W Operze Bałtyckiej dzisiaj premiera jednej z najznakomitszych oper Richarda Straussa „Kawaler srebrnej róży", piękna muzyczna opowieść pełna intryg, zaskakujących zdarzeń, przebieranek, sekretnych schadzek i barwnych postaci przywodząca na myśl mozartowskie „Wesele Figara".
Rozbudowana instrumentalnie, monumentalna opera komiczna, miała premierę 26 stycznia 1911 roku w Dreźnie i w niespełna dwie dekady podbiła całą Europę. Premiera wywołała zachwyt szerokiej publiczności (do tego stopnia, że uruchomiono specjalne pociągi, by można było dotrzeć z Berlina na spektakl). Choć były też głosy krytyczne konserwatywnej publiczności.
Reżyser gdańskiej inscenizacji Wojciech Faruga, postanowił przenieść akcję (oryginalnie rozgrywa się ona w Wiedniu w połowie XVIII wieku) w czasy złotej ery Hollywood i sukcesów kina niemego. Na scenie zobaczymy Marszałkową, Księżnę Werdenberg, która zdradza męża z przystojnym młodzieńcem, 17-letnim Oktawianem. Jest Baron Ochs (w tej roli Bjarni Thor Kristinsson), który ma tytuł, ale pożąda majątku, jest wreszcie i jego wybranka Zofia (Aleksandra Kubas-Kruk), która nie chce podstarzałego amanta. Są intryganci Valzacchi i Annina i wreszcie zakochani w sobie, młodzi bohaterowie - on, kochanek Marszałkowej i ona, niedoszła żona Ochsa oraz cała galeria ciekawych postaci.
W partii Marszałkowej, określanej często jako jeden z najpiękniejszych kobiecych portretów w operze, na gdańskiej scenie usłyszymy Iwonę Sobotkę, polską sopranistkę występującą na największych operowych scenach świata, laureatkę wielu prestiżowych konkursów wokalnych, ale na szczególną uwagę zasługują też debiutująca w roli Oktawiana Joanna Motulewicz (mezzosopran).
Wokalnie to Mount Everest
- Oktawian, którego gram, jest niezwykle ciekawą postacią. To 17- letni młodzieniec targany szerokim wachlarzem emocji i namiętności, działa pod wpływem impulsu i broni swoich prawd. To mężczyzna, który w trakcie spektaklu przebiera się za kobietę, żeby zrealizować swoją intrygę. Na scenie dzieje się absolutne szaleństwo - mówi Joanna Motulewicz. - Każdy akt jest inny, kompletnie inne emocje miotają Oktawianem, co powoduje, że ta rola jest dużym wyzwaniem. Zaczynając od pierwszego aktu, gdzie pokazana jest piękna, bardzo zmysłowa miłość do Marszałkowej , która z końcem aktu postanawia pozbyć się młodego kochanka. W następnej chwili zakochuję się w Zofii, która jest narzeczoną Barona Ochsa, do małżeństwa tego nie chcę dopuścić, gdyż wiem, jakie haniebne zamiary ma wobec swojej wybranki Baron, a już w akcie trzecim - spotykając Marszałkową staram się być wobec niej uczciwym, nie zapomniałem - tylko z nostalgią patrzę na nią i śpiewam do niej... o Zofii. Wokalnie partia Oktawiana to absolutnie Mount Everest. Kiedy śpiewałam w Operze Graz j jedna z koleżanek powiedziała, że widziałaby mnie w partii Oktawiana. Zdziwiłam się. Richard Strauss? Niemożliwe, w Polsce „Kawalera srebrnej róży" wystawia się bardzo rzadko, właściwie wcale. Jakiś czas potem dyrektor opery we Frankfurcie powiedział: „Jeżeli podpiszemy kontrakt, to rzeczywiście, Straussa też zrobisz". Współpraca nie doszła jednak do skutku - plany osobiste i życie potoczyły się tak, że zdecydowałam się wrócić do Polski. I choć historia potoczyła się inaczej, ja wtedy te nuty zdążyłam kupić. Potem oddałam je koleżance, która śpiewała „Der Rosenkavalier" w Niemczech. We wrześniu zeszłego roku napisałam do niej, prosząc, żeby nuty wróciły do mnie, bo zostałam zaproszona do Opery Bałtyckiej przez dyrektora Shemeta, aby w końcu tę partię wykonać. Partytura „Kawalera..." jest niezwykle różnorodna. Tam się dzieje absolutna karuzela - jest i wesoło i smutno, i jest wielki dramatyzm. W trzecim akcie dodatkowo pojawiam jako Mariandel, nazwijmy ją kliszowo - prostą dziewczyną z małej wioski, gdzie nie śpiewam takim szlachetnym mezzosopranem, ale bardzo wyraziście, wręcz można by powiedzieć „brzydko". To wymaga przełamania w sobie pewnej bariery, co stanowi też ciekawe doświadczenie wokalne. Jest to moja rola marzeń i bardzo się cieszę, że „Kawaler srebrnej róży" będzie wystawiany w Operze Bałtyckiej - wyjawia Joanna Motulewicz.
