03.02.2021, 11:22 Wersja do druku

Wojtek

Co tu powiedzieć, żeby nie było żałosnym banałem? Umarł wielki aktor? O aktorskiej wielkości Wojtka wiedzą wróble na dachu - pisze Tadeusz Nyczek w felietonie dla Dialogu.

Czwartek, 15 października. Maił od Andermana:

Piszę parę słów na temat Wojtka. Jest źle; w ciągu paru dni stan się drastycznie pogorszył i w tej chwili nie ma z nim nawet kontaktu.

Wydaje się, że fachowcy z Wawelskiej uznali, że już nic nie da się zrobić. Wobec tego Basia załatwiła hospicjum domowe. Wczoraj lekarz z hospicjum uznał, że bierze go do szpitala, by usunąć wodę z brzucha, co miało poprawić nieco stan ogólny. No i wieczorem, po badaniach, okazało się, że Wojtek jest zarażony koronawirusem.

Teraz Basia z Bogusią są na kwarantannie i nie mogą wyjść z domu, a więc nie ma mowy o wizycie w szpitalu. A Wojtek wymógł na Basi obietnicę, że do szpitala już nie trafi, więc jeśli poczuje się nieco lepiej, zrozumie gdzie jest. Szkoda gadać.

fot. mat. Filmu Polskiego

Wojtek to Pszoniak, Basia jego żona, Bogusia jej siostra, szwagierka Wojtka, tłumaczka z francuskiego. A Janusz Anderman to mój przyjaciel, znany pisarz i tłumacz. „Fachowcy z Wawelskiej" to naprawdę jeden fachowiec, prawdziwie wybitny, profesor szpitala onkologicznego im. Curie-Skłodowskiej przy Wawelskiej w Warszawie. Obaj z Wojtkiem byliśmy jego pacjentami, co się okazało w dosyć dziwnych okolicznościach.

Wiedziałem, że Wojtek lata temu leczył się na nowotwór, chyba jeszcze w Paryżu, gdzie bardziej mieszkał, ale nie wiem na pewno, może to była i Warszawa. Kiedy sam zachorowałem, oboje Andermanowie próbowali mnie przekonać do poddania się psychoalternatywnym seansom nagranym na płytę, której słuchanie w ramach terapii uzupełniającej miało pomóc w wyprowadzeniu delikwenta z onkologicznej czarnej dziury. Płyta była od Wojtka, któremu podobno bardzo pomogła. Trochę mnie to zdziwiło, że Wojtek chwytał się takich parapsychologicznych sztuczek, ale potem przypomniałem sobie, że lata temu, gdy inna śmierć zaglądała mi w oczy i nie było szans na szybkie procedury medyczne, z polecenia znajomych udałem się do ukraińskiego szamana, który ordynował w małym domku na warszawskim Żoliborzu. Przedstawił się jako zbiegły ze Związku Radzieckiego naczelny lekarz Armii Czerwonej, zajrzał mi jakimś aparatem do oka, po czym przepisał morderczą dietę na skomplikowanych wywarach z ziół. Kiedy już doszło do leczenia konwencjonalną medycyną, lekarzy zdumiało, że mój organizm, który wedle prognoz powinien był ledwo tykać, chodził na wcale niezłych obrotach. Pomimo tego doświadczenia wrodzony sceptycyzm zwyciężył i nie skorzystałem z ofiarowywanej płyty, która jakoby postawiła Wojtka na nogi.

Teraz Wojtkowi wszystko wróciło ze zdwojoną siłą. Kiedy parę tygodni temu spotkaliśmy się w przychodni na Wawelskiej nie wiedząc jeszcze, że czekamy na wizytę u tego samego lekarza, nie poznałem go. Nie tylko dlatego, że oboje z Basią byli w maseczkach covidowych, ja rzecz jasna też. Siedzieliśmy trzy metry naprzeciwko siebie i nic. Owszem, widziałem niewielkiego chudziutkiego staruszka, łysego jak kolano, ale podobnych staruszków było tam w poczekalni multum. Zastanowiło mnie, że staruszek czytał książkę, w której tytule dostrzegłem słowo „inteligencja", i że miał na nogach campery z żółtymi sznurówkami. Taki ktoś nie miał prawa tam być. Staruszek w camperach w przychodni onkologicznej? Czytający książkę o inteligencji?

Oni popatrywali na mnie, ja na nich. Też czytałem książkę i psiakrew też miałem campery. Coś musiało nam zaświtać, bo w pewnej chwili niemal równocześnie się podnieśliśmy. - Wojtek? Tadek? Basia?

Wojtek zaczął opowiadać. Nie doszedł nawet do połowy dziejów swojej długoletniej gehenny nowotworowej, po drodze miał i zawał, kiedy wezwano go do gabinetu. Wtedy się okazało, że jesteśmy pacjentami tego samego doktora. Więcej Wojtka nie zobaczyłem. Doktor był teatromanem, niedługo potem zaprosiłem go na próbę generalną nowego spektaklu do mojego teatru. Zagadnąłem go o Wojtka; zasłonił się tajemnicą lekarską. Ale kiedy spytałem, czy jest źle, kiwnął głową. To było w sobotę. W poniedziałek rano, 19 października, wiadomość - Wojtek umarł.

