08.12.2020, 14:44 Wersja do druku

Wojtek Pszoniak - z Gliwic do Paryża

10 października 2020 roku zmarł Wojciech Pszoniak, wielki aktor, wspaniały człowiek i fantastyczny przyjaciel. Poznaliśmy się w Gliwicach, a potem na naszej wspólnej drodze znalazły się takie miasta jak Paryż, Warszawa i Łódź.

na planie filmu "Z Gliwic do Paryża..."

Wieża gliwickiej radiostacji przypominała mu wieżę Eiffla. 10 lat temu wyreżyserowałem fabularyzowany film Z Gliwic do Paryża - Wojtek Pszoniak....

Kiedy pracowałem jako szef artystyczny Gliwickiego Teatru Muzycznego (2001-2016), często zapraszałem Wojtka na Śląsk i zawsze, gdy tylko mógł, chętnie przyjeżdżał do Gliwic. Miał do tego miasta i ludzi ogromny sentyment. Początkowo nocował w eleganckim apartamencie w hotelu Royal. Polubił tamtejszą restaurację oraz wspaniałego kelnera z poczuciem humoru i znakomitą pamięcią. Nawet gdy pojawialiśmy się po wielomiesięcznej przerwie, wiedział, co najbardziej lubimy zjeść i jakie wybieramy napoje. Jedzenie było tam znakomite. Wojtek lubił zamawiać śledzie i tatara jako przystawki, nie gardził też czystą wódką, ale musiała być dobrej jakości i odpowiednio zmrożona.

Podczas kolejnych przyjazdów do Gliwic nocował w Hotelu Diament Plaża przy ulicy Zwycięstwa. Pamiętam, kiedy pojawił się tam kilkanaście lat temu ze swoją piękną żoną Basią i uroczym pieskiem Leo. Przyjechał wspaniałym białym kabrioletem Alfa Romeo. Auto było fantastyczne, ale miało niewielki bagażnik, w którym musiał zmieścić się też otwierany dach. Pszoniakowie mieli tam poupychane w każdy zakamarek różne torby zamiast jednej dużej walizki. Wojtek zapytał mnie: „A gdzie boy hotelowy?" Okazało się, że nie było boya i sami musieliśmy wszystko wnieść do apartamentu. Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że Pszoniak ma przewrócone w głowie, ale przecież zasłużył sobie na luksus, stał się jednym z najsłynniejszych polskich aktorów, znanych na świecie. Zdobył sobie tę pozycję dzięki wielkiemu talentowi i ciężkiej pracy.

Mówił mi, że marzy o tym, aby kupić sobie apartament na południu Francji, w Marsylii albo Nicei, z widokiem na Morze Śródziemne. Chciał tam patrzeć na piękne zachody słońca. Uwielbiał Francję, ale coraz bardziej niepokoiło go to, co dzieje się w tym kraju z powodu terroryzmu i wewnętrznych konfliktów. Cierpiał też z tego powodu, że w Polsce wzrasta w ludziach agresja i nienawiść. Wojtek nie lubił tłumów, natomiast uwielbiał spotkania w gronie przyjaciół. Pamiętam te wielogodzinne kolacje w Gliwicach i Łodzi. Szukaliśmy miejsc, w których kucharz nie idzie do domu o 22.00. W Gliwicach była to wspomniana restauracja w hotelu Royal, a w Łodzi - Anatewka, zarówno ta stara, z mnóstwem obrazków na ścianach, znajdująca się w pobliżu hotelu Grand, jak i nowa, na terenie Manufaktury.

Wojtek był sam wspaniałym kucharzem. Robił na przykład znakomitą zupę rybną. Najpierw trzeba podsmażyć w garnku na oliwie pokrojoną w kostkę marchewkę i cebulę, z dodatkiem czosnku i zielonej pietruszki. Potem zalewa się to wodą i wkłada rybie głowy oraz przyprawy (sól, pieprz, odrobinę szafranu i startej skórki pomarańczowej, liście laurowe, zioła prowansalskie i papryczkę chilli). Po 3 godzinach trzeba przecedzić wywar, dolać białego wina, włożyć filety kilku rodzajów ryb, a na koniec -owoce morza.

