EN

17.07.2023, 18:51 Wersja do druku

„Loteria na mężów” - operetka Karola Szymanowskiego

„Loteria na mężów, czyli narzeczony nr 69” w reż. Marcina Sławińskiego z Opery Krakowskiej na Baltic Opera Festival. Pisze Maciej Gogołkiewicz na blogu Operetkowe.info.

Inne aktualności

Inscenizacja operetki Karola Szymanowskiego przygotowana przez zespół Opery Krakowskiej rozpoczęła Baltic Opera Festival. Na scenie Opery Bałtyckiej zaprezentowano "Loterię na mężów czyli Narzeczony nr 69" w reżyserii Marcina Sławińskiego.

Napad na bank, policyjny pościg, strzelanina i bicie rekordu Ameryki w długości pocałunku. Mamy zakup kontrolowany, awatara, cud resocjalizacji, "ptaszkinie", prawie - Wujka Sama i prawdziwą rozmowę telefoniczną z samym Karolem Szymanowskim. Sporo tu nawiązań do muzyki popularnej ("Zastałem Jolkę?", "Kobiety są gorące"), do filmów (słynna scena z "Forest Gumpa" i monolog o życiu, które jest jak pudełko czekoladek) oraz do najlepszych kryminałów autorstwa Sir Arthura Conan Doyle’a.

Z libretta zniknął "murzyn", a pojawił się Afroamerykanin. Padają hasła o równości płci ("żyjemy w czasach odwróconych ról"), lecz nadal jest to przede wszystkim wzorcowa operetka z całą swą przaśnością, z niezbyt błyskotliwymi rymami i operetkową fabułą, której to formą brzydził się swego czasu Julian Tuwim. Są Indianie, Klub Starych Panien i Klub Wesołych Wdowców. I jak dla mnie absolutne szaleństwo autora libretta: brylujące na scenie postaci Sherlocka Holmesa i Herculesa Poirot. Pełna niespodziewanych zwrotów akcja operetki to blisko dwie godziny świetnej zabawy!

"Loteria na mężów albo Narzeczony nr 69" A.D. 2023 to wybitna gra aktorska, doskonałe głosy, cukierkowa scenografia, przepiękne kostiumy i choreografia (o czym więcej poniżej). Nad wszystkim błyszczy gwiazda wieczoru... muzyka Karola Szymanowskiego. Jest w niej coś z muzyki filmowej, nie brakuje jej melodyjności, operetkowego sznytu i niewątpliwe z każdym dźwiękiem dogania brzmieniem mistrzów operetki: Lehara czy Kalmana. Choć wiele utworów zachwyciło mnie muzycznie, to nie znalazłem tu czegoś, z czym wychodzi się po spektaklu nucąc pod nosem.

Z drugiej strony: nie odebrałem operetki Szymanowskiego tylko jako ciekawostki, czegoś coś przytrafiło się wyśmienitemu kompozytorowi oper. Im więcej czasu spędzałem się z operetką Szymanowskiego, im bardziej wsłuchiwałem się w muzykę, tym większą miałem przyjemność z jej doświadczania. Jak to się mówi? Apetyt rośnie w miarę jedzenia.

I tak było z "Loterią...", która z każdą arią, każdym duetem czy kupletami olśniewała muzycznie. Począwszy od przepięknej arii Sary („Rozkazać sercu próżny trud”), przez genialne duety braci Charliego i Darliego, bardzo dojrzałe kuplety Miss Huck („Kiedym ja była bardzo młoda”), genialnie wyśpiewaną rozmowę telefoniczną Tobiasza (z cudownym „Halo! Halo!”), dowcipne kuplety Williamsa (z boskim "Ech! Ech! Ech To jest fatalny pech”), po niesamowicie poruszające duety miłosne Darliego i Sary.

