09.10.2020, 11:20 Wersja do druku

Gardzienice. Listy ws. publikacji Gazety Wyborczej i Dwutygodnika.com

Joanna Holcgreber, Jan Żórawski oraz Tetiana Oreshko-Muca, aktorzy OPT Gardzienice piszą ws. doniesień w Gazecie Wyborczej i Dwutygodniku. com.

Teatr "Gardzienice" to Staniewski.

Nie ma Teatru "Gardzienice" bez Staniewskiego.

W moim odczuciu jednym z zadań zespołu pracowników jest  stwarzanie takich warunków, w których lider może tą instytucję, tą pracę organizacyjną i artystyczną prowadzić. Nie widzę nic złego w tym żeby zrobić mu od czasu do czasu zakupy, przynieść słoik zupy. Robiłam to i inne pomocne czynności nigdy nie oczekując niczego w zamian, np. przychylności w pracy w czasie prób czy czegoś podobnego. Robiłam to nie czując że czymś kupczę, że się sprzedaję. I to działało w dwie strony. W sytuacjach szczególnych, czasem trudnych, czasem wyjątkowych (choroby, sytuacje rodzinne, narodziny dziecka) zawsze mogłam i mogę liczyć na Staniewskiego. Jest pierwszy, gotowy do realnej, efektywnej pomocy. I nie oczekuje nic w zamian, niczym nie kupczy.

Nigdy nie miałam poczucia że robię coś zdrożnego, coś co przekracza granice mojego komfortu. Pomagałam kiedy mogłam, żeby uczynić nieco łatwiejszym funkcjonowanie i pracę człowieka, na którego barkach przez ponad 40 lat spoczywał los autorskiej Instytucji, odpowiedzialność za nią we wszystkich jej wymiarach, w tym także za los dziesiątek ludzi, z którymi tę instytucję współtworzył. To nie jest w moim mniemaniu zbyt duży koszt za to by móc wykonywać pracę, która jest moją pasją, która mnie rozwija, która daje mi poczucie spełnienia, której owoce dostrzegam w oczach widzów po spektaklach, czy w zapale młodzieży uczestniczącej w prowadzonej przez nas pracy dydaktycznej.

Moje granice? Nigdy nie zostały przekroczone. Dlaczego? Może byłam zbyt brzydka i za mało utalentowana? A może potrafiłam jasno nakreślić granicę nie wchodząc nigdy w sytuacje zahaczające o intymność?

Wspólna praca, intensywna praca przez lata buduje więzi. To nie jest wyłącznie stosunek pracy. To jest przyjaźń, czasem bardzo trudna przyjaźń, a przyjaźń zobowiązuje do wzajemnego wspierania się w życiu prywatnym.

Według mojej wiedzy nigdy nikomu nie przydarzyła  się w „Gardzienicach życiowa klęska. Każdy kto stąd wychodził, nawet w atmosferze konfliktu, niechęci, złości, wcześniej czy później na tym odejściu bardzo mocno się budował i zaczynał nowy, wyrazisty rozdział w swoim życiu.

Ludzie tutaj, w miejscu od początku, od zera, wykreowanym przez Staniewskiego  (zawsze ze wsparciem ekipy druhów), zawiązywali relacje na dalsze długie lata, może na całe życie. Zarówno relacje przyjacielskie, jak i twórcze, robocze. Tutaj tworzyła się sieć ludzi, którzy wzajem się wspierają, którzy mogą szukać u siebie wzajemnej pomocy w chwilach kryzysów, którzy razem pracują, inspirują się w życiu i w pracy.

Nie będę przytaczać przykładów, bo musiałabym wymienić naprawdę wielu, którzy za mojej tu obecności związani byli bądź to z zespołem, bądź z naszą Akademią.

A jeśli tym, co niektórych jednoczy, spaja, co daje im motywację do pracy twórczej jest wspólny sprzeciw wobec Staniewskiego? Cóż … Różnie można to oceniać, ale życzę im z całego serca powodzenia.

