26.07.2021, 10:00 Wersja do druku

Babski stan

O „Uszedłem tylko ja sam”, premierze Teatru Dramatycznego w reżyserii Agnieszki Glińskiej, rozmawiają Jakub Moroz i Przemysław Skrzydelski


Skrzydelski: Boisz się nadciągającej apokalipsy?

Moroz: Owszem, czasami opanowują mnie schyłkowe myśli, ale nie pogrążam się w nich aż tak bardzo, jak cztery bohaterki sztuki Caryl Churchill, które w letnie popołudnie za domem jednej z nich rozprawiają o życiu.

Skrzydelski: Tytuł „Uszedłem tylko ja sam” to nawiązanie do Księgi Hioba, w której pobożny mąż traci w życiu wszystko. W spektaklu obrazy zagłady więcej biorą jednak z amerykańskiego kina katastroficznego niż z Biblii. Spiętrzają się i mnożą niemal w nieskończoność, aż do groteski i absurdu z dziecięcego snu. Nie wiemy do końca, czy to kontaminacja różnych historii, opowiedziana przez jedną z kobiet, panią Jarrett (Anna Moskal), która w pewnym sensie jest sprawozdawczynią emocji pozostałej trójki, czy też fragment jej własnej depresyjnej twórczości, opisującej chylący się ku upadkowi świat.

Moroz: Churchill świetnie wplata monologi pani Jarrett w materię rozmów czterech postaci, tak że majaki oraz plotki o najbanalniejszych sprawach zlewają się w jeden ciąg obrazów.

Skrzydelski: To taki strumień świadomości, bo czasem niełatwo odróżnić kwestię jednej kobiety od drugiej. Churchill, a za nią reżyserka Agnieszka Glińska świadomie zamazują tę granicę. Wiemy też, że to wszystko nie dzieje się w trakcie jednego spotkania, to zlepek zdań z wielu odbytych między przyjaciółkami rozmów.

fot. fot. Krzysztof Bieliński / mat. teatru

Moroz: Z jednej strony zatem boleśnie realistyczny obraz znudzonych, zagrożonych samotnością pań, spędzających całe dni w klaustrofobicznych granicach swojego osiedla. Z drugiej: rzeczywistość wykoślawiona. Według mnie zresztą z wyczuwalnym wpływem Becketta z jego lapidarną poetyką i skupieniem na diagnozie ludzkiej kondycji.

Skrzydelski: Masz rację, bo gadanie, nierzadko gadanie tylko po to, by gadać, ocala naszą egzystencję, ustanawia jej niepodważalny, być może nawet jedyny, sens. Trzeba mówić, aby trwać. Podkreśliłbym jednak biegun szaleństwa, wybijający się w tym dramacie. Po lekturze – dość szybkiej, bo ten tekst narzuca szaleńcze tempo – trochę zabrakło mi go w przedstawieniu Glińskiej.

Moroz: Gdzie na scenie chciałbyś go zobaczyć?

Skrzydelski: Może w przestrzeni? Wolałbym, żeby scenografia podążała za ruchem myśli i emocji. Zaskoczyła widzów, jak zaskakuje sam tekst. Była jakimś rodzajem deformacji albo ją zapowiadała. Tymczasem autorka scenografii Monika Nyckowska buduje przestrzeń właściwie statyczną: cztery krzesła turystyczne, schody w tle, ekraniki z animacjami i jeszcze kilka detali. A lektura „Uszedłem tylko ja sam” pozostawiła we mnie wrażenie szalonej podróży, zachęcającej do bardziej radykalnych decyzji. Zresztą – zawsze z uporem godnym lepszej sprawy to powtarzam – dla mnie fundamentem teatru jest przestrzeń wywoływana przez tekst i relacje w nim zachodzące.

Moroz: To prawda. Nie bardzo rozumiem, dlaczego projekcje na ekranach często powtarzają to, o czym słyszymy ze sceny. To tautologia. Ale doceniłbym intymność, jaką udaje się wykreować na maleńkiej scenie przy Olesińskiej. Przede wszystkim za sprawą wybitnych aktorek: Katarzyny Herman, Anny Moskal, Agnieszki Roszkowskiej i Agnieszki Wosińskiej.