Nie rozumiem, dlaczego Szymanowski - choć bardzo marzył o "muzycznym wyśmianiu się" - tak bardzo wstydził się swojej operetki. Gdy ją publikował opatrywał pseudonimem Whitney, by na końcu nawet nie umieścić jej w katalogu swoich dzieł. Za życia artysty nie udało się wystawić "Loterii..." na scenie. Ani w Polsce, ani w wiedeńskich teatrach (choć libretto było już przetłumaczone). Szkoda, bo jestem przekonany, że Szymanowski doskonale odrobił pracę domową z operetki (poświęcając jej mnóstwo czasu).

Dopiero po blisko 100 latach, w 2007 „Loteria...” w reżyserii Józefa Opalskiego miała swoją światową prapremierę na scenie Opery Krakowskiej. Podobnie jak wtedy, tak i teraz w Gdańsku Orkiestrę Opery Krakowskiej poprowadził Piotr Sułkowski. Inscenizację zaprezentowaną na scenie Opery Bałtyckiej wyreżyserował Marcin Sławiński. Dialogi, specjalnie na potrzeby tej produkcji opracował Wojciech Tomczyk, co wyjaśnia ich (wspomnianą wyżej) współczesność. Wynika to również z tego, że poza oryginalną muzyką i genialnymi, finezyjnymi tekstami śpiewanymi autorstwa Juliana Krzewińskiego – Maszyńskiego, pozostała część libretta zaginęła. Teksty mówione, wiążące poszczególne utwory muzyczne trzeba było napisać od nowa. I tu warte podkreślenia: w tej warstwie inscenizacja „Loterii...” z 2023 roku jest całkowicie inna od tej premierowej sprzed 16 lat. W mojej ocenie znacznie lżejsza.

O czym jest „Loteria na mężów” i kim jest tytułowy narzeczony nr 69? Otóż w dużym skrócie: Bracia Charly i Darly, którym zbrzydł cygański los, obwoźnych fotografów - wbrew woli ojca ("Będzie znów nas stąd gonił") - wracają do rodzinnego miasteczka. Nie chcą pracować w fabryce automobili ("dorożki mechaniczne... nie mają żadnej przyszłości") należącej do papy, więc otwierają własny zakład fotograficzny licząc, że złotem napchają trzos. Charly dzięki temu będzie mógł oddawać się zabawie, a Darly... zyska szansę by ożenić się "z najpiękniejszą dziewczyną jaką poznał". Charly nie może tego zrozumieć: "Mój brat (...) zamierza mnie opuścić i... zdradzić. Taka patologia! Chce się ożenić". Przed małżeństwem chce uchronić chłopaka także Pan Williams z Klubu Wesołych Wdowców, głosząc czarne scenariusze: "tysiące młodych mężczyzn popada w najgorszą niewolę - niewolę małżeństwa”. Żadne argumenty nie są w stanie wpłynąć na decyzję młodzieńca: "Jam nie pijany! Jam zakochany" – mówi Darly.

Wybranką Darliego jest Sara. Jak przekonuje jej matka Pani Troodwood oraz jej ciotka panna Huck, prezeska Klub Starych Panien, Sara jest zagrożona staropanieństwem, „które dotyka w naszym kraju tysięcy młodych kobiet! Dwudziestoletnich, dwudziestojednoletnich, a nawet dwudziestodwuletnich dziewcząt, których nikt nie zechciał”. Rozwiązaniem problemu może okazać się wynalazek pewnego Impresario, krążącego od miasta do miasta, witanego jako wybawca, ponieważ opatentował loterię na mężów. "Życie nie jest jak pudełko czekoladek. Życie to loteria. Wielkie ciągnienie. Wygraną będzie chłopiec bogaty, więc niepotrzebne będą tu swaty".

Z czasem jednak wyda się, że loteria jest oszustwem, zmyślnie ukartowanym przez Impresario. Pod pozorem sprzedaży losów, wyłudza on pieniądze, zaś wylosowany jako nagroda główna mąż oznaczony nr 69, okazuje się jedynie podstawionym pomagierem Impresario, który chwilę po losowaniu ucieka, bogatszy o kilka dolarów. Tę skomplikowaną działalność przestępczą rozpracowali Sherlock Holmes i Hercules Poirot, i skutecznie udowodnili za pomocą zakupu kontrolowanego zarejestrowanego kinematografem.

