Logo
Recenzje

Teatralna Kicia: Lubiewo

19.10.2026, 10:46 Wersja do druku

„Lubiewo” Michała Witkowskiego w reż. Jędrzeja Piaskowskiego we Wrocławskim Teatrze Współczesnym im. Marii i Edmunda Wiercińskich. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.

fot. Filip Wierzbicki/mat. teatru

Mam w sercu taki mały, ciepły, zatęchły pokoik, w którym mieszka sobie „Lubiewo” Michała Witkowskiego, bo jest to książka, do której regularnie wracam i przy każdej lekturze odnajduję w niej jakieś inne opowieści, do których mogę się przyssać i odbieram ją też zupełnie inaczej z biegiem lat. Czytając ją za pierwszym razem w liceum, widziałem ją jako przezabawną historię o przegiętych ciotkach, które razem z Gizelą i kilkoma innymi czuczłami latają po Wrocławiu (DOBRYM WROCŁAWIU) w poszukiwaniu lujowskiego bata. Później, im robiłem się starszy, tym więcej dostrzegałem w tej komedii tragedii, zupełnie jak w tym memie o „Dniu świra”, gdzie za dzieciaka odbierało się to jako super zabawny film, a im dalej w las, tym bardziej przestaje to być śmieszne.

Jednocześnie nie jestem w stanie sobie wyobrazić lepszych twórców niż Jędrzej Piaskowski i Hubert Sulima do wprowadzenia powieści Witkowskiego na scenę. Od lat oglądam ich spektakle - nie będę zmyślał, że wszystkie, bo akurat nie mam stroju biskupa pod ręką, żeby przebierać się jak Jerzy Urban, ale sporo ich prac miałem okazję przez siebie przepuścić i stwierdzić, że jest to estetyka i patrzenie na świat, które z jakichś tajemniczych powodów we mnie rezonuje.

Sulima przy adaptowaniu tekstu za narratorki i przewodniczki postawił Patrycję i Lukrecję (bezbłędni Krzysztof Boczkowski i Tadeusz Ratuszniak), dwóch podstarzałych gejów odstawionych przez życie na boczny tor, którzy zanurzają się we wspomnienia minionych lat swojej młodości, aby wspominać, jak to kiedyś było dobrze i jakie to były czasy, a teraz to już nie ma czasów. Jednak, co znamienne, reżyser nie stawia ich w centrum opowieści, i to w formie znaczeniowej, ale też dosłownej: od samego początku siedzą sobie skromnie z boku sceny na krzesłach-sedesach, od początku będąc na marginesie, i to nie zmienia się również w czasie retrospektywnego przeglądu ich młodości. Od zawsze byli na marginesie, tylko nie byli tego świadomi - główne skrzypce gra tutaj opowieść, a nie opowiadający. W ten sposób przemykamy przez przedstawione w sposób mocno komediowy obrazy z czasów PRL-u: jak to w restauracji Orbisu odbywały się łowy na młodych chłopaków, którzy (nowi w środowisku) chcieli zasmakować zakazanego owocu, czy też opowieści o pikietach we wrocławskich parkach i wyprawach po obciąg do wojskowych koszar, w których stacjonowało wojsko radzieckie.

Cała ta brawurowa plejada wydarzeń i coraz bardziej przegiętych postaci buduje obraz historii naznaczonej ogromnym głodem i niezaspokojeniem, ale też tęsknotą za czasami, kiedy miało się jeszcze szansę ten potworny głód zaspokoić. Bo będąc w wieku Patrycji i Lukrecji, cała nadzieja na przeżycie wielkiego romansu może iść już spać, co doskonale też ilustruje dopisana przez Sulimę scena, gdy stara szkoła ciotowska spotyka się z delegacją współczesnej grupy osób LGBTQIA (BCDEFGH) i obie strony są w szoku, jak bardzo różnią się ich oczekiwania względem życia. Lukrecja i Patrycja nie są zainteresowane żadną partycypacją, stałymi związkami partnerskimi i bezpieczeństwem seksualnym - one chcą być po prostu sponiewierane jak brudne szmaty, bo w takich czasach żyły, tego pragną i to mają zakodowane w swoim DNA.

