Logo
Magazyn

Mikołaj Grabowski o Janie Fryczu: byłeś nie do podrobienia

7.09.2026, 15:18 Wersja do druku

Twoje role pojawiały się w sposób naturalny, swobodny, niewymuszony. Tak się chyba mówi o kimś, kto urodził się, żeby być aktorem. Byłeś nie do podrobienia - powiedział reżyser i aktor Mikołaj Grabowski podczas uroczystości pogrzebowych aktora Jana Frycza.

fot. Robert Jaworski

Mikołaj Grabowski o Janie Fryczu: byłeś nie do podrobienia

Twoje role pojawiały się w sposób naturalny, swobodny, niewymuszony. Tak się chyba mówi o kimś, kto urodził się, żeby być aktorem. Byłeś nie do podrobienia - powiedział reżyser i aktor Mikołaj Grabowski podczas uroczystości pogrzebowych aktora Jana Frycza.

Uroczystości pogrzebowe zmarłego 15 sierpnia w wieku 72 lat Jana Frycza odbywają się w poniedziałek na warszawskim Cmentarzu Powązkowskim.

- Co mogę powiedzieć o tobie, osobie tak bliskiej, obecnej w moim życiu ponad 50 lat? W roku 1974 przyszedłeś do mnie, niezwykle przystojny, i aksamitnym barytonem powiedziałeś: nazywam się Jan Frycz i proszę przygotować mnie do egzaminu do szkoły teatralnej. Zapłacę panu. A ja po kilku spotkaniach zdałem sobie sprawę, że chyba niewiele cię nauczę, bo ty wszystko umiesz. I powiedziałem: składaj papiery - wspominał Mikołaj Grabowski, reżyser, aktor, pedagog, profesor sztuk teatralnych.

Jak podkreślił, określenie „wykuwanie roli” nie pasowało do pracy aktorskiej Frycza. - Twoje role pojawiały się w sposób naturalny, swobodny, niewymuszony. Tak się chyba mówi o kimś, kto urodził się, żeby być aktorem. Ale byłeś też kolorowym człowiekiem, prowokatorem, wygłupiaczem, ironistą, radykałem nieuznającym kompromisów. Podglądaczem i obserwatorem ludzi i sytuacji, które potem z lubością odgrywałeś, doprowadzając nas do spazmatycznego śmiechu (...). Byłeś nie do podrobienia - mówił. - W listopadzie mieliśmy grać „Kwartet”, ale ty opuściłeś swoje krzesło i nie stawisz się na spektakl. Boli bardzo to zniknienie twoje. Zgasły światła, kurtyna opadła, aktor zszedł ze sceny i otoczyła go cisza. 

***

Jan Englert o Janie Fryczu: uczył mnie, że nic nie jest nam dane na zawsze

Nigdy nie wiedziałem, co mnie spotka ze strony Janka, i to było fantastyczne. Wymykał się kategoriom. Uczył mnie, że nic nie jest nam dane na zawsze - mówił Jan Englert podczas uroczystości pogrzebowych aktora Jana Frycza.

- Uważałem się za zawodowego starszego brata Jana Frycza. Myślę, że to była świadomość jednostronna - on nigdy nie czuł się ode mnie młodszy. Bardzo trudną jest rzeczą dla starszego brata stwierdzić, że młodszy jest zdolniejszy. Wielokrotnie tego doświadczyłem - mówił aktor Jan Englert, wieloletni dyrektor Teatru Narodowego w Warszawie, podczas poniedziałkowych uroczystości pogrzebowych Jana Frycza na Powązkach Wojskowych.

W swoim przemówieniu podkreślił, że mówimy o „fenomenie aktorstwa Jana Frycza”. - Rzadko z nim grałem. Tak się złożyło, że częściej go reżyserowałem, więc relacja tego starszego brata z młodszym bratem powinna być zachowana. Nigdy nie wiedziałem, co mnie spotka ze strony Janka, i to było fantastyczne - przyznał Englert.

- Janek był jednocześnie rozentuzjazmowanym chłopcem i zgorzkniałym, sceptycznym starszym panem. Te dwie postaci mieszkały w nim nieustannie. Nie było wiadomo, czy dziś będę rozmawiał z Fryczem, który biega z jego modelem samolotu i chce, żeby pofrunął, czy z tym, który uważa, że wszystko jest okropne, przestarzałe i trzeba od nowa zacząć. Uczył mnie tego, że nic nie jest nam dane na zawsze - dodał.

- Nigdy nie wiedziałem, co mnie spotka ze strony Janka. To było fantastyczne. Nie wiedziałem, co zaproponuje. Czasami, jak już graliśmy przedstawienia, nie wiedziałem, co zagra: czy będzie dzisiaj zgorzkniałym starcem, czy entuzjastą młodości. Wymykał się kategoriom - wspominał Jan Englert. 