Według Panny Huck, Sara nie posiadająca posagu powinna chwycić się (niczym brzytwy) loterii. Ta jednak o tym nie myśli, bo wierzy, że jej "chłopiec zjawi się jak słodki sen". A problem posagu planuje rozwiązać organizując... (za pomocą podkopu) napad na bank. Razem z przyjaciółkami z „Bracia Sisters” w myśl sfeminizowanego hasła "Jedna za wszystkie, wszystkie za jedną" zrealizują swój plan, zdobywając pieniądze m.in. na opłacenie kapeli na wesele. I proszę się nie obawiać, sprytnie unikną kary za rabunek.

A co z tą miłością? Sara i Darly spotykają się w zakładzie fotograficznym. Okazuje, że czapka, którą Sara przymierzała do różnych męskich głów w końcu idealnie pasuje. Młodzi są razem. Ojciec, Tobiasz Helgoland wygłasza "nauki przedmałżeńskie", sam przy okazji znajdując dla siebie narzeczoną, Pannę Huck. Mamy piękny operetkowy happy end i wspaniałą – oh, ah – scenę finałową, ze strzelającymi korkami szampana.

Mam nadzieję, że premierowe wystawienie „Loterii...” w Gdańsku nie będzie jednorazowym wydarzeniem. Że tytuł ten choć na jakiś czas pojawi się na afiszu Opery Krakowskiej lub Bałtyckiej. I tu wiadomość z ostatniej chwili!!! Opera Krakowska na swoich social mediach zapowiedziała "Loterię..." na swojej scenie w sezonie 2023/2024 z premierą 17 listopada. I bardzo mnie to cieszy, bo grzechem byłoby odstawienie takiej inscenizacji do lamusa, zwłaszcza, że jej przygotowanie kosztowało sporo pracy. Od strony realizatorskiej to wyjątkowa realizacja.

Scenografię spektaklu przygotowała Natalia Kitamikado. To bardzo ciepła, wręcz cukierkowa scenografia. Wiele w niej elementów przywodzących skojarzenia z cyrkiem, czy jarmarkami. Boczne części sceny są stałe, to mury domów ozdobione paskowanymi markizami, stylowymi lampami ulicznymi. Całość dopełniają wprowadzane na scenę „miejskie” obiekty (fotograficzne atelier, altany obu Klubów, cyrkowy namiot?) lub opuszczane na sztankietach ogromne ornamenty składające się z rozświetlonych żarówkami (niczym w najlepszym teatrzyku rewiowym) elementów. Warto spojrzeć na namalowany horyzont miasteczka, na którym dostrzec można np. most, diabelski młyn. W scenie z mandoliną przepięknie wygląda nocne miasteczko. Szalenie podobało mi się przeniesienie akcji operetki do domu Tobiasza Helgolanda. Piękna, aczkolwiek symboliczna, zielona ściana, kilka zawieszonych na niej fotografii (jedno ze ślubu Helgolanda, pozostałe z inną miłością gospodarza – automobilami). Między nimi okno, rewelacyjnie dopieszczone światłem. Powstał niesamowity efekt „przytulności”. Światło w spektaklu wyreżyserowała Ada Bystrzycka.

O ruch na scenie zadbał mój ulubiony duet choreografów Jarosław Staniek i Katarzyna Zielonka. Fantastyczna choreografia „z gazetami” czy typowy dla tych realizatorów niesamowity ruch w scenie losowania na loterii! Bardzo podobało mi się łączenie ruchem Charliego i Darliego, podkreślające braterską relację. Pięknie zaaranżowany krok (z kolana na kolano) Darliego, który z kwiatami „wędrował” do Sary. Doceniając ogromny potencjał choreografów, przyznaję, że mam pewien niedosyt, wynikający z rezygnacji przez twórców inscenizacji z udziału w niej baletu. Jego rolę w niewielkim stopniu przejął chór.

