„Zostaną tylko buciki” wg scen. i w reż. Jerzego Lacha Teatru Opera Modern i Teatru Pantomimy „DAR” na Festiwalu Teatrów Ulicznych OFF ART w Radzyminie. Pisze Wiesław Kowalski.
Plac przed radzymińskim urzędem miejskim nie jest miejscem, w którym spodziewamy się konfrontacji z doświadczeniem wojny. Zwykle przechodzimy przez takie przestrzenie obojętnie, zajęci codziennymi sprawami. Tymczasem właśnie tutaj „Zostaną tylko buciki” Teatru Opera Modern i Teatru Pantomimy „DAR” zamienia zwyczajną przestrzeń w miejsce pamięci. Bez wielkich słów i bez potrzeby rekonstruowania konkretnych wydarzeń spektakl kieruje uwagę ku temu, co w opowieściach o wojnie najłatwiej przeoczyć: ku jednostkowemu cierpieniu, utracie i bezbronności.
To przedstawienie nie wykorzystuje wojny jako efektownego tematu. Traktuje ją jako doświadczenie, wobec którego teatr musi znaleźć własny język — język ruchu, obrazu, ciszy i obecności aktora. I właśnie dlatego jego uliczna forma nabiera szczególnego znaczenia. Spektakl nie zamyka widza w bezpiecznej przestrzeni teatralnej, lecz konfrontuje go z trudnym obrazem w samym środku wspólnej, publicznej przestrzeni.
Oglądałem go podczas II Festiwalu Teatrów Ulicznych w Radzyminie, mając świadomość, że rok wcześniej jego zalążek został pokazany w formie warsztatowej. Tym razem oglądałem już przedstawienie świadomie zbudowane z obrazu, ruchu, przestrzeni i milczenia. Zachowało jednak coś z teatralnego eksperymentu: nie dawało poczucia zamkniętej, bezpiecznej formy. Pozostawiało miejsce na niepokój. I chyba właśnie ten niepokój jest jego największą wartością.
Wojna bez bezpiecznej odległości
W teatrze łatwo mówić o wojnie. Trudniej znaleźć język, który nie zamieni jej w efektowny temat. Wojna ma przecież ogromny potencjał wizualny: mundury, światła, dym, huk, ruiny, tłum, symbole. Teatr może zbudować z tego widowisko, które zachwyca obrazem, a jednocześnie paradoksalnie oddala od tego, o czym opowiada.
„Zostaną tylko buciki” idzie w przeciwnym kierunku.
Najważniejsze nie są tutaj wielkie historyczne narracje ani wojskowe strategie.
Twórcy przesuwają środek ciężkości na tych, którzy w wojennych opowieściach
najczęściej pozostają bez głosu. Dziecko nie jest tutaj abstrakcyjnym symbolem
niewinności, a kobieta nie zostaje sprowadzona wyłącznie do roli ofiary. Są
przede wszystkim ludźmi uwikłanymi w sytuację, której nie wybrali i nad którą
nie mają kontroli.
To istotna decyzja artystyczna. Dzięki niej wojna przestaje
być abstrakcyjnym konfliktem między stronami, a zaczyna być doświadczeniem
pojedynczego człowieka.
I właśnie dlatego tytułowe buciki działają tak mocno. Są
małe, zwyczajne, niemal banalne. Nie mają w sobie monumentalności pomnika. Nie
krzyczą. Nie potrzebują komentarza. A jednak wystarczy ich obecność, aby
uruchomić wyobraźnię: ktoś je nosił, ktoś w nich biegł, ktoś je zdejmował, ktoś
być może nigdy już po nie nie wrócił.
Teatr znajduje w ten sposób przedmiot, który mówi więcej niż
niejeden monolog.
Ciało zamiast opowieści
Jedną z najbardziej interesujących cech spektaklu jest jego
nieufność wobec słowa. Twórcy nie próbują wszystkiego wyjaśniać. Znaczenie
rodzi się przede wszystkim z ruchu, relacji między postaciami, kompozycji
przestrzeni i rytmu kolejnych obrazów. To rozwiązanie wymaga od widza większej
aktywności. Nie dostajemy gotowej interpretacji. Musimy sami połączyć obrazy,
gesty i emocje.
Szczególne znaczenie ma tu obecność szczudlarzy. Ich
wysokość, odmienna od ludzkiej skala ciała i sposób poruszania się w
przestrzeni sprawiają, że pojawiają się na granicy rzeczywistości i metafory.
Nie są tylko atrakcją wizualną. Ich ruch staje się częścią dramaturgii
przedstawienia. I to ważne, bo teatr uliczny zbyt często bywa traktowany jako
teatr „dużych obrazków”: wysocy aktorzy, efektowne kostiumy, ogień, muzyka,
tłum, widowiskowa scenografia. Wszystko ma być widoczne z daleka i zrobić
wrażenie. „Zostaną tylko buciki” pokazuje, że plener może służyć czemuś
zupełnie innemu. Może być miejscem konfrontacji.
