EN
23.03.2022, 08:46 Wersja do druku

Ukraiński aktor z Miniatury: „Ukraińcy są jak pszczoły. Będą umierać, ale dokłują do końca”

Inne aktualności

Stanisław Wojciechowski, aktor-lalkarz, członek zespołu Pracowni Plastycznej Miejskiego Teatru Miniatura, który prowadzi warsztaty dla dzieci z Ukrainy, pochodzi z Mariupola, oblężonego przez Rosjan „Miasta-Bohatera”. Z rodziną nie ma kontaktu od wielu dni. - Każdego dnia czekam na telefon. Jestem przygotowany na wszystko – mówi. Poznajcie jego historię. 

Partnerskie, zaprzyjaźnione z Gdańskiem ukraińskie miasto Mariupol pod wieloma względami przypomina nasze. Jest jednym z dziesięciu największych aglomeracji w Ukrainie, ma podobną liczbę mieszkańców (nieco ponad 430 tys.), leży również nad morzem (Azowskim) i u ujścia rzeki (Kalmius).

Rodzina Stanisława Wojciechowskiego, urodzonego w Ługańsku ukraińskiego aktora-lalkarza, mieszka po obu stronach Kalmiusu. Licząc wszystkich bliskich swoich i żony Olesi, Stanisław mówi o dwudziestu osobach, w tym trojgu dzieciach.

Od początku rosyjskiej agresji to miasto ucierpiało najbardziej. 9 marca rosyjskie bomby spadły na mariupolski szpital dziecięcy i oddział położniczy. Świat obiegły zdjęcia ciężarnej kobiety dźwiganej na noszach przez kilku mężczyzn. Rada oblężonego miasta 13 marca napisała w oświadczeniu: „Nie ma prądu, wody ani ogrzewania. Prawie nie ma komunikacji mobilnej. Wyczerpują się ostatnie rezerwy żywności i wody”.

W miniony czwartek Rosjanie zbombardowali gmach Teatru Dramatycznego, w którym ukrywali się mieszkańcy, wczorajszej nocy szkołę artystyczną. Ocenia się, że po blisko czterech tygodniach rosyjskiego ostrzału, 80 proc. infrastruktury miasta została uszkodzona lub zniszczona. Mer Mariupola Wadym Bojczenko już wiele dni temu ogłosił: „Mariupol, który znaliśmy, już nie istnieje”.

Stanisław ze swoimi bliskimi nie ma kontaktu już od 22 dni.

 
"Co chwilę sprawdzam telefon"

Dzień przed wybuchem wojny Staś – jak mówią na niego koledzy z teatru – zadzwonił do siostry. Miał złe przeczucie: - Mówię, słuchaj, coś się kręci. Jak nie chcecie sami wyjechać, to ja przyjadę chociaż po dzieciaki, jakoś to wykombinujemy.

Ale siostra nie miała do tego głowy. Cała rodzina świętowała właśnie w restauracji urodziny małego Bogdana, który kończył pięć lat. Następnego dnia przesłała mu zdjęcia, na których widać stojące pod jej domem czołgi ukraińskiej armii.

- Trzeba wyjeżdżać – przekonywał znowu, ale ona wciąż się wahała: - Do niczego nie dojdzie, będzie wszystko dobrze.

Pisali do siebie, dzwonili, ale kontakt urwał się 1 marca. Od tego czasu, ani jednego maila, smsa, telefonu. Od żadnego krewnego.

- Nie wiem, może trzeba czasu, trzeba czekać…  - Stanisław nerwowo poprawia maseczkę. – Co chwilę sprawdzam telefon. Ciężko, bo nie ma tam prądu, nie ma internetu, nie ma jak puścić smsa. Wszystko, co wiem o Mariupolu, to z mediów lub od naszych znajomych, którzy mieszkają w Polsce, a tam mają rodziny. Jakieś informacje do nich dochodzą, ale ja nic nie wiem. Ściana. Oglądałem skany na FB Mariupola z góry – masakra.