 „Odzyskasz czapkę, odzyskasz głowę. Takie jest prawo operetki” - przekonuje Charly. I tu podkreślę imponujące nakrycia głów (ozdobione piórami) nie tylko klubowiczek z Klubu Starych Panien, ale również Panny Huck, Pani Troodwood, Sary i jej przyjaciółek. A skoro mowa o kapeluszach, czapkach, to w tej operetce czapka stała się nową wersją pantofelka, z którym książę szukał swojego Kopciuszka. Sara przymierza czapkę mężczyznom, by odnaleźć swoje ukochanego („Mamy prawo wybierać, a nie tylko być wybieranymi”). Kostiumy do spektaklu zaprojektowała Izabela Chełkowska - Wolczyńska.

Nie da się obojętnie przejść obok przepięknych sukni Panny Huck, Pani Troodwood. Ale to kostiumy „Braci Sisters” czy też „Ptaszkiń” - lekkie i zmysłowe - przyciągnęły moją uwagę. Każda jest inna i z innym motywem kwiatowym: tulipanem, gerberem, chabrem, piwonią, słonecznikiem, irysem. Ileż w tym uroku!!! Idealna kolekcja wiosenna a la Szymanowski. Podobały mi się również kostiumy Wesołych Wdowców: tu dominowała krata i wszelkie jej odmiany. Najbardziej charakterystyczny kostium założył Impresario. Ubrany w kolory z amerykańskiej flagi wyglądał jak ikoniczny Wujek Sam.

Założeniem realizatorów „Loterii...” A.D. 2023, było stworzenie szansy wystąpienia na scenie dla młodych artystów (absolwentów, ale i studentów muzycznych uczelni), by u boku doświadczonych koleżanek i kolegów, mogli postawić swoje pierwsze artystyczne kroki. I nie mam wątpliwości najnowsza inscenizacja „Loterii...” tchnie młodością, świeżością, lekkością, czyli czymś czego oczekiwałem od doskonale wyreżyserowanej operetki. Sarę Troodwood zagrała Justyna Khil, wspaniale tworząc postać nieco zbuntowanej, ale świadomej swoich wyborów i wierzącej w miłość kobiety. Długo po spektaklu brzmiał mi w głowie przepiękny sopran Justyny Khil, zwłaszcza po solowym wykonaniu „Rozkazać sercu próżny trud”, ale i po emocjonalnych duetach z Adrianem Domareckim (Darly). Ich głosy współgrały ze sobą idealnie, uzupełniały się. Chyba najlepiej zabrzmiał (tu nazwa przeze mnie wymyślona) „Duet z kilofem”. Sam Domarecki idealnie poprowadził swoją postać rozmarzonego, zakochanego młodzieńca i... zaskoczył mnie całkiem niezłą grą aktorską. Scena, w której śpiewa: „Po raz pierwszy, kiedym ujrzał ja, oko moje zabłysło szczęścia łza” to jeden z piękniejszych momentów spektaklu.

Na scenie robiło się bardzo energetycznie, gdy Domarecki śpiewał w duetach z Szymonem Raczkowskim (ze swoim bratem Charlim) – cudowne połączenie tenora z barytonem brzmi tu perfekcyjnie. Raczkowski śpiewał bardzo czysto, technicznie, a wykonana przez niego ballada o indiańskim wodzu na długo pozostaje w pamięci. Ojca braci, Tobiasza Helgolanda z ogromną klasą, szacunkiem dla postaci, a jednocześnie z lekkim przymrużeniem oka zagrał Tomasz Kuk. Mistrzowsko wyśpiewana rozmowa telefoniczna i przezabawne kuplety z naukami przedmałżeńskimi, okraszonymi mądrościami płynącymi z przysłów! Postać Tobiasza dopełniła Panna Huck, której zagranie powierzono Justynie Bluj. Wspaniała, dostojna postać! W zaproponowanej przez Bluj kreacji (także w warstwie wokalnej) dostrzegałem operetkowe damy - Rozalindę, Maricę. Nic mnie tak nie wzruszyło jak wykonanie kupletów Panny Huck: „Kiedym ja była bardzo młoda, tom o miłości śniła wciąż”. Brawo!

