10.04.2021, 10:47 Wersja do druku

Strefa zgniotu

O „Kraszu” w reżyserii Natalii Korczakowskiej, premierze Teatru Studio, rozmawiają Jakub Moroz i Przemysław Skrzydelski


Skrzydelski: Tydzień temu, na Wielkanoc, okazywaliśmy miłosierdzie Michałowi Zadarze i jego adaptacji „Biegunów” Olgi Tokarczuk, ostatecznie przyznając spektaklowi gwiazdkę z plusikiem. Ale nie wiem, czy nadal potrafimy być tak łagodni.

Moroz: Ja z kolei się martwię, bo znów nie mamy dobrego tematu, żeby się wyraźnie pokłócić.

Skrzydelski: To prawda. Jednak też nie widzę w tobie chęci, by najnowszą premierę Teatru Studio rozkładać na czynniki pierwsze.

Moroz: 

Gdyby jeszcze można było czegoś w tym przedstawieniu się doszukać, coś przyszpilić, choćby kawałeczek motywu, która uruchamia dyskusję.

Skrzydelski: Ale zobacz: książka Jamesa Ballarda z początku lat siedemdziesiątych i film Davida Cronenberga (1996) to kopalnia możliwych punktów odniesienia, zwłaszcza dzisiaj.

Moroz: Obraz Cronenberga był wspaniały, dojmujące kino.

Skrzydelski: Niedawno obejrzałem „Crash” jeszcze raz. Nie spodziewałem się, że nadal może tak działać. Jednak w czasie przedłużającej się izolacji i zagrożenia, w których tkwimy, okazuje się, że działa podwójnie: nadal sporo znaczy jako opowieść o sposobach na przekraczanie siebie w świecie, w którym nadmiar wszystkiego skłania już tylko do uprawiania perwersji, lecz przede wszystkim uderza jako opowieść o ludzkiej alienacji, ekstremalnym osamotnieniu, które popycha do igrania ze śmiercią.

Moroz: Choć oczywiście u Ballarda i Cronenberga oglądamy świat na opak, wywrócony i groteskowy. Ludzie, tak jak wspomniałeś – z osamotnienia i wyczerpania sensów egzystencji – zaczynają szukać spełnienia seksualnego w prowokowaniu wypadków samochodowych i okaleczaniu własnych ciał, które w ten sposób stają się fetyszem.

Skrzydelski: Ta wizja przyszłości międzyludzkich relacji zaskakuje mnie tym bardziej, że Ballard napisał swoją książkę dawno temu, a i film z Jamesem Spaderem w roli głównej powstawał, kiedy technologia nie panowała jeszcze nad nami w takim stopniu jak dziś.

fot. Krzysztof Bieliński

Moroz: Mamy więc kilka fascynujących tematów, które można by wykorzystać w teatrze. Co więcej, przecież przy okazji „Crash” odnosi się do sztuki współczesnej, ale i zadaje pytanie o to, czym sztuka w ogóle jest. Czy samowolna destrukcja może być aktem twórczym?

Skrzydelski: I oto wątek, który niewątpliwie ujął reżyserkę Natalię Korczakowską.

Moroz: Ujął tak bardzo, że postanowiła go użyć jako pretekstu do scenicznej wolnej amerykanki.

Skrzydelski: Nie ukrywam, że nie miałem zbyt wygórowanych nadziei. W końcu za każdym razem, gdy w ostatnich latach wychodzę z Teatru Studio, nie mam już nawet siły, by wzruszyć ramionami. Dyrekcja Natalii Korczakowskiej jest dla mnie pewnego rodzaju ewenementem.

Moroz: Tak, ale z drugiej strony trudno było zakładać, że „Crash” jako literatura i scenariusz zamieni się w swoją karykaturę, czyli ostatecznie kabaret o tym, że kilkoro dziwaków podnieca się crashtestami. Zresztą samo w sobie bawi już to, że co chwilę można na scenie zderzać metalowe wózki na szynach. Dużo w tym huku i niezdarności.

Skrzydelski: Jak widzisz, wszystko się da. Nie takie rzeczy na tej scenie się działy.

Moroz: To prawda. Ale jak to poskładać? Dostrzegasz tu jakieś motywacje postaci? Tak naprawdę wiadomo, po co wchodzą w przestrzeń perwersji?

