10.10.2020, 11:42 Wersja do druku

Gardzienice. Coming outy

Gardzienice zostały założone w 1977 roku przez Włodzimierza Staniewskiego, ucznia Jerzego Grotowskiego. Od początku Gardzienice czerpały z kultury ludowej pogranicza, białych pieśni i religii prawosławnej. Wraz z zainteresowaniem Staniewskiego starożytną Grecją również prowadzony przez niego teatr wprowadził do swojego repertuaru greckie tragedie i poświęcił się budowaniu choreografii opartej na antropomorficznych wizerunkach pochodzących przede wszystkim z antycznych waz. Teatr zdobył międzynarodowe uznanie i postrzegany jest jako twórcza kontynuacja działań w Teatrze Laboratorium założonym we Wrocławiu przez Grotowskiego.

Głos jednej z legend Gardzienic, Mariany Sadovskiej, zmobilizował inne aktorki oraz współpracowniczki teatru do opowiedzenia o własnych traumatycznych doświadczeniach w tym teatrze. Zebrał je Witold Mrozek, który opublikował w „Gazecie Wyborczej” tekst złożony z ich wypowiedzi i wspomnień.

Obie publikacje skłoniły następne kobiety do wyjawienia własnych historii związanych z teatrem Gardzienice. Kolejne wypowiedzi publikujemy w tym miejscu dzięki pomocy Agaty Diduszko-Zyglewskiej.

fot. mat. teatru

Ofiary – „wybrańcy”


Włodzimierz Staniewski szykanował wybrane osoby, przede wszystkim kobiety, aktorki i studentki Akademii Teatralnej. Publicznie ośmieszał je i upokarzał, zmuszał do absurdalnych zachowań, karał za nieprzestrzeganie wymyślonych przez siebie reguł. Wielokrotnie byłam świadkiem słownej i psychicznej agresji.

Powszechnie mówiło się, i o tym zapewniali starsi aktorzy i koleżanki z Akademii, że jest to metoda pracy teatralnej, że chodzi o twórczość i jeśli Staniewski nie widzi w człowieku materiału do pracy, to go nie maltretuje. Perfidia tego tłumaczenia polegała na odwróceniu: ofiary były postrzegane przez nas, bardzo młode wtedy osoby, jako „wybrańcy”. Przez dłuższy czas uważałam, że skoro nie doświadczam tego typu nadużyć, to zapewne nie rokuję jako aktorka.

W kosmosie Gardzienic odgrywałam rolę usługową: należałam do kategorii masażystek, sprzątaczek i prasujących bokserki w prywatnym mieszkaniu reżysera. Osobiście nie doświadczyłam krzywdy, o której piszą poszkodowane kobiety. Od wielu jednak lat czuję się obciążona swoją niemocą i poczuciem winy. W przeciągu tych kilku lat pracy w teatrze ani ja, ani też nikt inny nie stanął w obronie publicznie linczowanej osoby. Patrzyłam na naszych o dwie dekady starszych i mądrzejszych pedagogów, opiekunów i za każdym razem rejestrowałam milczące przyzwolenie na to, co się działo. Dziwnie czyta mi się słowa Tomka Rodowicza, który o dyskomforcie kobiet dowiedział się podczas rozmów z nimi, tak jakby nie było go wtedy, kiedy to się działo. Nie można było o tym nie wiedzieć. Co nie znaczy, że za zamkniętymi drzwiami i bez widzów przemoc się urywała.

O próbie samobójczej Mariany Sadovskiej dowiedziałam się dopiero wtedy, kiedy ujawniła swoją historię. Jestem tym głęboko wstrząśnięta. Chciałabym, żeby wszyscy ci, którzy byli świadkami systemowego poniżania, przyjaciele Gardzienic, zapraszani na wykłady w Akademii, związani z Gardzienicami przez wiele lat, zabrali głos w tej sprawie i rozliczyli się ze swoją niemocą i odpowiedzialnością za wyrządzoną tam krzywdę.

ALEKSANDRA WRÓBLEWSKA

Antropolożka kultury, absolwentka Akademii „Gardzienic” w latach 2000–2002, pracowniczka naukowa przy projekcie „Connecting Memory” w Fundacji Pomnik Pomordowanym Żydom Europy.

***

Uratowała mnie córka


Wychowana we Wrocławiu karmiłam się spektaklami i warsztatami w Ośrodku Grotowskiego i żyłam marzeniami o podobnej głębokiej i duchowej pracy aktora i odkrywaniu siebie pod okiem mistrza reżysera. Do Akademii „Gardzienic” trafiłam prosto po maturze, mając zaledwie 18 lat. Niemalże od razu zostałam zaproszona do udziału w spektaklach „Metamorfozy” i „Elektra”.