Mam wrażenie, że najlepiej swoją postacią bawił się... Damian Wilma. Williams, prezes Klubu Wesołych Wdowców brylował na scenie z zadziwiającą pewnością! Wspaniały ruch, taniec i ten genialny głos w "Wszak każdy z nas miał głupi czas" oraz bawiących do łez kupletach: „Bo wprawdzie w piekle źle, Lecz z żoną, wiecie, gorzej na świecie”. Sprawcą całego zamieszania w „Loterii...” był Impresario, w którego wcielił się baryton Stepan Drobit.

Mistrzowie scen akcji „Loterii na mężów” to Piotr Maciejowski jako Sherlock Holmes i Jakub Foltak jako Hercules Poirot. Zagrali te (jak dla mnie) kompletnie niespodziewane w operetce postaci z ogromnym poczuciem humoru, a jednocześnie zachwycili mnie wokalnymi umiejętnościami i perfekcyjnym wejściem w role detektywów. Kontratenor Jakub Foltak nieprawdopodobnie pięknie zabrzmiał w „Smutnej piosnce druciarza”. Wspaniały moment spektaklu. Na kilka chwil wstrzymałem oddech... Maciejowski natomiast dostał do wykonania kuplety Sherlocka Holmesa o zamykaniu sprawców przestępstw różnych do więzienia. Dla artysty był to doskonały moment do zaprezentowania wokalnego warsztatu. Wspaniale brzmiący tenor. Muszę przyznać, że to jeden z ciekawszych muzycznie fragmentów operetki z elektryzującą kodą między poszczególnymi, wyśpiewanymi historiami Holmesa.

Na scenie pojawili się także Jan Kubas (Jack), Magdalena Barylak (Pani Troodwood) oraz wspaniałe Ptaszkinie: Laura Wąsek (Molly), Teresa Marut (Kitty), Magdalena Stefaniak (Fanny), Martyna Dwojak (Lotti) i Emilia Rabczak (Mimi). Każde pojawienie się Braci Sisters to chwile wyśmienitego humoru i niezwykłych doznań muzycznych. Ależ jest pięknie, gdy zespołowo wykonują „Narzeczoną zostać to jest trudno dziś”!

Na zakończenie chylę nisko głowę przed Chórem Opery Krakowskiej przygotowanym przez Janusza Wierzgacza. Poza wspaniale brzmiącymi głosami, zafundowali mi Państwo wspaniałą zabawę wcielając się w klubowiczów: Stare Panny i Wesołych Wdowców. Mam nadzieję, że i Wy dobrze się bawiliście? 

Zmysł słuchu pobudzała Orkiestra Opery Krakowskiej, która partyturę Szymanowskiego wyniosła na najwyższy poziom doskonałości. Nie tylko dla miłośnika operetki było to wyjątkowe doświadczenie. A przy okazji dowiedziałem się, że na Orkiestrę zawsze można liczyć (również z łupem)! „Pomożecie? Pomożemy!”

Zachwycony jestem inscenizacją „Loterii na mężów” Karola Szymanowskiego. Pośród wszelkich księżniczek, hrabianek i wdówek, pośród baronów, nietoperzy i wiedeńskiej krwi to bardzo odświeżające i inspirujące operetkowe doświadczenie. Jak wcześniej wspomniałem, grzechem było odstawienie tego tytułu do lamusa, więc cieszę się, że "Loteria..." wraca na scenę Opery Krakowskiej już w listopadzie tego roku.

Organizatorom Baltic Opera Festival gratuluję pomysłu wystawienia tej operetki w ramach festiwalowych wydarzeń. Życzę również spektakularnej kolejnej edycji festiwalu, sobie zaś życzę kolejnego spotkania z operetką w tych wspaniałych okolicznościach.

Za wsparcie i zaproszenie serdecznie dziękuję Operze Bałtyckiej, w tym Arkadiuszowi Gancarzowi z działu promocji.

Tytuł oryginalny

#8 "Loteria na mężów". Operetka Karola Szymanowskiego!

Źródło:

operetkowe.info
Link do źródła