Poznałem go bliżej kilkanaście lat temu, gdy Paweł Gabara był dyrektorem Gliwickiego Teatru Muzycznego, a ja - szefem artystycznym. Zapraszaliśmy Wojtka między innymi na Gliwickie Spotkania Teatralne i na Krakowski Salon Poezji Anny Dymnej w Gliwicach. Szczególnie wzruszające było spotkanie artystyczne „Gliwice Różewicza", które poprowadziłem po śmierci Tadeusza Różewicza w 2014 roku. Kiedy Wojtek miał 13 lat, zmarł jego tata i w pewnym sensie Różewicz zastąpił mu ojca. Spotykał się z nim, dawał mu do czytania swoje wiersze, prosił o wsparcie pomysłów artystycznych Studenckiego Teatru Poezji, działającego przy Politechnice Śląskiej.

W STEP-ie zostały zrealizowane prapremiery sztuk Różewicza: Świadkowie albo Nasza mała stabilizacja oraz Spaghetti i miecz. Wojtek aktywnie działał w tym teatrze jako aktor i reżyser, zanim poszedł na studia do krakowskiej PWST. Różewicz, który stał się kierownikiem literackim STEP-u, mieszkał z żoną Wiesławą, synami Kamilem i Jankiem oraz teściową w kamienicy bardzo blisko Operetki Śląskiej, przy ulicy Zygmunta Starego 28, a Wojtek mieszkał z rodzicami i dwoma braćmi przy Arkońskiej 7, koło Placu Krakowskiego. W gliwickiej szkole muzycznej uczył się gry na skrzypcach, a potem grał też na oboju i klarnecie, dojeżdżając do średniej szkoły muzycznej. Grywał na saksofonie w gliwickim klubie jazzowym. Występował w „Gwarku" na rynku i w „Spirali" należącej do Politechniki Śląskiej.

Przyjaźnił się między innymi z Wiesławem Gawrysiem, filmowcem i bardzo dobrym fotografikiem. Zrealizowali zabawny film w formie slapstickowej: Wakacyjne przygody Wojciecha Pszoniaka. Spotykał się też z Tadeuszem Wojarskim, prezesem Gliwickich Zakładów Urządzeń Technicznych, u którego oglądaliśmy w odlewni pomniki Jana Pawła II i innych świętych. Podziwiał Ruiny Teatru Miejskiego w Gliwicach, ale też podobała mu się atmosfera Muzeum w Gliwicach - Willi Caro. Razem zwiedziliśmy tam znakomitą wystawę, poświęconą ludziom przybyłym ze Lwowa i okolic, po której oprowadzał nas dyrektor Grzegorz Krawczyk.

na planie filmu "Z Gliwic do Paryża..."

W 2009 roku odbyła się w gliwickim kinie Amok premiera mojego filmu dokumentalnego Gliwickie lata Tadeusza Różewicza, w którym wypowiadał się Wojtek Pszoniak i przeczytał jeden wiersz. Pokazywałem ten dokument między innymi w Berlinie, Warszawie, Wiedniu, Edmonton i Nowym Jorku. Udało się również przekonać ówczesnego prezydenta Zygmunta Frankiewicza i Radę Miasta do sfinansowania produkcji filmu o Wojciechu Pszoniaku. Duża w tym była również zasługa Pawła Gabary, Piotra Popiela i Moniki Grzeczyńskiej. W realizacji pomogło mi wiele osób z Gliwickiego Teatru Muzycznego, ponieważ film był fabularyzowany. Ogłosiłem casting do ról epizodycznych. Wymyśliłem tytuł Z Gliwic do Paryża - Wojtek Pszoniak. Zdjęcia realizowałem razem z Mieczysławem Chudzikiem w Gliwicach, Warszawie, Tarnowie, Krakowie, Paryżu i Lozannie.

