „Minetti. Portret artysty z czasów starości” to bezpieczny wybór repertuarowy?

Skrzydelski: Wyjątkowo niebezpieczny, dlatego że to Thomas Bernhard – to jasne. Natomiast dla sceny Krystyny Jandy jeszcze bardziej niebezpieczny. Do tego stopnia, że 

reżyser Andrzej Domalik i twórcy tego spektaklu postanowili za wszelką cenę Bernharda uczynić bezpiecznym i do przyjęcia dla każdego. Z tym że to po trosze samobójstwo.

Moroz: Zacznijmy jednak od początku. „Minetti” przedstawia aktora, Minettiego właśnie, w momencie, gdy ten po trzydziestu latach niegrania umawia się na spotkanie z dyrektorem teatru w hotelu w nadmorskiej Ostendzie, by móc po raz ostatni wrócić na scenę.

Skrzydelski: Nie gra odkąd – jak twierdzi – „oparł się klasycznej literaturze”. Nie oparł się tylko Szekspirowskiemu Learowi, do którego właśnie zamierza powrócić – i to w masce wykonanej przez Jamesa Ensora… Tylko że tak naprawdę nie wiemy, czy do spotkania ma dojść, czy stary Minetti nie wyobraził sobie tego wszystkiego w swojej szalonej głowie?

Moroz: Tak, bo to właściwie zderzenie opowieści o świecie wymarzonym z rzeczywistością. I wybucha z tego, jak to u Bernharda, wulkan frustracji. „Minetti” to rzecz o doskonałości sztuki, ale i o jej nędzy. Apoteoza artysty, lecz i bezlitosna kpina z jego kondycji.

Skrzydelski: Może apoteoza poprzez szyderstwo?

Moroz: Chyba akurat ta znana formuła w nieco innym sensie tutaj pasuje. Zresztą Minetti to postać prawdziwa. Mówimy o jednym z najwybitniejszych artystów niemieckich scen XX wieku, którego kariera potoczyła się zupełnie inaczej niż u Bernharda. Był to aktor spełniony, mający na swoim koncie wiele najważniejszych w Niemczech ról teatralnych i filmowych. W końcu, w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, zagrał też Bernhardowską „szyderczą apoteozę” u Clausa Peymanna w Stuttgardzie i Bochum.

Skrzydelski: Kronikarsko odnotujmy, że „Minetti” jako tekst w 1999 r. pojawił się też w Polsce. W rolę tytułową wcielił się wówczas Ignacy Gogolewski, a przedstawienie wyreżyserował Gilles Renard w warszawskim Teatrze Polskim. Spektakl raczej nie wzbudził entuzjazmu. Żałuję, ale nie widziałem. Można by było porównać Gogolewskiego z Janem Peszkiem grającym u Domalika.

Moroz: Czyli nie ma „Minetti” szczęścia do inscenizacji w Polsce.

Skrzydelski: Co może dziwić z trzech co najmniej powodów. Po pierwsze, Bernhard jest u nas dobrze oswojony – nie tylko, choć przede wszystkim dzięki realizacjom Erwina Axera i Krystiana Lupy. Po drugie, to w opinii znawców jedna z najlepszych sztuk tego autora. I po trzecie wreszcie: „Minetti” jakoś wariacyjnie eksploruje wątki obecne w innych dramatach Bernharda, zwłaszcza w „Komediancie” wystawianym u nas częściej, ale też w mniej znanej „Sile przyzwyczajenia”.

Moroz: Minetti to jeszcze jeden Bernhardowski sadysta – monologista zadręczający otoczenie bezwzględnymi tyradami i bezlitosnymi sądami. Przed jego trybunałem zostaje postawiona z jednej strony sztuka, a z drugiej społeczeństwo. I – jak można było się spodziewać – nikt nie wychodzi z tego sądu bez ciężkiego wyroku. Sztuka, nawet ta klasyczna, a może szczególnie ona, stała się, jak twierdzi Minetti, usypiającym, zabijającym wrażliwość narkotykiem w rękach bezmyślnego społeczeństwa.

Skrzydelski: Dlatego aktor chwilami radykalnie kwestionuje jej wartość. Nie wierzy w klasykę, ale i odrzuca postęp. Buntuje się przeciw mieszczańskiemu stępieniu umysłu, a przecież sam na trzydzieści lat zamilknął, by hodować warzywa gdzieś u siostry na odludziu. Minetti ośmiesza wszystko i wszystkich wokół, lecz i dokonuje nieustannej autokompromitacji za sprawą swych manii i fobii.