Początkowo byłam upojona tym, że wielki reżyser zachwycił się mną i dołączyłam do prestiżowego teatru. Szybko jednak marzenie mojego życia zmieniło się w koszmar. Byłam najmłodsza w zespole i to właśnie mnie Staniewski wybrał sobie do poniewierania i upokarzania. Zaczęło się od publicznych wyzwisk podczas wyczerpujących prób do trzeciej w nocy, w końcu doszło do przemocy fizycznej, duszenia podczas nocnej próby na oczach innych aktorów, którzy traktowali jego znęcanie się nade mną z obojętnością.

Na przemian mówił mi, że jestem obleśna i gruba albo że by mnie przeleciał. Kazał mi być niewidzialną, zniknąć, nie wydawać z siebie żadnych dźwięków, zabronił kontaktu z zagranicznymi gośćmi. Publicznie wyśmiewał to, jak wyglądam, mój głos, moje ruchy, jednocześnie każąc się masować, prasować, zmieniać pościel. Pracowałam w teatrze około trzech lat, nigdy nie dostałam wynagrodzenia. Długo próbowałam odejść, ale każdy, kto zna mechanizm przemocy psychicznej, wie, jak ciężko jest ofierze takiej przemocy wyrwać się od swojego oprawcy.

Dzień po dniu byłam pozbawiana poczucia własnej wartości. Wydawało mi się, że znaczę tylko tyle, ile znaczę w oczach Staniewskiego, który wmawiał mi, że moja jedyna wartość to bycie częścią jego prestiżowego teatru i że muszę być wdzięczna, że ktoś tak wielki jak on daje szansę komuś takiemu jak ja, kto nic nie osiągnął i nie jest nic wart.

Do tego dochodziło odseparowanie od rodziny i przyjaciół, mieszkanie w wiosce pod Lublinem „na końcu świata”. Teatr i ludzie go tworzący stali się całym moim światem. Uratowała mnie... córka. Zaszłam w ciążę z jednym z aktorów i to mnie obudziło z letargu i dało wewnętrzną siłę, żeby po trzech latach tortur odejść z tej groźnej sekty.

Do dziś śnią mi się koszmary, w których Staniewski mnie publicznie upokarza, choć mam już za sobą terapię. Czuję ogromną ulgę, że jego bestialskie traktowanie aktorek nareszcie wychodzi na światło dzienne, i mam nadzieję, że dzięki temu nigdy więcej nikogo nie skrzywdzi, a jego ofiary doznają ulgi i będą w stanie zamknąć za sobą ten rozdział.

ALICJA ŻMIGRODZKA

Absolwentka Akademii Praktyk Teatralnych „Gardzienice”, aktorka Gardzienic w latach 2003–2006. Obecnie ilustratorka i autorka książek o buddyzmie.

***

Prośby o masaże


Sama byłam poddana manipulacji, której wtedy nie rozpoznałam – z racji wieku i naiwności. Wielu studentów, a zwłaszcza studentek było wykorzystywanych do różnych działań w sposób, jaki nie powinien mieć miejsca w instytucji publicznej. Sprzątanie, prasowanie ubrań dyrektora o pierwszej nad ranem w jego mieszkaniu, prośby o masaże pleców i inne rodzaje przekraczania granic relacji nauczyciel–uczeń były regularne.

Jednak najgorsza była jawna przemoc słowna i psychiczna, która była jego metodą pracy, z czego zdałam sobie sprawę później, kiedy zaczęłam współpracować z teatrem także poza Akademią. Upokarzanie pracowników, a zwłaszcza kobiet, było codziennością. Do tej pory pamiętam teksty w rodzaju: „nie machaj tym cycem, idiotko”, „zgól nogi”, „umyj się”, które miały na celu trafienie w czuły punkt poniewieranej akurat osoby.

Kulminacją tego doświadczenia był moment, kiedy zostałam zaproszona do prób „Elektry”. Przyjechałam z Warszawy w umówionym terminie na kilka dni prób. Prób było bardzo niewiele. Ostatniego wieczora jak zwykle przyszłam na salę o dwudziestej i przez kilka godzin czekaliśmy z aktorami na reżysera, który w tym czasie był piętro wyżej. Zachowanie bardziej doświadczonych kolegów wskazywało na to, że nie dzieje się nic niezwykłego.

Około północy byłam już naprawdę zmęczona. Reżyser pojawił się o pierwszej nad ranem i zaczął próbę, która została sprowadzona do poniżania jednej aktorki i zmuszania jej do powtarzania przez godzinę jednominutowej sekwencji. O trzeciej w nocy reżyser zapowiedział kolejną próbę rano, a na moje przypomnienie, że zgodnie z naszą umową muszę wyjechać, zareagował furią.

Krzyczał, że „jego aktor” nigdy by tak nie odpowiedział. I na tym zakończyła się nasza współpraca. Oczywiście nie było mowy o wynagrodzeniu za tę pracę – i tak samo, o ile wiem, w tamtym czasie było w przypadku większości innych absolwentek i absolwentów, których zapraszano do współpracy. Teraz wiem, że to wszystko było psychiczną i emocjonalną przemocą wobec nas, ale wtedy byłam wobec tego bezbronna.