***

Jan Klata o Janie Fryczu: był nienasyconym artystą i człowiekiem 

Jan Frycz był nienasyconym artystą i człowiekiem. To nie tylko był aktor, który potrafił wszystko. Ale z tego, że potrafił wszystko, wyciągał wniosek, że chciałby spróbować czegoś jeszcze - powiedział w poniedziałek dyrektor Teatru Narodowego Jan Klata.

Uroczystości pogrzebowe zmarłego 15 sierpnia w wieku 72 lat Jana Frycza odbywają się na warszawskim Cmentarzu Powązkowskim.

Jak podkreślił w ich trakcie Jan Klata, z Janem Fryczem kojarzy mu się określenie „nienasycony”. – Był nienasyconym artystą, ale i nienasyconym człowiekiem – powiedział, dodając, że Frycz był także „nieprawdopodobnie uroczy”.

- To nie tylko był aktor, który potrafił wszystko. Ale z tego, że potrafił wszystko, wyciągał wniosek, że istnieje „jeszcze więcej” niż wszystko, że chciałby spróbować czegoś jeszcze. W tym poszukiwaniu ciągle nowych rzeczy był nieprawdopodobnie żarliwy, bezwzględny w żarliwości, bardzo mocno wymagający – zaznaczył.

Ale jak zastrzegł, Frycz wymagał najpierw od siebie, a następnie od innych. – Był osobą, która potrafiła wskoczyć w szczeliny rzeczywistości na moment, a potem mieć do tego dystans. Niezwykłe były te momenty obcowania z nim na próbach, ale także podczas każdej rozmowy - powiedział.

Klata określił Frycza jako człowieka błyskotliwego, nie tylko dowcipnego, ale także obdarzonego poczuciem humoru. - Poczucie humoru mają ludzie, którzy mają dystans do siebie, potrafią się z siebie śmiać. To było coś nadzwyczajnego – zaznaczył dyrektor Teatru Narodowego.

Wskazał ponadto, że u Jana Frycza do końca widać było ciekawość świata. – Do ostatniej chwili nie tylko snuł plany na przyszłość, ale też ciężko pracował nad „Oresteją” – dodał. Interesował się tym, co dzieje się w teatrze. – Patrzył na swoich młodych kolegów i mówił o nich fantastyczne, pozytywne rzeczy. Nie było w nim cienia demonstracyjnego mistrzostwa – powiedział Klata.

***

Krystyna Janda o Janie Fryczu: nie wiedział, jak jest wspaniały 

Nie wiedział, jak jest wspaniały. To naprawdę rzadkie - powiedziała Krystyna Janda podczas uroczystości pogrzebowych aktora Jana Frycza, które odbywają się w poniedziałek w Warszawie.

- Są różni artyści. Ty byłeś artystą wielkim i, jak to się mówi, z łaski Bożej. Niespodziewanym, kapryśnym, niekonwencjonalnym. Grałeś, jakbyś oddychał, skakałeś po górach z lekkością i zawracałeś kijem Wisłę, kiedy grałeś, a na koniec wydawało się, że tego nie zauważasz - powiedziała Krystyna Janda.

- Uwielbiałam, jak myślisz: odwrotnie, ironicznie, prześmiewczo, jednocześnie inteligentnie, głęboko, odważnie. Od złości do śmiechu, od grozy do żartu, od czułości do nienawiści były u ciebie milimetry. Chyba z nikim się tyle nie naśmiałam, pracując, i z nikim mniej nie rozmawiałam o zawodzie, graniu i cholernej koncepcji. Po prostu grałeś. Zachwycająco - wspominała aktorka.

Jak podkreśliła, „odszedł aktor wspaniały. Szalony człowiek przez długie lata lekceważący i życie, i swój talent, i los”. - Nie wiedział, jak jest wspaniały. To naprawdę rzadkie (...). Janku, twoje niezbędne minimum, jak zwykłeś mówić, to było życie na wietrze, sztormie, w wiecznym szukaniu schronienia i ukojenia. Choć przez ostatnie lata wydawało się, że znalazłeś i spokój i pogodziłeś się ze sobą, Bogu dzięki. Słyszę twój śmiech. Bez twojej przekory, poczucia humoru będzie naprawdę smutniej. Na szczęście zostawiłeś po sobie dużo, bardzo dużo. To będzie trwało - podkreśliła aktorka.

Jan Frycz zmarł 15 sierpnia w wieku 72 lat. 

Źródło:

PAP

Sprawdź także