Skrzydelski: Nieco narzekam na tę ascetyczność, ale w tej samej chwili łapię się na tym, że to, że Agnieszka Glińska zredukowała wszystko, co mogłoby zakłócić kontakt między aktorkami a widownią, świadczy o wartości tego przedsięwzięcia. To szlachetne i co tu dużo mówić – skuteczne. Słuchamy o tych życiowych porażkach i przyjmujemy punkt widzenia bohaterek (choć każda z nich ma jednak nieco inny). Nie da się ukryć, że Glińskiej udaje się uchwycić wyjątkowość kobiecych przeżyć, kobiecą wyobraźnię.

fot. fot. Krzysztof Bieliński / mat. teatru

Moroz: Podoba mi się również to, że aktorki podejmują ryzyko pokazania się od strony, która nie jest najbardziej atrakcyjna. Churchill prezentuje przecież kobiecość spoza wzorców, jakie dyktują kolorowe pisma. I cała czwórka za tym podąża. Jest tu i upokorzenie starości czyhającej za rogiem, i jakieś niepozbieranie, brak wdzięku, no i niepewność w każdym wypowiadanym zdaniu. Nieustająca.

Skrzydelski: Ta niepewność wynika z potwornego strachu, który siedzi w kobietach. Zwróciłbym jednak uwagę na wspomnianą Annę Moskal. To ona buduje quasi-narracyjną ramę przedstawienia. Dzięki niej wchodzimy w opowieść bardzo bezpośrednio, bo aktorka niemal natychmiast zwraca się do widzów i umiejętnie buduje nić porozumienia. Chociaż pewnie – znów wracając do tego, co bym w tym spektaklu poprawił – nadałbym pani Jarrett jeszcze bardziej autonomiczne znaczenie. Zastanawiam się nad tym, bo te zwierzenia nakładając się na siebie, stanowią zagadkę do rozszyfrowania. Prawdopodobnie to jednak także kwestia refleksji nad filozofią tekstu i przestrzeni.

Moroz: Dramat ten w każdym razie odkrywa spory potencjał hipnotyzowania widzów. I to się w znacznej mierze udaje. 

Sytuacja sceniczna staje się seansem hipnotyzujących babskich zaklęć. Narzekań, zaczepek, konfliktów, z których na koniec wyłania się portret „kobiet na skraju załamania nerwowego”.

Skrzydelski: Warto dodać jeszcze coś o Agnieszce Roszkowskiej. Gra tę, która zamordowała męża. Zresztą dowiadujemy się o tym trochę mimochodem. Oczywiście możemy też w jakimś stopniu założyć, że to fantazja, że tylko chciałaby go zamordować, a tak naprawdę jej tragedia życia z nim trwa. Jak robi to Roszkowska? Nie ma w niej oczywistego dramatu ani oczywistej winy. A przy tym pojawia się wręcz prowokacyjne pytanie: czy nie postąpiła słusznie? Zabawne jest także to, w jaki sposób szuka usprawiedliwienia wśród przyjaciółek, i właściwie je znajduje.

Moroz: Czyli sprawdza się opinia o Caryl Churchill jako ważnej w teatrze brytyjskim feministce i socjalistce?

Skrzydelski: Trochę tak, w tym sensie, że przedstawienie skupia się na kobiecości i kobietach, pozwalając im wyjść z przypisanych ról.

Moroz: Jednak nie nazwałbym tego teatrem feministycznym, nawet może wbrew deklaracjom autorki czy tych, którzy tak odczytują jej literaturę. To po prostu rzecz osadzona w konkretnym doświadczeniu. Pozbawiona jednak walczącego, ideologicznego ostrza, które osłabiłoby siłę i strukturę poetycką sztuki. 

Ten spektakl nie załatwia żadnej „sprawy”, o jaką trzeba się upomnieć. Nie ukazuje ciemnej strony życia po to, by obciążyć i obnażyć system, który unieszczęśliwia kobiety. Nie operuje zideologizowanymi, niezdarnymi uogólnieniami typu „patriarchat”. I – ośmielę się powiedzieć – to dobrze, bo dzięki temu dramat zyskuje większą gravitas.

Skrzydelski: Ależ to przecież opowieść także o kobiecej wspólnocie. Albo wręcz pochwała kobiecej wspólnoty, ratującej przed szaleństwem świata, jego brutalnością.