Śmierć od pewnego czasu już zupełnie jawnie krąży za oknami, wchodzi przez drzwi jak do siebie. Przestała wstydliwie kryć się po kątach, mówić szeptem, przypominać o sobie w rutynowych czarnych ramkach na przedostatnich stronach gazet. Ogłasza się w każdym dzienniku telewizyjnym, z dumą wylicza swoje ofiary, których ilość przeraźliwie rośnie. Wojtek mógł umrzeć kilka lat temu i byłaby to śmierć pojedyncza, szokująca, świecąca jak meteoryt na nocnym niebie. Dzisiaj Wojtek zginął jak żołnierz na froncie zbiorowej śmierci, zabity na wojnie z niewidzialnym przeciwnikiem ukrytym wewnątrz nas.

Co tu powiedzieć, żeby nie było żałosnym banałem? Umarł wielki aktor? O aktorskiej wielkości Wojtka wiedzą wróble na dachu. Od krakowskiej szkoły teatralnej było wiadomo, że ten niewielkiej postury chłopak ze Lwowa, potem z Gliwic, o twarzy antyamanta i charakterystycznej frazie intonacyjnej, czego dotknie na scenie czy ekranie, obraca w złoto. Jedyne, co mogło zachwiać jakością jego aktorskiej roboty, to była rutyna zbyt długo granej roli. Chyba się zwyczajnie po ludzku nudził, bo na co dzień go roznosiło. Wydawało się, że nie chodzi, ale biegnie, nie mówi, ale strzela zdaniami.

Raz jeden widziałem go w takiej znudzonej roli, po kilku latach jej grania. To był monodram Belfer według głośnej sztuki Jean-Pierre'a Dopagne'a[1]. Objeździł z tym Belfrem Polskę, wszędzie wzbudzając entuzjazm. A ja widziałem spektakl, na którym Wojtek grał śpiąc i publiczność biła brawo przysypiając. Magia Wojtka polegała na tym, że nawet śpiąc potrafił być intrygujący. Naturalna energia przebijała się przez jego śpiące ciało i co chwilę budziła widownię zrywającą się do oklasków. Ta energia rozciągała się zresztą daleko poza aktorstwo. Wojtek wydał osobistą książkę kucharską, z Michałem Komarem książkę rozmów o sobie. Nie słyszałem go grającego na skrzypcach, fagocie, saksofonie i jeszcze kilku instrumentach, ale podobno i takie talenta objawiał. W książce z Komarem znajdziemy Wojtkowe wiersze. Być może była w nim także jakaś rozluźniająca letniość, jakieś wylegiwanie się, równowaga i niekonieczność. Ale takiego Wojtka nie znałem. Był sybarytą, niewątpliwie. Człowiek z zamiłowania stojący w kuchni przy garach i przyprawach, rozsmakowany w dobrym winie, ma w sobie naturalny gen duchowego i cielesnego sybarytyzmu. Generalnie był jednak entuzjastą z wyrytą w sercu dewizą: wszystko albo nic. Wpadał czasem do Ateneum, łapał mnie za rękaw i wyciągał z teczki pakiet maszynopisów. - Słuchaj, mam tu taką sztukę. Genialna! Mówię ci - geeenialna! Przeczytaj i jutro zadzwoń. Mógłbym w tym zagrać. Albo to (tu wyciągał kolejny maszynopis). To jest o Chaplinie w Ameryce. Genialne! Jak on tam wiesz, tu sukces, a potem dno. Na statku się dzieje. Geeenialne! Chaplina gram choćby od jutra. Koniecznie przeczytaj i dzwoń.

Dla Wojtka wszystko było genialne. Nawet jeśli było tylko przeciętne albo i niespecjalnie konieczne. Oczywiście bardzo chciałem, żeby coś u nas zagrał. Przecież największy sukces Ateneum ostatniego dwudziestolecia to była, jest zresztą nadal, Kolacja dla głupca z Pszoniakiem i Fronczewskim w głównych rolach. Wojtek skądinąd niedługo w tym grał i odszedł do jakichś francuskich filmów, zastąpił go Krzyś Tyniec. Zaproponowałem Wojtkowi rolę Gonzala w Gombrowiczowskim Trans-Atlantyku. Jeździł wtedy po Polsce z czytaniem tej książki, co robił fenomenalnie. Zachwycił się. Gonzalo? Genialne! Gram! Umówiliśmy terminy. Nie zagrał. Odkładał, odwlekał, tu jakieś nagłe propozycje filmowe w Paryżu, tam choroba. Czekaliśmy. Przekładaliśmy terminy. Nic z tego nie wyszło. Ja wiem, że po Wojtku będą inni. Może równie zdolni. A przecież wydaje mi się, że nic już nie będzie takie samo. Świat takich jak Wojtek powoli blaknie i sypie się w popiół.

Tytuł oryginalny

Wojtek

Źródło:

Dialog nr 1