Logo
Recenzje

Rodzina niejedno ma imię

19.10.2026, 11:05 Wersja do druku

„Wielki zły lis” Benjamina Rennera w reż. Tomasza Maśląkowskiego z Teatru Animacji w Poznaniu na 32. Międzynarodowym Festiwalu Teatrów Lalek i Formy „Spotkania” w Teatrze Baju Pomorskim w Toruniu. Pisze Wiesław Kowalski.

fot. Maciej Zakrzewski/mat. teatru

Nie każdy bohater musi być dzielny, nie każdy musi wiedzieć, czego chce, a już na pewno nie każdy nadaje się do roli, którą niespodziewanie przydziela mu życie. Lis z przedstawienia Wielki zły lis Tomasza Maśląkowskiego jest tego najlepszym dowodem. Zamiast budzić respekt, wywołuje uśmiech. Zamiast triumfować jako drapieżnik, wikła się w sytuacje, nad którymi nie potrafi zapanować. I właśnie dlatego tak łatwo go polubić.

Toruńska publiczność Festiwalu Spotkania 2026 przyjęła spektakl bardzo dobrze. Nie ma w tym nic dziwnego. To teatr, który nie potrzebuje wielkich słów ani skomplikowanych interpretacji, by zainteresować widza. Wystarczą mu wyobraźnia, precyzja wykonania i poczucie humoru. Z tych składników powstaje przedstawienie atrakcyjne dla najmłodszych, a zarazem na tyle inteligentne, by dorośli nie czuli się jedynie opiekunami towarzyszącymi dzieciom.

Największą siłą realizacji jest jej strona wizualna. Lalki nie pełnią tu funkcji dekoracyjnego dodatku do aktorskiej opowieści. Są pełnoprawnymi bohaterami sceny, którym wykonawcy nadają osobowość, temperament i emocjonalną wiarygodność. Animacja okazuje się sztuką uważności: drobny gest, zmiana kierunku spojrzenia, sposób poruszania głową czy nagłe przyspieszenie ruchu potrafią powiedzieć więcej niż rozbudowana kwestia. Dzięki umiejętnej animacji lalki nabierają życia, a widz szybko zapomina, że ma przed sobą teatralne formy, i zaczyna dostrzegać w nich pełnoprawnych bohaterów.

Warto docenić także pracę zespołu. Aktorzy nie tylko sprawnie prowadzą lalki, lecz również dbają o rytm całego widowiska. Ich obecność jest wyczuwalna, ale nie dominuje nad światem przedstawionym. To istotna umiejętność w teatrze formy, gdzie wykonawca musi czasem ustąpić miejsca animowanej postaci, a chwilę później ponownie przejąć inicjatywę. W tym przedstawieniu oba porządki dobrze ze sobą współpracują. Dodatkowym atutem są umiejętności wokalne zespołu. Piosenki nie sprawiają wrażenia przerywników wplecionych w akcję dla urozmaicenia narracji. Wnoszą energię, budują wspólnotę sceniczną i pomagają wydobyć emocje, których nie trzeba nazywać wprost.

Szczególnie zapada w pamięć piosenka poświęcona mamie. Ma w sobie przebojowość, która działa natychmiast: łatwo wpada w ucho, przyciąga uwagę i wywołuje spontaniczną sympatię. Jej siła tkwi w prostocie przekazu, ale również w teatralnej bezpośredniości. Dziecięcy zachwyt nad kimś, kto jest najważniejszy, zostaje przełożony na muzykę bez zbędnego sentymentalizmu. To jeden z tych momentów, kiedy przedstawienie potrafi połączyć widownię w różnym wieku. Dla dziecka może być radosnym muzycznym numerem, dla dorosłego — okazją do uśmiechu, a może i do dyskretnego wzruszenia.

Tytułowy lis nie jest przy tym bohaterem, którego przemiana wymaga wielkich słów. Początkowo kieruje się dość przyziemnymi potrzebami i marzy o łatwym sposobie na zaspokojenie głodu. Sytuacja komplikuje się, gdy zamiast oczekiwanej zdobyczy otrzymuje odpowiedzialność za małe istoty. Nagle musi nauczyć się czegoś, czego nie przewidział żaden sprytny plan: troski o drugiego. I choć punkt wyjścia jest komiczny, konsekwencje okazują się całkiem poważne. Zmiana nie dokonuje się przez moralizatorską przemowę. Przychodzi wraz z codziennymi obowiązkami, przywiązaniem i odkryciem, że cudze bezpieczeństwo może stać się ważniejsze od własnej wygody.

Właśnie tutaj spektakl zyskuje wymiar wykraczający poza sympatyczną opowieść o zwierzętach. Rodzina nie zostaje przedstawiona jako układ, w którym każdy musi zajmować z góry wyznaczone miejsce. Ważniejsze okazuje się to, co bohaterowie robią dla siebie nawzajem. Lis nie otrzymuje rodzicielskich kompetencji w cudowny sposób. Musi je zdobywać, popełniać błędy i reagować na sytuacje, których nie umie jeszcze rozwiązać. Ta nieporadność jest źródłem humoru, ale też sprawia, że jego historia pozostaje bliska ludzkim doświadczeniom.

Tomasz Maśląkowski prowadzi przedstawienie z właściwym wyczuciem proporcji. Komizm wynika zarówno z zachowania postaci, jak i z ich wzajemnych relacji, a dynamika sceniczna nie pozwala opowieści ugrzęznąć w nadmiernym objaśnianiu jej sensów. Reżyser ufa teatralnym środkom: ruchowi, muzyce, plastyce i sytuacyjnej zmienności. Dzięki temu emocje pojawiają się naturalnie, a morał nie musi być wypowiedziany w finale wprost, by widz mógł go rozpoznać.

Wielki zły lis to udany przykład przedstawienia dla młodej publiczności, które nie traktuje dziecięcego odbiorcy protekcjonalnie. Jest w nim miejsce na śmiech, muzyczną energię, zachwyt nad możliwościami animacji i historię, której sens nie ogranicza się do jednej łatwej odpowiedzi. Przede wszystkim jednak spektakl przypomina, że o wartości opiekuna nie przesądza jego wygląd, pochodzenie ani to, czy od początku czuje się przygotowany do swojej roli.

Po toruńskim spotkaniu z poznańskim lisem pozostaje więc nie tylko pamięć o świetnie ożywionych lalkach i aktorach, którzy potrafią zarówno grać, jak i śpiewać. Zostaje także przyjemna myśl, że czasem właśnie ci, po których najmniej się tego spodziewamy, potrafią okazać się najbardziej potrzebni. A jeśli na dodatek umieją rozbawić publiczność i podarować jej piosenkę, którą chce się nucić jeszcze po wyjściu z teatru, trudno odmówić im sukcesu.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także