fot. Filip Wierzbicki/mat. teatru

Sprytnie drugi akt zostaje rozpisany przez twórców w zupełnie innym klimacie: gubi swój komediowy sznyt i stawia na historie znane z książkowego oryginału, o bardziej dramatycznym wydźwięku. Dzięki temu tworzy się zamknięta kompozycja awersu i rewersu jednego okresu historii - pozwala to pokazać, że to, co dla głównych narratorek było okresem glorii i chwały, tak realnie dla innych gejów było czasem prawdziwie mrocznym i złym, i doprowadzało nawet do śmierci. Dostajemy przecież tutaj w drugim akcie opowieści o chorobie, szaleństwie, katowaniu przez milicję, poniżeniu i śmierci (finał życia Łucji Kąpielowej to jeden z tych punktów kulminacyjnych spektaklu, gdzie niemalże gryzłem oparcie krzesła przede mną). Niestety, w drugim akcie miałem poczucie, że coś nie do końca zagrało dramaturgicznie, bo mimo wszystko prędkość spektaklu odrobinę zaczęła siadać, przez co finał nie miał takiego rażenia, jakie mógł mieć, a szkoda, bo przez trzy czwarte całość szła całkiem dobrze.

Łącznikiem między tymi światami jest też przemykająca między tym wszystkim Michaśka, która niczym w powieści szkatułkowej pisze książkę, w której sama też bierze udział - w tej roli bardzo fajnie dał sobie radę Michał Bąkowski, wyjątkowo mocno docisnął mnie w sekwencji opowiadającej o jego spotkaniu z ukochanym astrofizykiem, która jak wszystko w „Lubiewie” musiała się nieuchronnie skończyć tragedią i rozczarowaniem. Jednocześnie Michaśka jest też kontynuatorem snucia tych ciotowskich opowieści jak Lukrecja i Patrycja, niemalże jak kontynuatorka plemiennego przekazywania podań i legend metodą ustną przy ognisku.

Poza wcześniej wspomnianymi kontekstami „Lubiewo” działa też w ciekawy sposób jako opowieść o mieście i jego dynamicznie zmieniającej się tkance. Większość miejscówek wspominanych ze sceny już nie istnieje, co jeszcze dobitniej opowiada o końcu pewnej epoki, która jest nie do odbudowania i jedynie pozostaje w sferze marzeń i wspomnień do przeżywania na nowo na tyle, na ile pozwoli pamięć.

W ogólnym rozrachunku dostałem na scenie spoko kompetentne przedstawienie, wychodzące poza ramy powieści i budujące swoją własną tożsamość, ale też dające przestrzeń na wybrzmienie brawurowemu tekstowi Witkowskiego, który pomimo upływu lat trzyma się nadal bardzo dobrze (i tekst, i Witkowski). Doprawione to wszystko jest dobrą pracą całego zespołu aktorskiego, z wyróżnieniem wcześniej wspomnianych: Boczkowskiego, Ratuszniaka i Bąkowskiego, ale też przerysowanej w swojej roli Eweliny Paszke-Lowitzsch jako Matki Joanny od Pedałów. Ma momentami wrocławskie „Lubiewo” problemy z tempem i łapie zadyszkę, ale koniec końców opowiada historię o tak dużym ładunku tęsknoty, którą chce się zaspokoić bez względu na konsekwencje, że nie sposób się nad nimi nie pochylić i nie posłuchać tego biadolenia.

Tytuł oryginalny

Lubiewo

Źródło:

Teatralna Kicia

Link do źródła

Autor:

Kamil Pycia

Sprawdź także