AGNIESZKA BŁOŃSKA

Reżyserka teatralna, była uczestniczką drugiej edycji Akademii Praktyk Teatralnych.

***

Niewdzięczna

Wreszcie! Gdy zaczęło się #metoo, próbowałam nakłonić koleżanki do opowiedzenia historii z Akademii „Gardzienice”. Wtedy nie wyszło – ktoś napisał: „nie wszystko jest molestowaniem”. To, co się tam działo – było. Nie tylko molestowaniem, ale i przemocą. Będąc jeszcze na studiach scenograficznych, jeździłam oglądać spektakle do Gardzienic.

Podróż do Lublina, spektakl i słynne pierogi na imprezie po spektaklu, wszystko to było jak magiczne otwarcie innego teatru, gdzie widz czuje rytm oddechu aktora i jest razem z nim. Dlatego kiedy Pawel Passini zaproponował mi wyjazd wakacyjny do Gardzienic i pracę z nim przy „Ifigenii”, byłam w siódmym niebie (lato 2002 roku). Potem sam mistrz zaproponował mi zaprojektowanie scenografii i kostiumów do „Elektry”, jej pierwszego pokazu na 25-lecie Gardzienic. To było ósme niebo, które potem okazało się bramą do piekła.

Pierwsze schody zaczęły się, gdy poprosiłam o umowę. Nie stać mnie było na życie poza domem przez kilka miesięcy bez pieniędzy. Udało mi się uzyskać symboliczne wynagrodzenie, ale nasłuchałam się, jak bardzo jestem niewdzięczna itd., gdyż sama możliwość obcowania z nim była nagrodą. Potem było coraz gorzej.

Pewnego wieczoru, kiedy przygotowywałam szkice do figur z przedstawień teatru (które potem stanęły w parku), Staniewski przyszedł z wódką, po paru kieliszkach zaczął mnie obmacywać. Udało mi się go zbyć i odprawić. Później już nie próbował, za to nie szczędził uwag, jak to się do niczego nie nadaję. Pracowałam tam kilka miesięcy.

Życie ratował Tomek Rodowicz, wtedy już skonfliktowany ze Staniewskim, do którego domu wymykaliśmy się po kryjomu, bo mistrz nie mógł o tym wiedzieć, oraz kilka wspaniałych osób, które tam spotkałam. Byłam świadkiem przez te kilka miesięcy, jak piękne, młode i zdolne dziewczyny wędrowały do Staniewskiego na „górę”, jak „mistrz” prowadził próby w nocy, kiedy aktorzy czekali na niego od 20 do czasem 2–3 nad ranem, kiedy schodził ze swojej wieżyczki prowadzić próbę.

Na realizację scenografii nie było pieniędzy. Miałam do zrobienia okrągłe drewniane schody, które, aby był efekt, powinny być wykonane perfekcyjnie. Jeździłam do wszystkich okolicznych stolarzy z prośbą o wycenę, wszystko było za drogie.

Staniewski zdradził mi „poradę” profesjonalną, którą, jak wspomniał, częstuje swoje aktorki: „jak nie możesz inaczej, to daj dupy”. Rozważałam tę propozycję, ale ostatecznie skleciliśmy „japońskie schody” ze starych, zniszczonych europalet, które ktoś mi podarował. Efekt był fatalny.

Chciałam zapomnieć o tej pracy – mojej pierwszej pracy w teatrze. Ostecznie przetrwało kilka kostiumów, wykorzystanych w późniejszej „Elektrze”. Ktoś z teatru zadzwonił do mnie, abym wymieniła, które kostiumy są moje, aby mogli wpisać mnie do programu. Powiedziałam, aby nie wspominali mojego nazwiska, i zrzekłam się praw do kostiumów. Po 15 minutach zadzwonił sam Staniewski, który nie mógł uwierzyć, że nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. Człowiek zamknięty w swoim przerośniętym ego.

ANITA BOJARSKA

Scenografka, kostiumografka, absolwentka studiów w Katedrze Malarstwa i Scenografii na warszawskiej ASP.

***

Nigdy nic z ciebie nie będzie

Byłam świadkiem, jak obrażał ludzi – przy mnie mówił np. jednej dziewczynie, że jest brzydka i głupia, i brzydko pachnie (!!!), innej, że jest beztalenciem i nie wie w ogóle, po co ją wziął do zespołu, bo nigdy nic z niej nie będzie. Obrażał ludzi notorycznie, przy wszystkich, wyśmiewał ich, kpił. Strach przed jego stanem emocjonalnym – pytanie, czy będzie wkurwiony, czy akurat pogodniejszy – był powszechny; w ogóle napięcie, zdenerwowanie w grupie, wyładowywanie swojej złości, frustracji na ludziach były w Gardzienicach na porządku dziennym.

MAGDALENA BARTNIK

Aktorka Gardzienic w latach 2000–2004.


Tytuł oryginalny

Gardzienice. Coming outy. Aktorki Gardzienic

Źródło:

www.dwutygodnik.com

Link do źródła

Tematy w toku