W teatrze bywają spotkania, które po latach pozostają w pamięci z zadziwiającą wyrazistością. Nie zawsze są to wielkie premiery czy wydarzenia zapisane w historii sceny. Czasem wystarczy moment rozmowy w teatralnym korytarzu, charakterystyczny śmiech albo głos, który natychmiast rozpoznaje się bez patrzenia. Tak zapamiętałem Hankę Bielicką – artystkę, którą miałem okazję poznać, gdy na zaproszenie Andrzeja Marii Marczewskiego przyjechała do Teatru Polskiego w Bydgoszczy, by zagrać tytułową rolę w „Moralności pani Dulskiej” Gabrieli Zapolskiej – pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Wszystkich.
Zanim jednak zobaczyłem ją na scenie, znałem ją przede wszystkim z głosu. W powojennej Polsce był on jednym z najbardziej rozpoznawalnych w radiu. Dla wielu słuchaczy niedzielne wieczory oznaczały nie tylko chwilę odpoczynku, lecz także spotkanie z bohaterami radiowego kabaretu w legendarnym programie Podwieczorek przy mikrofonie. Wśród nich szczególne miejsce zajmowała właśnie Bielicka – mistrzyni monologu, która potrafiła w kilku minutach stworzyć pełnokrwistą postać, obnażyć ludzkie przywary i jednocześnie nie odebrać bohaterowi sympatii widza.
Jej estradowe monologi były małymi spektaklami. Nie chodziło w nich wyłącznie o pointę czy dowcip. Bielicka posiadała rzadką umiejętność prowadzenia dialogu z publicznością – nawet jeśli mówiła sama. Tempo, pauza, nagła zmiana tonu czy spojrzenie ponad widownią tworzyły coś na kształt teatralnego mikrodramatu. Była w tym aktorstwie energia i żywioł, który wymykał się ścisłej reżyserii.
Dlatego spotkanie z nią w teatrze dramatycznym było doświadczeniem osobnym. Gdy pojawiła się w bydgoskim teatrze, by zmierzyć się z Dulską – jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci polskiego dramatu – wielu zastanawiało się, jak jej temperament estradowy odnajdzie się w tej klasycznej roli. Okazało się, że znakomicie. Jej Dulska nie była wyłącznie groteskową mieszczką pilnującą pozorów moralności. Bielicka wydobywała z tej postaci coś więcej – mieszaninę komizmu, energii i życiowej bezczelności, która sprawiała, że bohaterka Zapolskiej stawała się nie tyle typem społecznym, ile konkretnym człowiekiem.
Najbardziej uderzała jednak jej naturalność poza sceną. W teatrze nie było gwiazdorskiego dystansu. Była rozmowa, anegdota, żart rzucony półgłosem w garderobianym korytarzu. To właśnie wtedy widać było, jak bardzo jej scena wyrastała z temperamentu – z nieustannej potrzeby kontaktu z ludźmi.
Oczywiście nie sposób wspominać Bielickiej bez jej znaków rozpoznawczych: charakterystycznego głosu, błyskawicznego tempa mówienia i kapeluszy, które stały się niemal teatralnym kostiumem codzienności. Jednak pod tymi zewnętrznymi atrybutami kryła się przede wszystkim artystka niezwykle świadoma swojego miejsca w kulturze popularnej. Wiedziała, że śmiech może być formą komentarza do rzeczywistości – czasem subtelniejszą niż poważny monolog.
Dziś, gdy mija kolejna rocznica jej śmierci, coraz wyraźniej widać, że była jedną z ostatnich wielkich osobowości polskiej estrady – tej, która potrafiła łączyć teatr, kabaret i radio w jedną artystyczną całość. Jej monologi nie były jedynie numerami rozrywkowymi; były miniaturowymi spektaklami społecznymi.
A ja wciąż pamiętam tamto spotkanie w bydgoskim teatrze – moment, gdy legenda sceny okazywała się po prostu człowiekiem o niezwykłym poczuciu humoru i ogromnej energii. Być może właśnie dlatego publiczność przez dziesięciolecia reagowała na nią tak spontanicznie. Bo za kapeluszami, anegdotą i śmiechem zawsze stała prawdziwa aktorka.
I może właśnie dlatego jej głos wciąż powraca w pamięci – jak echo dawnych radiowych wieczorów, kiedy teatr potrafił zmieścić się w kilku minutach opowieści, a jedna aktorka wystarczała, by rozbawić pół kraju.