16.10.2020, 12:15 Wersja do druku

Gardzienice. Coming outy [nowe głosy]

Dwutygodnik.com publikuje kolejne wypowiedzi kobiet opisujące ich doświadczenia w OPT Gardzienice.

Gardzienice zostały założone w 1977 roku przez Włodzimierza Staniewskiego, ucznia Jerzego Grotowskiego. Od początku Gardzienice czerpały z kultury ludowej pogranicza, białych pieśni i religii prawosławnej. Wraz z zainteresowaniem Staniewskiego starożytną Grecją również prowadzony przez niego teatr wprowadził do swojego repertuaru greckie tragedie i poświęcił się budowaniu choreografii opartej na antropomorficznych wizerunkach pochodzących przede wszystkim z antycznych waz. Teatr zdobył międzynarodowe uznanie i postrzegany jest jako twórcza kontynuacja działań w Teatrze Laboratorium założonym we Wrocławiu przez Grotowskiego.

Głos jednej z legend Gardzienic, Mariany Sadovskiej, zmobilizował inne aktorki oraz współpracowniczki teatru do opowiedzenia o własnych traumatycznych doświadczeniach w tym teatrze. Zebrał je Witold Mrozek, który opublikował w „Gazecie Wyborczej” tekst złożony z ich wypowiedzi i wspomnień.

Obie publikacje skłoniły następne kobiety do wyjawienia własnych historii związanych z teatrem Gardzienice. Kolejne wypowiedzi publikujemy w tym miejscu dzięki pomocy Agaty Diduszko-Zyglewskiej.

KOMENTARZE

„Prowokuję”

Byłam uczestniczką Akademii Praktyk Teatralnych Gardzienice w latach 2008-2010. Mieliśmy pokaz na małej scenie w chacie, w ciasnej izbie. Widzowie siedzieli w ścisku, panował tłok w przejściach. Aktorzy przeciskali się na scenę jeden po drugim, pomiędzy widzami. Gdy ja wchodziłam na scenę, Włodzimierz Staniewski złapał mnie za pierś. Odepchnęłam jego rękę i zdezorientowana wyszłam na scenę. Zaczął się spektakl i na tym się skupiłam. Po jego zakończeniu zaczęło do mnie docierać to, co się stało. Zaczęłam się trząść i wybiegłam z chaty. Powiedziałam o wszystkim innym członkom Akademii. Kiedy publiczność wyjechała, poszliśmy porozmawiać z Włodzimierzem Staniewskim. Na spotkaniu powiedział m.in., że prowokuję go od samego początku i że piersi innych kobiet nie dotyka. Przyznał, że złapał mnie za pierś, dodając przy tym, że są one bardzo nieatrakcyjne. Zrozumiałam, że rozmowa zmierza donikąd i wyszłam. Tego wieczora Staniewski wyrzucił całą naszą Akademię z Gardzienic. Następnego dnia zadzwonił i przeprosił. Zagrałam jeszcze w kilku spektaklach Akademii zaplanowanych przed tym incydentem. Później nie miałam kontaktów z Gardzienicami. Jako że otrzymałam przeprosiny, nie upubliczniłam tego wydarzenia. Teraz się na to zdecydowałam, gdyż nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniami, pojawiającymi się w szerokiej dyskusji, zaprzeczającymi molestowaniu w teatrze. Złapanie kobiety za pierś, wbrew jej woli, jest molestowaniem. Widzę, że byłam wtedy bardzo naiwna. Wydawało mi się, że w teatrze, w którym występuje nagość na scenie, gdzie podstawą jest trening fizyczny, wymagający cielesnej bliskości, gdzie nawet rozdziela się studentów ze względu na płeć – dziewczyny i chłopcy spali w innych budynkach – do takiego przekraczania granicy intymności nie może dojść.

ALEKSANDRA MIKULSKA

Absolwentka Akademii  Praktyk Teatralnych „Gardzienice”.

Drzwi na klucz

Staniewski zaproponował mi współpracę po plenerze w Sulistrowiczkach, na który zaprosił mnie T. Rodowicz, mój ówczesny przyjaciel. Byłam studentką i przez kilka miesięcy kursowałam między Warszawą a Gardzienicami, gdzie poddawani byliśmy ciężkim treningom, odbywaliśmy próby do spektaklu po to, by w końcu wyruszać na Wyprawy. Ufałam Staniewskiemu, jako artyście, jego metodzie pracy, która prowadziła nas ku przeżyciom granicznym. Z wielkim zapałem robiłam też inne rzeczy, jak szycie pokrowców na instrumenty, wożenie Staniewskiego na rekonesanse przed Wyprawami, załatwiłam teatrowi Nyskę z demobilu i wiele innych rzeczy. Powoli poznawałam go jako człowieka. Już wtedy ujawniły sie jego cechy i manie, które w późniejszym czasie przekształciły się w zachowania patologiczne. W tym czasie nie było wyzywania ani przemocy fizycznej, ale była kontrola, manipulowanie ludźmi, również poprzez akt twórczy, swoiste pranie mózgu, dziwne tajemnice i chorobliwe dbanie o za pomocą kontroli wszelkich informacji dotyczących naszej działalności. Po kilku miesiącach zaczęłam rozważać zrobienie sobie przerwy, bo działy sie ze mną dziwne rzeczy, jakbym traciła tożsamość. I wtedy zdarzyło sie coś, co sprawiło, że podjęłam ostatecznie decyzję o odejściu. Po długim ciężkim dniu w Gardzienicach Staniewski poprosił mnie, żebym go zawiozła do Lublina w rzekomo nie cierpiącej zwłoki sprawie.  Znaleźliśmy się na strychu kamienicy, wypiliśmy herbatę. Spodziewałam się, że wyjawi mi powód tej późnonocnej wyprawy. Zamiast tego zamknął drzwi na klucz… Tego, co się wydarzyło za tymi zamkniętymi drzwiami, nie jestem teraz w stanie opowiedzieć. Mieści się to w pojęciu molestowania. Po przeczytaniu  wyznań „gardzienickich kobiet”, mój osobisty dżin został wypuszczony z butelki i zalał mnie falą silnych emocji, z którymi, jak się okazuje, nie do końca sobie radzę. Po 42 latach od tego wydarzenia.

KATARZYNA MAŁYSZKO

Związana z Gardzienicami w 1978 roku.

Tytuł oryginalny

Gardzienice. Coming outy [nowe głosy]. Aktorki "Gardzienic"

Źródło:

www.dwutygodnik.com nr 292, 10/2020

Link do źródła

Tematy w toku