Praca w teatrze to swego rodzaju umowa między reżyserem a aktorem. Aktor jest tym, który oddaje do dyspozycji swój potencjał aktorski (można by w nieskończoność rozwijać odpowiedź na pytanie co się na niego składa). Reżyser to ten, który z tego potencjału i potencjałów innych aktorów, tekstu, muzyki, wizji plastycznej przyrządza, trochę jak alchemik miksturę, która, jeśli wszystko pójdzie dobrze, sprawia że widzowie po obejrzeniu spektaklu są odmienieni. Nie użyłabym określenia że reżyser "wykorzystuje" potencjał aktora, bo ono zawiera w sobie na starcie rodzaj wyzysku. A w naszej pracy na wyzysk nie ma miejsca.

Ludzie odchodzili z naszego Teatru kiedy czuli że styl pracy im nie odpowiada, że wyzwania są za duże, oczekiwania za wysokie. A one zawsze były bardzo wysokie. Zawsze za wysokie. Nigdy nie głaskaliśmy się w Gardzienicach po głowach.

To prawda, że w momencie kiedy relacja między Staniewskim a aktorem/aktorką przestawała być dla reżysera twórcza Staniewski potrafił stworzyć klimat, który skłaniał daną osobę do podjęcia decyzji o odejściu. O ile wiem nigdy nikogo z pracy nie wyrzucił. Raczej dawał do zrozumienia, czasem niezwykle wyraziście, zbyt wyraziście, że czas pójść w innym kierunku. Często zniechęcał osoby z zespołu sprawdzając pewnie w ten sposób determinację danej osoby do osiągnięcia celu artystycznego czy organizacyjnego. Dla mnie osobiście były to wyzwania bardzo trudne, ale takie które budowały moje poczucie wartości, które jest, ma być niezależne od opinii z zewnątrz. Zawsze pełne pytań i wątpliwości ale moje własne.

Nie jestem zwolenniczką przemocy, nie podoba mi się przemoc, nie stosuję przemocy. Uważam że ofiara przemocy ma prawo manifestować swój sprzeciw i unikać sytuacji gdy czuje że jest ona wywierana w sposób który zagraża jego/jej poczuciu własnej wartości.

Sprawca przemocy powinien jej zaprzestać.

Nie zamierzam nikogo wybielać. Nie ma osób bez winy. Wszyscy popełniamy błędy,  w imię różnych spraw. Sprawa Staniewskiego, dorobek jego pracy dla teatru, dla dydaktyki teatralnej, dla miejsca jakim dzięki jego wysiłkom i determinacji stały się „Gardzienice” (również jako miejsce na mapie geograficznej), ta sprawa jest Dużą Sprawą, Ważną Sprawą, Sprawą, która wielu ludziom otworzyła oczy na rejony życia i sztuki, o których wcześniej nie mieli pojęcia, a aktorom, muzykom, animatorom kultury na własne możliwości, umiejętności o które sami siebie wcześniej nie podejrzewali.  

Ja zaliczam się do tego grona i bynajmniej nie czuję się ofiarą.

 Joanna Holcgreber – aktorka Teatru „Gardzienice” od 1995 roku

***

Nagonka na Włodzimierza Staniewskiego przybrała groteskowe, karykaturalne i groźne kształty. Przeraża mnie, że jeden wątpliwej wartości tekst jest w stanie tak łatwo przekonać masy ludzkie, że nikt nie wątpi w zawarte w nim oskarżenia, a przeciwnie - obserwujemy lawinową eskalację coraz bardziej niewybrednych nagłówków i komentarzy kreujących nową, medialną, samowystarczalną prawdę. Wypisywaną na zasadzie głuchego telefonu przez ludzi coraz mniej wiedzących o samej sprawie, o oskarżanym człowieku, o teatrze.

"Przemoc jako metoda pracy"?! "Horror aktorek w podlubelskiej wsi"?!

Z tym pewnie walczyć się nie da.

Narzędziem pracy aktora bardziej niż w innych zawodach jest on sam (człowiek) - jego ciało, głos, ale też dusza i umysł. Dlatego profesja reżysera, polegająca na komponowaniu, inspirowaniu, ustawianiu i ocenianiu pracy aktora - a więc w pewnym sensie aktora jako takiego - jest tak trudna i odpowiedzialna. Dodajmy jeszcze, że w Gardzienicach staramy się robić rzeczy zdawałoby się niewykonalne, zawsze przewyższające nasze możliwości i łatwo można wyobrazić sobie, że presja dla niektórych może być zbyt duża, wymagania za wysokie, ocena zbyt surowa, granice zbyt zatarte itp.  

