Logo
Magazyn

Końcówka

9.02.2026, 10:55 Wersja do druku

Królestwo wciąż opowiada o kondycji miejsca, w którym jest wykonywane. Nadal stanowi barometr ciśnienia w zakładzie. Sorry, że to powiem, lecz tak właśnie czuję: Narodowy Stary Teatr w obecnej swej formie jest żywą trupiarnią. Pisze Maciej Stroiński.

fot. Magda Hueckel

Pamięci Krystyny Podoleckiej i Zygmunta Józefczaka

Recenzje zazwyczaj pisze się z premiery lub z premierowego setu, czasem z późniejszych przebiegów, z finisażu – chyba nigdy. W sumie zrozumiałe, ponieważ oceniać spektakl, który właśnie schodzi, troszeczkę mija się z celem: niby kogo tu zachęcać albo zniechęcać do przyjścia, skoro tego przedstawienia nie czekają już widzowie, a jedynie historyczki? Opinię na do widzenia trzeba by kierować nie do e-teatru, nie do Raptularza, nie do Teatru dla Wszystkich, ale od razu ad acta, do Encyklopedii Teatru Polskiego. To nie będzie więc recenzja typu „sześć na dziesięć”, lecz jednak porozmawiamy o tym przedstawieniu i jego temacie.

Przyszedłem na pożegnanie z tytułem Królestwo, na jego łabędzi przebieg, ciekaw, co zobaczę. Pamiętam, co zobaczyłem, kiedy utwór debiutował te siedem lat temu: wtedy stanowił egzorcyzm. Odganiał złe moce, które wówczas osaczyły sceniczne „Królestwo”, czyli Stary Teatr. Spektakl powstał podczas smuty, pod ówczesnym figurantem, w poklaciej posusze. Był plonem wytrwałej walki rady artystycznej o to, żeby Narodowy Stary nie podzielił losu Teatru Polskiego z Wro. No i się udało, Stary się nie stoczył, nie zmienił w spaloną ziemię. Nie umarł, ale czy przeżył?

Onegdaj Królestwo było teatrowi szałwią, okadzało ten budynek, który „ciągle płakał” (cytat ze spektaklu). Teraz, przy ostatnim razie, na własnym pogrzebie, okazało się diagnozą. Patrzyłem, nie rozumiejąc, skąd ta katatonia: czemu nic się nie przenosi ze sceny na widzów. Dużo działo się przed nami, ale wszystko jakby biegło obok energii wieczoru. Niemało słów padło, a jakby milczano; głosy biły w ciszę, brzmiały głucho, pusto. Weszła Anna Dymna, powiedziała: „Jak tu cicho”, i wtedy dotarło do mnie.

Królestwo wciąż opowiada o kondycji miejsca, w którym jest wykonywane. Nadal stanowi barometr ciśnienia w zakładzie. Sorry, że to powiem, lecz tak właśnie czuję: Narodowy Stary Teatr w obecnej swej formie jest żywą trupiarnią. Przedstawienie Brzyka dzieje się, owszem, w szpitalu, acz w szczególnym jego skrzydle: w hali odlotów, w kostnicy.

Ostatnim bezsprzecznie świetnym przedstawieniem Starego Teatru, na którym widownia wyskoczyła z kapci, było Wesele Klatona. Teza niekontrowersyjna, dalej do sprawdzenia, dzieło pozostaje w bieżącym repertuarze, grane raz na ruski rok, ostatnio przed wakacjami, no ale można zobaczyć i samemu się przekonać, że moc się nie ulotniła, choć Gliński już nie zasiada na stolcu ministerialnym. Wciąż czuć „pierdolnięcie”, jak mawia się w techno. Od czasu Wesela, czyli już prawie dekadę, Stary kwitnie w trybie standby, czeka lepszych czasów, odcina kupony i cieszy się cudzym szczęściem.

Od tamtej premiery świadkowałem w Starym jednej dobrej scenie, celnej, żywej i pożywnej: rejwowi na finał Scen z życia małżeńskiego. Być może to nie przypadek. Chyba wszyscy znamy z edukacji szkolnej końcówkę Wesela: jak to na imprezie, popadają w wygib, lecz specjalnym tańcem, który zapowiada filmy poświęcone zombie. „Nic nie słysom, nic nie słysom, / ino granie, ino granie, / jakieś ich chyciło spanie…”. Minkowska podjęła temat rzucony przez Klatę, wystawiła gody i rozwody ludzkie, domykając całość w stylu Wyspiańskiego, ale zarazem wbrew niemu. Stary potrzebuje wreszcie się obudzić; na razie niby się rusza, lecz jakby bez przytomności; na razie śpi w tańcu. Trzeba mu zaaplikować infernalne, ciężkie bity, „zgwałcić go przez uszy” (Ferdydurke Gombrowicza), aby w końcu zechciał dać jakiś znak życia. Puenta spektaklu Minkowskiej szuka rozwiązania panującego impasu, próbuje przełamać skisłe status quo.