Moroz: To trudna rola. Postać wyróżnia się tragizmem, powagą, mrokiem, ale przecież także komizmem, a nawet przerafinowaną farsowością.

Skrzydelski: Choć ta farsowość wcale nie tłumaczy obecności tego dramatu w repertuarze Teatru Polonia.

Moroz: Masz chyba jakiś zasadniczy problem z tą sceną.

Skrzydelski: Nie tyle z samą sceną, ile z próbami wmontowania w nią ambitniejszego repertuaru.

Moroz: Mimo wszystko to szlachetny zamiar.

Skrzydelski: Szlachetny, tylko tak się składa, że za każdym razem widownia tego teatru przyzwyczajona do fars i sztuk dobrze skrojonych nie jest gotowa na inny rodzaj percepcji. Może gdy Krystyna Janda otwierała tę scenę ponad dziesięć lat temu, było inaczej, ale dziś już nie da się ukryć, że Polonia to teatr z określoną publicznością. W 2018 r. Piotr Cieplak wystawiał tu „Krzesła” Eugène’a Ionesco. Odniosłem wtedy wrażenie, że tekst się nie przebija na drugą stronę, jest zbyt hermetyczny. Może dlatego dziś Andrzej Domalik spróbował innej metody: wygładził dramat, wyjął z niego tylko to, co nakazuje wzruszyć się nad losem i artysty, i teatru. Bernhard staje się przez to autorem zupełnie innym. A widzowie przeżywają jedynie wieczór pełen wzruszeń.

Moroz: Chcę jeszcze powiedzieć, że „Minetti” z powodów, które już zasygnalizowaliśmy, wydaje się tekstem świetnym na podsumowanie kariery wielkiego aktora i jego ostateczną rozprawę ze sztuką.

fot. mat. teatru

Skrzydelski: No to masz niebywale zdolnego i doświadczonego, a przy tym obdarzonego niezwykłym zmysłem scenicznej ironii Jana Peszka w tytule stworzonym jakby specjalnie dla niego. I co? Zamiast sumy doświadczeń artysty serwuje się nam sentymentalny benefis. Wszystkie sensy Bernharda, o których mówiliśmy, zredukowano tu do prostej legendy poète maudit (bo przecież Minetti musiał niegdyś niczym wygnaniec odejść z teatru na skutek skandalu związanego ze stosunkiem do teatru), nad którym wypada uronić łzę, że taki wrażliwy, tak się stara i tak bardzo jest przez mieszczan wyklęty.

Moroz: Do końca się nie zgodzę. Momentami Jan Peszek jednak walczy o bardziej pogłębiony portret postaci. Widać tu niekiedy komiczny dystans do własnej kreacji albo wręcz chęć jej ośmieszenia. Ale masz rację, że te chwile przegrywają z kształtem całego przedstawienia. A zwłaszcza z muzyką, niby dyskretną i minimalistyczną, a osuwającą się jakże często w tani liryzm.

Skrzydelski: Muzyka jest wręcz nieznośna. I tautologizuje to, o czym opowiada Jan Peszek. Wiesz, ja nie mówię, że Peszek sobie nie radzi. Zmienia tonacje, zachwyca warsztatem, chwilami nawet szarżuje – to wszystko prawda. Ale to nie jest postać Bernharda. To Jan Peszek, który chce, żebym się zadumał. Nie czuję grozy jego umysłu. A ona jest wyczuwalna, niemal natychmiast. Wspomniałem o „Sile przyzwyczajenia”, dramacie o trupie cyrkowej, której szef zamęcza podopiecznych specyficzną musztrą. Grał to dziewięć lat temu w Teatrze Ateneum równie wybitny Krzysztof Gosztyła. Sytuacja była inna, bo wtedy udało się reżyserce Magdalenie Miklasz pokazać cały nonsens, szaleństwo, jakim może się stać choćby dążenie do perfekcji w sztuce – i to był pod tym względem przemyślany teatr – ale mimo wszystko Gosztyle też sporo zabrakło. Był groźny, ale nie budził grozy.

Moroz: Ale chyba nie jest tak, że jeśli Bernhard, to tylko w wydaniu Lupy?

Skrzydelski: Zupełnie nie musi tak być. Ale na pewno Lupa nie idzie na kompromisy, bo nie musi.