I zdarza się, że relacja aktor-reżyser jest obarczona cierpieniem, niezrozumieniem. Nikt nie lubi być oceniany.

Ale wykonują tę pracę ludzie dorośli. Mający przecież nie tylko własną wrażliwość, ale też wolę i rozum.

Nie mam zamiaru odgrywać adwokata Włodzimierza Staniewskiego. Nie znam osobiście oskarżających go w prasie ludzi, ani ich doświadczeń. Chcę tylko zapewnić wszystkich, że ja sam żadną ofiarą nie jestem.

Znam Włodzimierza Staniewskiego jako wybitnego artystę i dobrego - choć nerwowego - człowieka. Dzieło jego życia to nie tylko spektakle, nie tylko instytucja, nie tylko odbudowane z ruin budynki, ale przede wszystkim rzesza ludzi, którzy z "Gardzienic" wyszli. Niektórzy odeszli łagodnie inni po burzliwych konfliktach. Wszyscy jednak tworzą dziś niezwykle żywotną tkankę kultury polskiej i światowej.

Jestem w "Gardzienicach" od 10 lat. Praca ta, mimo że trudna i niezwyle stresująca, jest doświadczeniem za które jestem Staniewskiemu dozgonnie wdzięczny. Za możliwość rozwoju, o którym nie śmiałbym marzyć, za możliwość poznania wspaniałych ludzi - pracy z nimi, przyjaźni, miłości, życia. Za możliwość obdarowywania widzów, studentów sztuką (w opinii wielu) najwyższych lotów.

 Wdzięczny jestem za wszystkie trudne doświadczenia będące szkołą charakteru.

 Jan Żórawski - aktor

***

Medialny wybuch, który się zrobił dookoła teatru „Gardzienice” niestety swoją falą zagładził świadomość tego, że kategoryczne osądzanie, tak samo jak i usprawiedliwienie może być albo skutkiem słabego myślenia albo chęci zaistnieć na tle czyichś bolesnych przeżyć.

Do Gardzienic przyjechałam z Kijowa (z Ukrainy) do Akademii osiem lat temu, po roku dołączyłam do zespołu. Z pierwszych dni byłam uprzedzana i obserwowałam osobiście, że w atmosfera w Gardzienicach jest daleka od pobłażliwości i nie ma za jedyny i główny cel zabezpieczenie dla każdego komfortu, wyrozumiałości i robienia sobie nawzajem dobrze za wszelką cenę.

Jest srogo, ostro, czasem okrutnie… jak w teatrze. Istnieją takie sfery ludzkiej działalności, gdzie nie ma co liczyć na to, że wszyscy będą Cię głaskali po główce – takimi jest na przykład sztuka, sport. Każdy działa do ostatku sił, cały czas się rozwija i zmienia, za czym następują zmęczenie, wyczerpanie i w skutku samokontrola emocjonalna staje się o wiele trudniejsza i wychodzą na jaw nienajlepsze cechy osobowości. A jeszcze własne ambicje. I najważniejszym zadaniem dla każdego jest mimo to pracować na wspólny wynik, chociaż czasem (nie ze złej woli) po drodze zaniedbuje się grzeczność, granicę powszechnie pojętej etyki i subordynacji.

Rozpatrując właśnie Teatr „Gardzienice” można jeszcze zaznaczyć, że na odmianę od dużych teatrów nie mamy olbrzymiego zespołu obsługującego – wszystkie techniczne zadania, powiązane z otoczką przedstawienia, czyli kostiumy, scenografia, przygotowywanie przestrzeni dla siebie i widza zarówno jak i niektóre poza spektaklowe obowiązki gospodarcze i administracyjne musimy wykonywać sami. A więc zdarzają się przypadki, kiedy brakuje czasu na podstawowe potrzeby – wtedy wspieramy siebie nawzajem. Robimy zakupy, gotujemy i częstujemy kolegów, podwozimy prywatnymi samochodami, prasujemy, robimy masaże i ćwiczenia, pomagamy w inne sposoby. Czy musimy robić dla dyrektora wyjątek tylko dla tego że jest przełożonym i mimo to, że na nim akurat spoczywa o wiele więcej obowiązków niż na każdym z nas, a trudności przeżywa wspólnie z nami? Tyle czasu spędzanego razem i nie po prostu razem, a w pokonywaniu różnego rodzaju przeszkód pozbawia nasze relacje charakteru wyłącznie oficjalnego i służbowego – to są relację głęboko osobiste. Dla tego znamy siebie dobrze w różnych sytuacjach. A dla tego też rozumiemy, że nietaktowne zachowanie nie ma na celu upokorzyć, poniżyć, tylko jest efektem ubocznym sytuacji gdzie wrażliwość miesza się ze 100 % wydajnością, zmęczeniem, presją czasu. Czyli efektem ubocznym pracy teatralnej.