Skrzydelski: Masz wymagania! Mówią, że mają ochotę na to albo na tamto. Nie wystarczy? Jeśli znasz książkę czy film, poskładasz to lepiej lub gorzej. W innym wypadku napawaj się radością z tego, że aktorzy zaszczycili cię swoją obecnością i swoim spacerowaniem po scenie w poszukiwaniu sensu. Oczywiście w zasadzie to nie ich wina, odpowiedzialność ponosi reżyserka.

Moroz: Są jednak w tym zespole nazwiska, którym można współczuć, że biorą udział w tym przedsięwzięciu. To świetni aktorzy: Dominika Ostałowska, Tomasz Nosiński, Marcin Pempuś, Paweł Smagała.

Skrzydelski: Nie mają ostatnio szczęścia. 

Moroz: A może jest w tym coś zaskakującego? Oglądając spektakl, miałem wrażenie, że posługują się dezynwolturą: patrzcie, przyznajemy, że to, co robimy, to pełny spontan.

Skrzydelski: Rozumiem, że stawiasz tezę, że na tym polega artystyczna uczciwość?

Moroz: Wiesz, próbuję się czegoś uchwycić.

Skrzydelski: Uchwyćmy się sposobu na narrację, zastosowanego przez reżyserkę. Nie wiem jak ciebie, ale mnie rozłożyły na łopatki te nazbyt częste (jak crashtesty) przerywniki, podczas których na ekranie wyświetla się nam wideoklipy uzmysławiające, jak tani jest świat komercji wciskający nam papkę dla duszy i ciała. To odkrywcze jest, bardzo.

Moroz: To taki zgryw z rzeczywistości, w której rządzą slogany i porady, jak żyć. Ten wątek przewija się w przedstawieniu, pokazując, że Natalia Korczakowska skupia się na ludziach znudzonych, zblazowanych i w istocie niemających innym nic do zaoferowania. Zarówno na tych, którzy proponują nam bodźce, które sprawią, że rzeczywistość wyda nam się bardziej atrakcyjna, jak i na tych, którzy chcą te bodźce odbierać.

Skrzydelski: Wszystko zatem w porządku – jak widzę, to również cios wymierzony w artystów nabierających się na kolejne, coraz bardziej niedorzeczne mody w sztuce.

Moroz: Dokładnie tak, tyle że sama Natalia Korczakowska za tymi modami podąża, rezygnując nawet z komunikowania się z widzami.

Skrzydelski: 

Jakbym słyszał z kolei komunikat: jesteśmy do niczego, ale przecież za to nas kochacie.

Moroz: Coś w tym jest. Zresztą nie zdziwiłbym się, jeśli są tacy, którzy za to teatr kochają.

Skrzydelski: Obawiam się, że jednak niekoniecznie o tym jest historia Ballarda i Cronenberga. Zupełnie nie o tym. I chyba Natalia Korczakowska nie pojęła też podstawowej rzeczy: ten film ma taką moc, bo stanowi precyzyjnie zbudowaną wypowiedź, i paradoksalnie jest w nim miejsce na poezję. Nie mówiąc już o tym, że tak sprytnie kumuluje kilka gatunków: i thriller, i dramat społeczny, i science fiction.

Moroz: W Teatrze Studio przyglądamy się, jak aktorzy chcąc wyśmiać grafomanię współczesnych artystów, sami ją uprawiają – z własnej bezradności. Tylko tyle. Dosyć smutne.

Skrzydelski: Bardzo smutne i ponure, choć nie w znaczeniu, które sprawiałoby, że chciałbym dłużej to rozważać.

Moroz: Znów chyba musimy kończyć, bo nie warto znęcać się nad innymi detalami tej realizacji. Choćby nad kamerkami, dygresjami aktorów jeszcze bardziej o niczym, nad wychodzeniem z ról (jeśli w ogóle jest z czego wychodzić), żałosną konferansjerką jako metodą narracji.

Skrzydelski: Jednak czuję, że chciałbyś jeszcze wspomnieć o scenografii.