Moroz: Wracając do Jana Peszka: buduje rolę z trików i gier z publicznością. Nierzadko efektownych. Jednak nie chce jej wykorzystać jako okazji do artystycznej spowiedzi. Może jestem naiwny, może egzaltowany, ale tego bym oczekiwał: „Minettiego” jako spowiedzi.

Skrzydelski: Egzaltacja to akurat także dobre słowo na określenie unoszącej się nad spektaklem aury. W finale staje się to już męczące.

Moroz: Sztuki Bernharda – i ta nie jest wyjątkiem – to często solilokwia. A jednak nie mogę zignorować faktu, jak bardzo obok istnieją w przedstawieniu pozostałe postaci, które w sylwestrową noc zakłócają refleksje Minettiego. Rodzaj pantomimy czy układu tanecznego, który zostaje wówczas wprowadzony, zdaje się wyjęty z innej historii.

Skrzydelski: Nie przeszkadzało mi to – to znaczy, uważam, że to problem poboczny. Za to nieźle wypada oczekująca w hotelowym holu Dama Małgorzaty Zajączkowskiej, której otwierający monolog, pełen rozpaczy i komizmu zarazem, na temat sposobu spędzania sylwestra, umiejętnie wprowadza w świat Bernhardowskich stanów świadomości. Szkoda, że ciąg dalszy nie kontynuuje tej zapowiedzi. Cała nadzieja w tym, że w najbliższym czasie szykuje się na polskich scenach kilka innych propozycji na podstawie tekstów austriackiego pisarza.

Moroz:

Zatem wciąż czekamy na polskiego Minettiego, który opowie nam o chwale i nędzy teatru?

Skrzydelski: Czekamy. Choć tę chwałę i nędzę znamy już cokolwiek dobrze.


Ocena: 3 / 6

fot. mat. teatru

Thomas Bernhard

„Minetti. Portret artysty z czasów starości”

przekład: Monika Muskała

reżyseria: Andrzej Domalik

Teatr Polonia (Duża scena)

pokaz zamknięty: 20 maja 2021 r.

premiera: 7 czerwca 2021 r.


Poprzednie rozmowy Skrzydelskiego i Moroza: 

„Między ziemią a niebem”. Rozmowa o „Matce Joannie od Aniołów”, reż. Wojciech Faruga, Teatr Narodowy

„Gombro na oparach”. Rozmowa o „Ślubie”, reż. Radosław Rychcik, Teatr Zagłębia

„Bandaż na krwawiące serce”. Rozmowa o „Lazarusie”, reż. Jan Klata, Teatr Capitol we Wrocławiu

„Wszystko, czego dziś chcesz”. Rozmowa o „Oszustach”, reż. Jan Englert, Och-Teatr

„Ćwiczenia z nienawiści”. Rozmowa o „Sonacie jesiennej”, reż. Grzegorz Wiśniewski, Teatr Narodowy

„Czas kochania, czas umierania”. Rozmowa o „Trzech wysokich kobietach”, reż. Maksymilian Rogacki, Teatr Polski w Warszawie

„Wuefiści kontra literaci”. Rozmowa o „Końcu z Eddym”, reż. Anna Smolar, Teatr Studio

„Walka postu z karnawałem”, rozmowa o „Czerwonych nosach”, reż. Jan Klata, Teatr Nowy w Poznaniu

„Czyja to właściwie kwestia?”, rozmowa o „M. G.”, reż. Monika Strzępka, Teatr Polski w Warszawie

„Rozpacz i zmierzch”, rozmowa o „Trzech siostrach”, reż. Jan Englert, Teatr Narodowy

„Ocalony?”. Rozmowa o „Powrocie do Reims”, reż. Katarzyna Kalwat, Nowy Teatr w Warszawie

„Wojna to ich największa rozkosz”, rozmowa o „Lilli Wenedzie”, reż. Grzegorz Wiśniewski, Teatr Wybrzeże

„Jarzyna 2020/2021 – zestaw do wyświetlania”, rozmowa o „2020: Burzy”, reż. Grzegorz Jarzyna, TR Warszawa

„Teatr wtrąca się w turystykę”, rozmowa o „Biegunach”, reż. Michał Zadara, Teatr Powszechny w Warszawie

„Strefa zgniotu”, rozmowa o „Kraszu”, reż. Natalia Korczakowska, Teatr Studio

„Oldschool dla oldboyów”, rozmowa o „Fataliście”, reż. Wojciech Urbański, Teatr Dramatyczny w Warszawie

Źródło:

Materiał własny