Moroz: W każdym razie nie widzę tu żadnego frontu walki. Uderzyło mnie za to co innego: jak bardzo ten tekst o izolacji, dzielonej samotności i wypieranej rozpaczy nabrał dziś aktualności w związku z-wiadomo-jakim-tematem.

Skrzydelski: Coś w tym jest. Interesujące jest również to, że londyńska prapremiera (2016) „Uszedłem tylko ja sam” została sklasyfikowana na ósmym miejscu wśród najważniejszych przedstawień XXI wieku.

Moroz: A teraz ma szansę na drugą młodość?


Ocena: 4 / 6

fot. fot. Weronika Łucjan-Grabowska / mat. teatru

Caryl Churchill

„Uszedłem tylko ja sam”

przekład: Małgorzata Semil

reż.: Agnieszka Glińska

scenografia: Monika Nyckowska

Teatr Dramatyczny m.st. Warszawy (Scena Przodownik)

premiera: 25 czerwca 2021 r.

Poprzednie rozmowy Skrzydelskiego i Moroza:

„Między ziemią a niebem”. Rozmowa o „Matce Joannie od Aniołów”, reż. Wojciech Faruga, Teatr Narodowy

„Gombro na oparach”. Rozmowa o „Ślubie”, reż. Radosław Rychcik, Teatr Zagłębia

„Bandaż na krwawiące serce”. Rozmowa o „Lazarusie”, reż. Jan Klata, Teatr Capitol we Wrocławiu

„Wszystko, czego dziś chcesz”. Rozmowa o „Oszustach”, reż. Jan Englert, Och-Teatr

„Ćwiczenia z nienawiści”. Rozmowa o „Sonacie jesiennej”, reż. Grzegorz Wiśniewski, Teatr Narodowy

„Czas kochania, czas umierania”. Rozmowa o „Trzech wysokich kobietach”, reż. Maksymilian Rogacki, Teatr Polski w Warszawie

„Wuefiści kontra literaci”. Rozmowa o „Końcu z Eddym”, reż. Anna Smolar, Teatr Studio

„Walka postu z karnawałem”, rozmowa o „Czerwonych nosach”, reż. Jan Klata, Teatr Nowy w Poznaniu

„Czyja to właściwie kwestia?”, rozmowa o „M. G.”, reż. Monika Strzępka, Teatr Polski w Warszawie

„Rozpacz i zmierzch”, rozmowa o „Trzech siostrach”, reż. Jan Englert, Teatr Narodowy

„Ocalony?”. Rozmowa o „Powrocie do Reims”, reż. Katarzyna Kalwat, Nowy Teatr w Warszawie

„Wojna to ich największa rozkosz”, rozmowa o „Lilli Wenedzie”, reż. Grzegorz Wiśniewski, Teatr Wybrzeże

„Jarzyna 2020/2021 – zestaw do wyświetlania”, rozmowa o „2020: Burzy”, reż. Grzegorz Jarzyna, TR Warszawa

„Teatr wtrąca się w turystykę”, rozmowa o „Biegunach”, reż. Michał Zadara, Teatr Powszechny w Warszawie 

„Strefa zgniotu”, rozmowa o „Kraszu”, reż. Natalia Korczakowska, Teatr Studio

„Oldschool dla oldboyów”, rozmowa o „Fataliście”, reż. Wojciech Urbański, Teatr Dramatyczny w Warszawie

„Kilka ciepłych chwil”, rozmowa o „Minettim”, reż. Andrzej Domalik, Teatr Polonia

„Majestat na manowcach”, rozmowa o „Królu Learze”, reż. Wawrzyniec Kostrzewski, Teatr Dramatyczny w Warszawie

„Tuląc nieobecnych”, rozmowa o „Odysei. Historii dla Hollywoodu”, reż. Krzysztof Warlikowski, Nowy Teatr w Warszawie

„Ziemio, przebacz”, rozmowa o „Pikniku pod Wiszącą Skałą”, reż. Lena Frankiewicz, Teatr Narodowy

„Rewolta w podrygach”, rozmowa o „Biesach”, reż. Paweł Miśkiewicz, Narodowy Stary Teatr


„Odbębnij czary, zjedz snickersa”, rozmowa o „Burzy”, reż. Szymon Kaczmarek, Teatr Szekspirowski

Źródło:

Materiał własny