Mama Wojtka była elegancka, nosiła kapelusze i rękawiczki o każdej porze roku, ale czasami traciła cierpliwość. Zamykała go w pokoju, a on wtedy wystawiał nogi, siadając na parapecie okna i grywał na kilku instrumentach, wzbudzając sensację przechodniów. Obserwował z zaciekawieniem słynną kostiumograf Barbarę Ptak, która mieszkała na Arkońskiej po drugiej stronie ulicy i zawsze wyglądała niezwykle elegancko. Wspominał też panią „śledzikową", która miała stragan z rybami i pamiętał, jak w piwnicy na Arkońskiej były hodowane gęsi na foie gras z wątróbek. Bywał w Operetce Śląskiej, gdzie oglądał spektakle operowe i operetkowe, ale również gościnne przedstawienia Teatru Śląskiego. Szczególnie zapamiętał Gustawa Holoubka.

Premiera filmu w listopadzie 2010 roku w gliwickim Kinie Amok odbyła się w ramach Międzynarodowego Festiwalu Filmowego „Camera Silesia". Później mieliśmy też pokazy na festiwalach filmowych i warszawską premierę w Kinie Kultura, po której podczas bankietu Wojtek stuknął się ze mną kieliszkiem czerwonego wina i zaproponował przejście na „ty". Od tego czasu staliśmy się przyjaciółmi. Film był emitowany ponad 20 razy na ogólnopolskiej antenie TVP. Jest też dostępny na YouTube. Wystąpiło w nim wiele sławnych osób, m.in.: Andrzej Wajda, Daniel Olbrychski, Andrzej Seweryn, Olgierd Łukaszewicz, Anna Polony, Elżbieta Penderecka, Małgorzata Braunek, Barbara Ptak, Krystyna Zachwatowicz, Jerzy Trela, Jerzy Hoffman...

W 2012 roku z inicjatywy „Dziennika Zachodniego" (szczególnie Marleny Polok-Kin) i Gliwickiego Teatru Muzycznego Wojtkowi został przyznany tytuł Honorowego Obywatela Gliwic. Zorganizowałem mu benefis na scenie teatru dokładnie w jego 70. urodziny.

fo. Andrzej Grygiel/PAP

Pamiętam, jak przewieźliśmy Wojtka, Basię i pieska Leo po Gliwicach pięknym starym samochodem, który na rynku uderzył w studnię, ale na szczęście nic nie odpadło. Wieczorem 2 maja Grażyna Torbicka poprowadziła galę, w której wystąpiło wielu artystów GTM, orkiestra, chór, balet i soliści: Wioletta Białk, Małgorzata Długosz, Maria Meyer, Lothar Dziwoki, Krystian Krzeszowiak, Marcin Wyrostek i wspaniały dyrygent Maciej Niesiołowski. Na kanapie na scenie zasiedli: Olgierd Łukaszewicz, Jerzy Fedorowicz i piszący te słowa. Wojtek bardzo się wzruszył, kiedy z rąk prezydenta Zygmunta Frankiewicza odbierał tytuł Honorowego Obywatela.

Przez wiele lat znałem go głównie z wielkich kreacji w filmach Andrzeja Wajdy: Ziemi obiecanej (1974), Dantonie (1982) i Korczaku (1990). Tylko z opowieści słyszałem, jakim genialnym w swoich emocjach i szaleństwie Wierchowieńskim był w Biesach Dostojewskiego-Wajdy i jakim nieokiełznanym, latającym nad sceną Pukiem był w Śnie nocy letniej Szekspira-Swinarskiego w krakowskim Starym Teatrze. Potem w Teatrze Powszechnym w Warszawie kreował jakby wyzutego z emocji polityka Robespierrea w Sprawie Dantona Przybyszewskiej-Wajdy czy McMurphy'ego w Locie nad kukułczym gniazdem Wasserrrtena-Huebnera. Tu miał niesamowite pole do popisu, kreując przestępcę, udającego chorobę psychiczną i walczącego z dyktaturą pielęgniarki Ratched.