Dlaczego rodzina nie chciała wyjechać? Może dlatego, że odgłosy wojny w tej części Ukrainy nie milkły już od ośmiu lat, więc ostrzeżeń o możliwej eskalacji bliscy Stanisława nie potraktowali poważnie. Ani mama Stanisława, która mieszka blisko granicy z Ługańską Republiką Ludową, ani siostra, której dom stoi na trasie wylotowej z Mariupola do Zaporoża.

- To niebezpieczna droga. Rosjanie stoją po obu stronach i napieprzają w każdego kto po niej jedzie – mówi Staś.

Kolejne próby ustanowienia korytarzy humanitarnych spełzły na niczym.

- Każdego dnia czekam na telefon. Jestem przygotowany na wszystko – mówi.

Wojna wszystko zmienia

Stanisław, od pięciu miesięcy członek zespołu Miejskiego Teatru Miniatura w Gdańsku, urodził się i wychował w Ługańsku, dziś stolicy ustanowionej przez Rosjan, a nieuznawanej przez świat Zachodu, Ługańskiej Republiki Ludowej. Mówi, że jest z Mordoru: to było ostatnie miasto przed granicą z Rosją, a jego dom stał w ostatnim jego zakątku: na końcu zapomnianej ulicy, jednej z najbiedniejszych dzielnic. Rodzina od strony ojca ma polskie korzenie. Stąd nazwisko - Wojciechowski.

Aktor trafił do Polski osiem lat temu dzięki europejskiemu programowi Erasmus. Młody artysta pracował w odeskim teatrze, a Olesia – jego przyszła żona – kończyła studia w Charkowie, kiedy podjęli decyzję o podróży do Polski.

- Nie planowałem wyjeżdżać z Ukrainy, ale dużo kolegów z Teatru Lalek i studentów jechało wtedy do Polski i dalej, więc my też. Zdecydowaliśmy się bardzo szybko.

W Ługańsku pozostali rodzice i siostra Olesi. Są proukraińscy, mama Olesi jest lekarką, ale nie wyprowadzali się po rosyjskiej agresji ze względu na pracę. Teraz, od wybuchu wojny, ojciec i szwagier muszą się ukrywać.

- Od miesiąca ich chowamy. Boimy się, że Ruscy zabiorą ich na mobilizację – mówi Stanisław. – Jak to się zaczęło, wszystkich chłopaków z teatru lalek w Ługańsku zgarnęli. Znam dyrektorkę tamtejszego teatru, ale bardzo bała się pisać cokolwiek. Dostałem też informację, że pensji już nie będzie w Ługańsku i że przywożą bardzo dużo ciał martwych separatystów. Tysiące, tego już nie mogą ukryć. Ta wojna to jest zagłada narodu ukraińskiego, ale rosyjskiego też.

Bo wojna wszystko zmienia. To śmierć, zniszczenie, utrata przyjaźni, podzielone rodziny.

- Dużo straciłem kolegów z Rosji, a nawet członków rodziny – mówi Stanisław. – Szkoda? To nieszczęście, ale nie żałuję. Tak nad nimi pracowali, że mają zupełnie inną świadomość. Pokazujesz im zburzone domy, a oni mówią, że to my, Ukraińcy je ostrzelaliśmy: „Rosyjska armia nigdy nie strzela po cywilach. My tak nie możemy, to nasi chłopcy. A wy się śmiejecie, cieszycie, że nasz chłopak zginął”. To propaganda, totalitaryzm taki.

Zaloguj się i czytaj dalej za darmo

Zalogowani użytkownicy mają nieograniczony dostęp do wszystkich artykułów na e-teatrze.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

Tytuł oryginalny

Ukraiński aktor z Miniatury: „Ukraińcy są jak pszczoły. Będą umierać, ale dokłują do końca”

Źródło:

Gdansk.pl

Link do źródła

Autor:

Anna Umięcka

Wątki tematyczne