Moroz: Z jej elementem głównym, czyli sporą konstrukcją w kształcie jaja, które świeci się i otwiera, służąc jako pokój zwierzeń czy dodatkowa estrada, np. dla Elizabeth Taylor, która pojawia się jako ikona popkultury i robi miny. Wielkie błyszczące jajo – to zapamiętam na zawsze.

fot. Krzysztof Bieliński

Skrzydelski: Sam twój opis skłania mnie do wniosku: na dziś wystarczy. W każdym razie możemy jeszcze tylko zapytać Natalię Korczakowską, odrzucając patos w stylu: pracuje Pani na scenie, którą zakładał Szajna i na której spektakle wystawiał później Grzegorzewski, i tak dalej...

Szanowna Pani Dyrektor Artystyczna Teatru Studio, może warto, aby przemyślała Pani kwestię, czy w środku europejskiej stolicy wypada robić teatr na poziomie amatorskich klubów, które przeważnie zajmują mniej eksponowane lokalizacje, np. w przestrzeniach industrialnych i świetlicach osiedlowych? Tam mają sens, co więcej: i tak są dużo lepsze i uczciwsze niż dzisiejsze Studio. Właśnie mija piąty rok Pani dyrekcji.

Moroz: Podejrzewam, że skutkiem będzie zupełnie inny poziom Studia już za dwa miesiące. A teraz już zmykam do pojazdu o nazwie autobus. Ty zaś tak od razu nie wsiadaj do swojego samochodu. Może odpocznij.

Skrzydelski: Wsiadam natychmiast. W końcu to moje narzędzie alienacji i obrona przed wirusem. Korzystam nałogowo.

Moroz: Podejrzane. Oby tylko bez żadnej stłuczki.

Skrzydelski: Nawet nie chcę myśleć, czym mogłaby się skończyć.

Ocena: 1 / 6

fot. mat. teatru

„Krasz”

wg Jamesa G. Ballarda

scenariusz i reżyseria: Natalia Korczakowska

scenografia: Natalia Korczakowska i Marek Adamski

Studio teatrgaleria (Duża Scena im. Józefa Szajny)

premiera: 12 marca 2021 r.


Poprzednie rozmowy Skrzydelskiego i Moroza: 

„Między ziemią a niebem”. Rozmowa o „Matce Joannie od Aniołów”, reż. Wojciech Faruga, Teatr Narodowy

„Gombro na oparach”. Rozmowa o „Ślubie”, reż. Radosław Rychcik, Teatr Zagłębia

„Bandaż na krwawiące serce”. Rozmowa o „Lazarusie”, reż. Jan Klata, Teatr Capitol we Wrocławiu

„Wszystko, czego dziś chcesz”. Rozmowa o „Oszustach”, reż. Jan Englert, Och-Teatr

„Ćwiczenia z nienawiści”. Rozmowa o „Sonacie jesiennej”, reż. Grzegorz Wiśniewski, Teatr Narodowy

„Czas kochania, czas umierania”. Rozmowa o „Trzech wysokich kobietach”, reż. Maksymilian Rogacki, Teatr Polski w Warszawie

„Wuefiści kontra literaci”. Rozmowa o „Końcu z Eddym”, reż. Anna Smolar, Teatr Studio

„Walka postu z karnawałem”, rozmowa o „Czerwonych nosach”, reż. Jan Klata, Teatr Nowy w Poznaniu

„Czyja to właściwie kwestia?”, rozmowa o „M. G.”, reż. Monika Strzępka, Teatr Polski w Warszawie

„Rozpacz i zmierzch”, rozmowa o „Trzech siostrach”, reż. Jan Englert, Teatr Narodowy

„Ocalony?”. Rozmowa o „Powrocie do Reims”, reż. Katarzyna Kalwat, Nowy Teatr w Warszawie

„Wojna to ich największa rozkosz”, rozmowa o „Lilli Wenedzie”, reż. Grzegorz Wiśniewski, Teatr Wybrzeże

„Jarzyna 2020/2021 – zestaw do wyświetlania”, rozmowa o „2020: Burzy”, reż. Grzegorz Jarzyna, TR Warszawa

„Teatr wtrąca się w turystykę”, rozmowa o „Biegunach”, reż. Michał Zadara, Teatr Powszechny w Warszawie

Źródło:

Materiał własny