Gdyby Pszoniak nie trafił jako dziecko do Gliwic, pewnie nie poznałby Tadeusza Różewicza, który stał się dla niego ojcem duchowym, może nie poznałby też Adama Zagajewskiego, który mieszkał w tym samym bloku i w tej samej klatce schodowej, przy ulicy Arkońskiej 7, chociaż rodzice Adasia przestrzegali go przed Wojtkiem jako urwisem (zaprzyjaźnili się dopiero wiele lat później w Paryżu).

Z pewnością żal mu było opuszczenia pod koniec wojny mitycznej krainy, o której często wspominali rodzice, czyli Lwowa. Jego ojciec nigdy nie pogodził się z tą stratą. A Gliwice Wojtek zawsze wspominał z wielkim sentymentem, mimo iż wiele tragicznych i trudnych sytuacji się tam wydarzyło: śmierć ojca, próby samobójcze, traumatyczne przeżycia z wojska (gdzie był kadetem i grał na werblu, ale za niesubordynację trafiał do karceru), strzyżenie psów, rozładowywanie wagonów towarowych, praca laboranta na Politechnice Śląskiej...

Podczas naszych kolacji w łódzkiej restauracji Anatewka prosił o wódkę Baczewski. Ojciec matki Wojtka - Władysław Babisz był dyrektorem Fabryki Baczewskiego we Lwowie. Wojtek z dumą powtarzał, że to właśnie jego dziadek tworzył receptury likierów, które były produkowane w tej fabryce, a także miał zamiłowanie do sztuki i grał na skrzypcach. Miał swoją lożę w Operze Lwowskiej.

Był maj 2019 roku. Przywiozłem Wojtka i Basię z Warszawy do Łodzi na konferencję prasową w Pałacu Poznańskiego (gdzie kręcone były sceny do filmu Ziemia obiecana) i na premierę plenerową opery Rafała Janiaka Człowiek z Manufaktury z librettem Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk, w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego. Opiekowałem się tą operą, począwszy od pomysłu na spektakl o Poznańskim i włókniarkach, poprzez międzynarodowy konkurs z Krzysztofem Pendereckim jako przewodniczącym jury, aż po prapremierę w Teatrze Wielkim w Łodzi. A teraz przyszedł czas dla mnie najtrudniejszy i najważniejszy: pokazanie w plenerze tego spektaklu (wspólnie z TWŁ i firmą Apsys - łódzką Manufakturą) na Rynku Włókniarek Łódzkich. To przedstawienie jest o Łodzi, o Izraelu Poznańskim, który budował manufakturę, famuły dla robotników, szpitale, szkoły i świątynie, ale także pałace dla siebie i rodziny. Jest w tym spektaklu postać szatana - oprawcy czyli Przybysza / Prokuratora. Wojtek dzielił tę rolę z Michałem Barczakiem. Wystąpił w drugim akcie, wcielając się w oskarżyciela rodem z PRL-u. Miał tu coś z Robespierre'a z Dantona Wajdy, ale także rys szaleństwa Wierchowieńskiego z Biesów. Próby do spektaklu mieliśmy z udziałem Rafała Janiaka w pięknym, przestronnym mieszkaniu Wojtka w pobliżu Ambasady Francji, w kawiarni na ulicy Nowy Świat i na Uniwersytecie Fryderyka Chopina. A potem przyjechał do Łodzi. Firma Apsys opłaciła mu pobyt w luksusowym hotelu Andels, gdzie otrzymał wspaniały 80-metrowy apartament. Gdy odwiedziłem jego i Basię, pijąc u nich kawę Nespresso, patrzyliśmy przez okno na Rynek Manufaktury i Wojtek powiedział mi: - „Krzysiu, ja mógłbym tu zamieszkać! Zobacz, jaki wspaniały widok: ta cegła, przestrzeń, tradycja i nowoczesność. Nawet Paryż nie ma tak pięknego miejsca". A codziennie wieczorem chodziliśmy do szafy, którą mieliśmy zarezerwowaną do pierwszej w nocy. Tak nazywał się wydzielony pokój (jak kiedyś w ekskluzywnych restauracjach chambre separee) w restauracji Anatewka w Manufakturze, gdzie na kolacje zapraszała nas wspaniała impresario Barbara Kaczmarkiewicz, właścicielka łódzkiej firmy Promoton, osoba potrafiąca niesamowicie dbać o artystów i znakomicie organizująca wydarzenia kulturalne. Wojtek lubił kuchnię żydowską. Sam miał częściowo pochodzenie ormiańskie, ale w jego domu mama gotowała również różne żydowskie potrawy.