Jak by nie było przykro o tym słyszeć niektórym ludziom – teatr nie miejsce dla słabych. Delikatną osobowość może złamać i rozdeptać jakikolwiek teatr. Trzeba poznać, jak pracować z każdym z kolegów i z każdym reżyserem, nauczyć się odróżniać pracę od osobistego, wybudować swoje granice, umówić się z innymi o nieprzekraczalności tych granic i surowo dotrzymywać swoich postulatów, nauczyć się odreagowywać z najmniejszą szkodą dla otaczających i znaleźć sposoby emocjonalnej regeneracji.

Wiem, że mi osobiście jest łatwiej o tym mówić – trafiłam do „Gardzienic” w dojść dojrzałym wieku, mając za sobą pracę w innych teatrach i zawodowe studia, w których byłam przygotowywana od lat 16, że aktorski zawód – to „droga okrucieństwa i złamanego życia”, ujmując jedną frazą wszystkie nastawienia kolegów i nauczycieli. I właśnie w „Gardzienicach” najbardziej poznałam częściową prawdę tych nastawień. Tak, były awantury, krzyki, po których… wynikało uświadomienie, że jednak naprawdę mam jeszcze nad czym pracować. Nie biorąc do siebie wypowiedzianych w emocjach dotkliwych wyrazów. I to o czym wczoraj wykrzykiwałam: „to niemożliwe do zrobienia!”, jednak da się zrealizować, jeśli przyłożyć trochę głowy, intuicji i chęci. Tu nauczyłam się przekraczać własne wyobrażenie o swoich możliwościach.

Nie zaprzeczam, że Włodzimierz Staniewski nie ma lekkiego charakteru, jak i każdy człowiek posiada dużo wad. Ale właśnie dla tego że jest liderem i autorytetem, te wszystkie wady są rozpatrywane w olbrzymim zwiększeniu, a pod presją odpowiedzialności i publiczności mają większą szansę na ujawnienie i nabierają wyglądu cech potwora. Ale jak być z faktem, że po wzajemnej kłótni on pierwszy piszę sms czy e-mail z przeprosinami i propozycją by omówić sytuację na spokojnie następnego dnia? Że męczy się, jeśli obrazi kogoś bez powodu, że z pokorą podpytuję „Co jeszcze wczoraj Tobie nakrzyczałem? O Boże…”? Świadkiem takich uczynków Staniewskiego też byłam niejednokrotnie i to od samego początku pracy w „Gardzienicach”.

Mówiąc bardziej kategorycznie – tu pracują dorośli ludzie, którzy sami za siebie ponoszą odpowiedzialność. To nie dzieciaki, które nie umieją odróżnić przemocy i wykroczeń od normy i dla tego są manipulowane. W „Gardzienicach” nigdy nie zdarzały się okoliczności, w których u człowieka nie było wyboru. Jeśli nie czujesz się na siłach wypracować odporność na sytuację albo ją zmienić – w końcu zawsze można odejść. Albo z powodu różnic w poglądach na twórczość, albo z powodu niepogodzenia z przypadkami wynikającymi w pracy. Odejście wymaga siły i odpowiedzialności podjęcia decyzji.

Warto też wspomnieć, że te konflikty to świetny trening jak w trudnych sytuacjach sobie radzić i nie powtarzać zarówno własnych jak i cudzych błędów i niekonstruktywnych zachowań. A w prywatnym życiu to jest bezcenna umiejętność, bo tu naprawić relację albo odejść jest o wiele trudniej, niż w przypadku pracy.

Tetiana Oreshko-Muca,
aktorka w teatrze „Gardzienice” od 2013 roku

Źródło:

www.gardzienice.org
Link do źródła

Wątki tematyczne