Stary skorzystałby z tego, co Thomas Bernhard zwykł czynić czołowej wiedeńskiej budzie, to znaczy Burgtheatrowi: z terapii szokowej i dogłębnej, ostrej zjeby.

Pamiętacie Państwo „klątwę Górskiego”? Legendarny trener przeklął nam reprezentację narodową w piłkę nożną i nastały chude lada. Coś mi się wydaje, że w Starym mamy podobnie, i nawet przypuszczam, kiedy się zaczęło. Nie, nie za Frljicia, który wyrzucony z pracy w naszej budzie narodowej, na złość pyknął Klątwę, podnosząc poprzeczkę szumu i backlashu, do której jego uczniowie, na przykład obecny wice Starego Teatru, całkiem bezskutecznie próbują doskoczyć. Posłużę się skrótem: Klata przeklął Stary. W sumie nie wiem, kogo winić: reżysera, aktora, bohatera czy pisarza. To było w Weselu. Gospodarz w osobie Juliusza Chrząstowskiego kończył drugi akt słowami: „Nastrój? macie ot nastroje: / w pysk wam mówię litość moje”, po czym pluł na dechy za podszeptem didaskaliów. A teraz zobaczcie, proszę, gdzie jest w swej karierze Klata (Teatr Narodowy) i gdzie jest Chrząstowski (Netflix). I nawet Wesele z tymże samym Gospodarzem przeniosło się bliżej dworca, do swojego matecznika. A gdzie tymczasem jest Stary? Nie będę przeklinał.

W pierwszej swej premierze za własnej dyrekcji, w słynnym Do Damaszku, Jan Klata ukazał scenę narodową jako ossuarium lub kaplicę czaszek. W ostatniej własnej premierze za swojej kadencji pokazał tę scenę jako dancefloor nieumarłych.

fot. Magda Hueckel

Odrodzenia upatruję z tej, co zawsze, strony. Wkrótce wróci do Starego przedramatopisarz z autorską wersją Hamleta. Mówię, jak zwykle, o Pawle Demirskim. Spektakl wyreżyseruje reżyser Królestwa. Wróci też przereżyserka, tym razem jako aktorka, zastępczyni Anny Dymnej. Instytucji trzeba szałwii. Stary ma przed sobą przyszłość, bo nie ma teraźniejszości.

Czy złomowanie Królestwa było również pożegnaniem z Krzysztofem Globiszem oraz Anną Dymną? Czy to ich wykon ostatni? Czy Dymna zostanie jedynie głosem z głośnika niczym Grałek w Królu Learze? Za Zbigniewa Kaletę zagrał reżyser spektaklu, aktor Brzyk po lalkach, za Urszulę Kiebzak zagrał duch Urszuli Kiebzak (zjawiłem się głównie po to, żeby jeszcze raz usłyszeć ów niepodrabialny demoniczny rechot). W obsadzie tego spektaklu był kiedyś Zygmunt Józefczak, dzisiaj już świętej pamięci. Nigdy nie przyjąłem do wiadomości faktu jego śmierci; był zbyt żywy, żeby umrzeć; starość i jej powikłania nie mają odwagi tknąć się takich zawodników. Do tej pory nie wiem, czy on zmarł naprawdę, czy jedynie w roli. Pożegnał się z nami nieco w stylu Łomnickiego, umierając na backstage’u (w końcówce Trzech sióstr Luca Percevala).

Recenzje zazwyczaj pisze się z premiery, a motta zazwyczaj wstawia się na starcie. Proponuję motto wyjścia z Końcówki Becketta: „Finished, it’s finished, nearly finished, it must be nearly finished”. I życzę Staremu, by jego obecna zima okazała się przednówkiem. Tak jak w pierwszych słowach pierwszego spektaklu Strzępki oraz Demirskiego w tym właśnie teatrze (słowo „starorzecze” przeczytajmy w myślach z wiadomą intencją):

„pomarzła mnie ojczyzna moja z powodów geograficznych nieprawdopodobnie / zima była proszę sobie wyobrazić proszę państwa towarzystwa / wyjątkowo długa tego roku […] a domu ciągle daleko dojść co dzień jakby dalej […] śnieg pada wycisza wszystko tępo brzmi nie naprawdę jakby […] a jak wiosna jest / jeszcze nie że tak bardzo ciepło ale już już już prawie / tak na sweter porządny […] ziemia już odzyskana jeszcze napuchnięta lekko ale będzie żyć / i pójść po niej w kierunku starorzecza / i starorzecze tam jest / woda się wylewa po łąkach / bierzesz oddech i patrzysz w niebo […] mamooooo!!! bociany wracają!!! bociany wracają!!! bociany wracają!!!”.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także