Stół uginał się od przysmaków. Mieliśmy wiejską wędlinę, tatar z polędwicy wołowej, pasztet z gęsi z żurawiną, karpia po żydowsku, gefilte fish z pieczywem (które Wojtek uwielbiał) i oczywiście śledzie w oleju, w śmietanie oraz po królewsku z cynamonem. Pamiętam jeszcze pyszny gęsi pipek i wątróbkę gęsią w malinach, pierś z perliczki w morelach, kaczkę Karola Borowieckiego, łososia po żydowsku i czulent jagnięcy. Wymienialiśmy się potrawami, aby spróbować jak najwięcej. Te kolacje, zakrapiane winem i wódką, były nieodłącznym elementem dnia. Wojtek uwielbiał celebrować posiłki. Nie znosił fast foodów. Jadał śniadanie dość późno, między dziesiątą a jedenastą, a potem dopiero kolację. W ciągu dnia pił wodę i espresso, ale właściwie nic nie jadł. Zawsze mnie to dziwiło. Taki miał swój rytm. Obiad o 14.00 - to w jego przypadku było wykluczone.

Mieliśmy też wspólne, rodzinne świętowania. 30 czerwca 2013 roku Wojtek czytał słowo z Ewangelii na moim ślubie z Joanną z domu Szastok w Kościele św. Wojciecha w Radzionkowie. Recytował słynny Hymn o miłości z Listu do Koryntian: „Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący...". A potem tańczył z Basią na naszym weselu w pięknym hotelu Rezydencja. Był duszą towarzystwa: dowcipny, z ciekawym poczuciem humoru. Gdy ktoś nie znał go dobrze, mógł być zaskoczony, ponieważ prowadził z żoną często taki dialog, że wydawało się, iż się kłócą, ale to była ich małżeńska gra pełna dowcipu i zaskoczeń, wprawiająca jednych w zakłopotanie, a innych bawiąca do łez.

Jesienią 2013 roku poleciałem do Paryża z moją siostrą Dorotą. Zostaliśmy zaproszeni do pięknego mieszkania Wojtka w eleganckiej dzielnicy, w luksusowej kamienicy. Śmiał się, że jest bardzo cenny dla Paryża i tajniacy strzegą go w dzień i w nocy. Faktycznie, gdy spojrzałem za okno, średnio co 2 godziny zmieniali się przedstawiciele tajnych służb, którzy strzegli dostępu do posiadłości prezydenta Sarcozy’ego, ponieważ mieszkał naprzeciwko. Wojtek najpierw zaproponował aperitif na kanapie, po godzinie była przystawka już przy stole w salonie, po następnej godzinie - pierwsze danie, po kolejnej - drugie, a po pięciu godzinach - deser. Przy tym delikatnie sączyła się muzyka, rozmawialiśmy o sztuce, życiu, obyczajach i potrawach. Było przemiło, a jedzenie - lepsze niż w najdroższej restauracji.

W marcu 2019 roku byłem z moją żoną oraz Elżbietą i Krzysztofem Pendereckimi na benefisie z okazji 50-lecia pracy artystycznej Wojtka w Mazowieckim Instytucie Kultury, zorganizowanym przez Elżbietę Szymańską i Justynę Niegierysz (menedżerkę Wojtka). Kiedy Pszoniak zapraszał mnie na to spotkanie, mówił, żebym przyjechał taksówką, ponieważ będzie dużo dobrego wina i wspaniała kolacja... Pojawiły się tam między innymi „skrzydełka diabełka" według przepisu Wojtka (pikantne skrzydełka z kurczaka) i wspaniała ryba w sosie, którego nie opiszę, ale był przepyszny.