Ulica nie musi być sceną widowiska
Najciekawsze w tym przedstawieniu jest dla mnie właśnie to,
że jego uliczność nie ogranicza się do przeniesienia spektaklu teatralnego na
plac. Przestrzeń publiczna zmienia tutaj sposób odbioru. Nie siedzimy w ciemnej
sali, gdzie światło wyznacza granicę pomiędzy światem przedstawionym a
rzeczywistością. Aktorzy znajdują się wśród nas, nad głowami przechodzących
ludzi, w miejscu, które na co dzień służy zupełnie innym celom. Dzięki temu
wojna zostaje wyprowadzona z muzeum, podręcznika i telewizyjnego ekranu.
Pojawia się w przestrzeni codzienności. To szczególnie istotne w czasach, kiedy
obrazy przemocy docierają do nas niemal bez przerwy. Kolejne fotografie,
nagrania i informacje szybko zamieniają się w strumień danych. Człowiek może
nauczyć się nie reagować. Teatr ma jednak inną możliwość. Może sprawić, że
przez kilkadziesiąt minut pozostaniemy przy jednym obrazie. Nie przewiniemy go.
Nie zmienimy kanału. Nie przejdziemy do następnej informacji. W tym sensie
„Zostaną tylko buciki” jest spektaklem zaangażowanym nie dlatego, że wygłasza
polityczne hasła, lecz dlatego, że upomina się o uwagę widza. A uwaga jest dziś
jednym z najcenniejszych dóbr.
Od dokumentu do teatru
Wcześniejszy „Raport 02” był etapem poszukiwania języka dla
tego materiału. Premierowa wersja pokazuje, że ten język został rozwinięty i
uporządkowany. Szczególnie ważna okazuje się zmiana skali obrazu. Wykorzystanie
konstrukcji rusztowania pozwala budować kompozycje, których nie dałoby się
osiągnąć wyłącznie poprzez działania na poziomie ziemi. Aktorzy mogą pojawiać
się na różnych wysokościach, a przestrzeń zyskuje kolejne poziomy znaczeń.
Nie jest to jednak scenografia dla samej scenografii. Jej
funkcją jest powiększenie ludzkiego dramatu. To paradoks tego spektaklu: im
większa staje się jego forma, tym bardziej wracamy do pojedynczego człowieka.
Do dziecka. Do matki. Do kobiety. Do kogoś, kto nagle przestaje być obecny.
Najtrudniejszy temat wymaga prostoty
W przedstawieniu Jerzego Lacha podoba mi się przede
wszystkim rezygnacja z pokusy efektownego moralizowania. Temat jest
wystarczająco ciężki, żeby nie trzeba było go dodatkowo obciążać komentarzem.
Wojna sama w sobie jest ekstremum. Teatr nie musi o niej krzyczeć. Czasami
wystarczy, że pokaże konsekwencje. Dlatego najmocniejsze pozostają dla mnie te
momenty, w których spektakl pozwala wybrzmieć pustce. W teatrze łatwo jest
zagospodarować każdą sekundę muzyką, ruchem i działaniem. Tutaj cisza staje się
pełnoprawnym środkiem teatralnym. To ona zostawia widzowi przestrzeń, w której
może pojawić się własna reakcja. A ta reakcja nie zawsze jest wygodna.
Teatr jako świadectwo
„Zostaną tylko buciki” nie jest przedstawieniem, które daje
widzowi komfort. I dobrze. Sztuka zaangażowana nie musi przecież dostarczać
odpowiedzi. Jej zadaniem może być zadawanie pytań, na które nie ma łatwych
odpowiedzi. Może również przypominać o tych, których łatwo zamienić w
statystykę.
W tym sensie spektakl Teatru Opera Modern i Teatru Pantomimy
„DAR” podejmuje ryzyko. Mówi o wojnie, kiedy wojna stała się częścią
codziennego języka wiadomości. Próbuje przebić się przez zmęczenie obrazami
przemocy. I robi to środkami teatru ulicznego, a więc gatunku kojarzonego
często przede wszystkim z widowiskiem. To ważny głos.
Teatr uliczny nie musi być wyłącznie świętem dla oka. Nie
musi jedynie przyciągać tłumu. Nie musi kończyć się oklaskami dla najbardziej
efektownego obrazu. Może zrobić coś więcej niż tylko zwrócić na siebie uwagę
przechodniów. Może ich zatrzymać i wytrącić z codziennego rytmu. W Radzyminie
przez chwilę przestawaliśmy być wyłącznie publicznością — stawaliśmy się
świadkami. I właśnie w tej zmianie perspektywy widzę największą siłę „Zostaną
tylko buciki”. Po spektaklu nie zostaje bowiem przede wszystkim obraz wojny. Zostaje
człowiek.
A czasem zostają po nim tylko buciki.