3 lutego 2026 roku po ciężkiej chorobie zmarła Krystyna Podolecka, primo voto Ziarkowska, wieloletnia pracownica Biura Obsługi Widzów w Narodowym Starym Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie. Pani Anetka, bo tak do niej mówiliśmy – pisze Maciej Stroiński.
Dla nas, przyjaciół Starego, była twarzą tego miejsca, osobą pierwszego kontaktu, uśmiechem na przywitanie. To do niej się przychodziło po bilet, wejściówkę, zaproszenie na premierę, opinię, rozmowę, dobre słowo, update. Do niej się dzwoniło pod numer z końcówką „40”, do niej się pisało na maila z loginem „rezerwacja”. Gdy się szło Placem Szczepańskim albo Jagiellońską, nogi jakoś same niosły, żeby do niej zajść, odwiedzić, chwilę z nią pogadać albo chociaż jej pomachać przez okno, w przelocie. Ludzie się garnęli do Pani Anetki.
W Starym Teatrze czuła się jak w domu i witała nas jak w domu. Była dzieckiem tego miejsca, wychowaną w kuluarach córką Pani Haliny Malik, przekochanej kasjerki z Jagiellońskiej, i Pana Leszka Malika, teatralnego fachmana od elektryczności, który między innymi wraz z Krystyną Zachwatowicz ustawiał oświetlenie do legendarnych Biesów. Pani Anetka znała Zemstę Fredry w całości na pamięć, tyle razy ją widziała w reżyserii Wajdy.
2 października 2017. Pamiętam, jakby działo się to wczoraj: poniedziałek rano, po ciężkiej chorobie umiera mi Tata, Włodzimierz Stroiński. Dwa dni później, gdyśmy się już uporali z tak zwanymi sprawami i ustalili datę pogrzebu, zjawiłem się w Starym, bo teatr był dobry na wszystko, nawet na pierwszy wstrząs żałoby. Grano akurat Bitwę warszawską. W okienku przy Jagiellońskiej dyżurowała Pani Anetka. Popatrzyła na mnie. „Maciek, co się stało?” I po chwili oboje uderzyliśmy w płacz.
Należała do tych nielicznych osób, z którą nie byłem ani na ty, ani na pan, pani. Ja mówiłem do niej per „Pani Anetko”, a ona mi po imieniu. Chodząc do pracy na Rynku, wpadałem pogadać, co u niej, co u mnie. Zawsze można było zamienić te parę słów, pobyć z nią tę chwilę. Jestem zaszczycony, że było mi dane.
Miała boskie poczucie humoru i nie wahała się go używać. Śmiechu bywało po pachy. She was a ray of sunshine. Pamięć zmarłych czcimy ciszą, jednak taka aura nijak nie pasuje do Pani Anetki.
Nie pamiętam naszej ostatniej rozmowy, lecz jednego jestem pewien: nie mieliśmy pojęcia, że będzie ostatnia. I coś mi się zdaje, że właśnie ostatnia nie będzie.
Umarła nie w porę. „A kiedy umiera się w porę?” (Kazimierz Brandys, Matka Królów) I co to w ogóle znaczy, że ona nie żyje? To nie są pytania retoryczne.
Słyszę głosy Doroty Pomykały i Krzysztofa Dracza z tamtego spektaklu, na który przyszedłem, gdy straciłem Ojca:
POLSKA MAMA: Śmierć – rzecz ludzka, dość powszechna, a w kraksie blachy, krzyże przy drodze, te małe takie, na ich miejscach, tych kraks. Ja czasem się zatrzymuję i palę tam pod obcymi tymi krzyżami przy drogach wojewódzkich, bo mi akurat nikt w wypadku nie zginął. KS. SKORUPKA: A mnie mama zapala? POLSKA MAMA: Pewnie, że zapalam. Ja to umiem robić, zapalać, bardzo dobrze. Listopad, jak przychodzi – zapałeczki i spacerem po cmentarzu wśród liści. KS. SKORUPKA: Zawsze człowiek sobie wyobraża, że będą płakać po nim, tak po ludzku, wspominać, taki był dobry człowiek.