6 listopada 2019 roku Basia Kaczmarkiewicz zorganizowała Wojtkowi benefis, połączony ze spektaklem Nasze żony w jego reżyserii, w Teatrze Muzycznym w Łodzi. Miałem wielką przyjemność poprowadzenia na scenie spotkania z Wojtkiem bezpośrednio po spektaklu. Było miło, zaskakująco i wspaniale, a potem siedzieliśmy do drugiej w nocy w szafie w Anatewce, ale te czasy już niestety nie wrócą.

3 listopada 2020 roku w Alei Zasłużonych, na Powązkach Wojskowych w Warszawie, z powodu pandemii koronawirusa była nas garstka. W normalnych warunkach pogrzeb Wojtka Pszoniaka stałby się pewnie wielotysięczną manifestacją ludzi kochających Go nie tylko za wybitne aktorstwo, ale także za to, jakim był Człowiekiem. Stałem obok jego wieloletnich przyjaciół - Olgierda Łukaszewicza i Andrzeja Seweryna.

Wcześniej odbyła się msza św. w Kościele Środowisk Twórczych, podczas której piękne kazanie miał ks. Andrzej Luter, słowo z Ewangelii czytał Daniel Olbrychski, a poruszające do łez wystąpienie miał Olgierd Łukaszewicz. Wśród zgromadzonych w kościele osób było wielu wspaniałych artystów, między innymi: Maja Komorowska, Ewa Wiśniewska, Anda Rottenberg, Michał Kwieciński, Jerzy Radziwiłowicz, Rafał Olbiński, Wadim Brodski. Był też wieloletni dyrektor TVP i prezes Edipresse Polska - Zbigniew Napierała.

Kiedy tydzień przed jego śmiercią rozmawiałem z Basią, Wojtek siedział przy stole i wiedział, że telefonuję, ale był tak słaby, że nie mógł już mówić... A gdy kilka miesięcy temu zadzwonił do mnie z informacją, że ma raka, długo nie mogłem się otrząsnąć. Powiedział, że traktuje tę sytuację jak swoje kolejne zadanie aktorskie, że rak jest jak reżyser, który ma jakiś plan, a on musi swoją rolę zagrać najlepiej, jak umie. Medytował, słuchał muzyki, układał pasjansa... Prawie do ostatnich dni życia umiał być bacznym obserwatorem własnych poczynań, równocześnie dokonując niesamowitej transformacji. Za to był ogromnie ceniony już jako młody człowiek przez takich reżyserów jak Konrad Swinarski, Andrzej Wajda czy Zygmunt Huebner. Zachwycali się nim także zagraniczni twórcy: Richard Dembo - twórca Oscarowego filmu szwajcarskiego La Diagonale dufou (Przekątna gońca), gdzie Pszoniak zagrał jedną z głównych ról (obok Liv Ullmann, Michela Piccoli i Daniela Olbrychskiego), Karel Reisz - reżyser brytyjskiego obrazu The Deep Blue Sea (Głębokie błękitne morze) czy Volker Schlóndorff - twórca Oscarowego Blaszanego bębenka według powieści Guentera Grassa. Zagrał w ponad 100 filmach, dzięki którym pozostanie na wiele lat w pamięci ludzi kultury na całym świecie, a w mojej pamięci będą zawsze serdeczne wspomnienia. Takiego przyjaciela nikt mi już nie zastąpi.

Krzysztof Korwin-Piotrowski - dyrektor artystyczny Fundacji Orfeo im. Bogusława Kaczyńskiego w Warszawie, redaktor naczelny portalu muzycznego www.orfeo.com.pl, wykładowca na Wydziale „Artes Liberales" Uniwersytetu Warszawskiego, reżyser telewizyjny i komentator muzyczny.

Tytuł oryginalny

Wojtek Pszoniak - z Gliwic do Paryża

Źródło:

Śląsk nr 11

Autor:

Krzysztof Korwin Piotrowski

Data:

08.12.2020