Pawie i strusie pióra
Za wizualną stronę spektaklu odpowiada Katarzyna Borkowska. Jak zdradziły nam panie z pracowni krawieckiej kostiumy są barokowe, bardzo pracochłonne w przygotowaniu - bogato zdobione suknie zostały zbudowane z warstw tiulu i koronki, a nakrycia głowy - wysokie kapelusze mają prawdziwe pióra pawie i strusie, ale są bardzo delikatne.
- Kostiumy są absolutnie fantastyczne, a do tego spektaklu specjalnie została skonstruowana klatka piersiowa z silikonu, która waży 4,5 kilograma - zdradza Joanna Motulewicz.
Spełnione marzenie
Kierownictwo muzyczne objął dyrektor muzyczny Opery Bałtyckiej Yaroslav Shemet, który wyznaje: - Marzyłem o wykonaniu tego dzieła odkąd wszedłem do świata opery. Lata zajęło mi dojrzewanie do tego niezwykle wymagającego tytułu. Po drodze były niemal wszystkie poematy symfoniczne Straussa i oczywiście „Salome", bez której trudno chyba naprawdę zrozumieć jego muzyczny świat. I w końcu ten moment przyszedł.
- „Der Rosenkavalier" - dodaje dyrektor Shemet - to opera, która tylko pozornie jest komedią. Pod elegancją, humorem i wiedeńskim wdziękiem kryje się coś znacznie głębszego - opowieść o przemijaniu, czasie, miłości i o tym, że pewnych rzeczy nie da się zatrzymać. Strauss stworzył dzieło jednocześnie olśniewające, wzruszające i boleśnie prawdziwe. O jego wyjątkowości najlepiej świadczy chyba fakt, że sam Strauss uważał „Rosenkavaliera" za jedno ze swoich najważniejszych osiągnięć. A finałowe trio z tej opery zabrzmiało również podczas uroczystości związanych z jego pożegnaniem. Nie mogę się doczekać, żeby podzielić się tym światem z publicznością Opery Bałtyckiej.
Inspirując listy
Richard Strauss (nie należy go mylić z rodziną Straussów kojarzonych z muzyką wiedeńską) od najmłodszych lat miał sławę, pieniądze, sukcesy i właściwie ani jednej klęski. Komponował wspaniałą, błyskotliwą muzykę już za życia nazywany był największym dyrygentem i kompozytorem Europy. Jednak prapremiera w Dreźnie (w 1911 roku) o mało nie zakończyła się klapą. Młody reżyser Georg Toller, nie radził sobie z ogromem inscenizacji i pracą z aktorami. Trudne role wymagały od śpiewaków znakomitego aktorstwa. Dlatego zaledwie kilka dni przed pierwszym pokazem na pomoc wezwano legendarnego w owym czasie reżysera Maxa Reinhardta. Pracując w ekspresowym tempie, uratował spektakl. Richard Strauss był niesamowicie dumny z tego dzieła i utożsamiał się z nim do końca swoich dni. Podobno pod koniec II wojny światowej, w kwietniu 1945 roku, do jego austriackiej willi zapukali amerykańscy żołnierze z zamiarem zarekwirowania budynku. Sędziwy Strauss przywitał ich w drzwiach słowami: „Jestem Richard Strauss. Jestem kompozytorem opery Kawaler z różą".
Autorem sukcesu tej opery jest też autor libretta - nadworny librecista Straussa Hugon von Hofmannsthal, który dla pisania porzucił karierę uniwersytecką. Romain Rolland, po wielokrotnym obejrzeniu opery „Der Rosenkavalier", nazwał Hofmannsthala „największym artystą języka niemieckiego". Podczas dwuletniej pracy na „Kawalerem srebrnej róży" poeta i kompozytor spotykali się rzadko, częściej korespondowali. Ich listy stanowią dziś unikalne świadectwo twórczej współpracy i wzajemnych inspiracji.
Poprzednia inscenizacja „Kawalera..." w Operze Bałtyckiej to rok 2005 (reżyseria: Gunter Mayr). Była realizowana jako część programu obchodów Roku Polsko-Niemieckiego. Spektakl pokazywany był nie tylko w Gdańsku, ale również na wielu niemieckich scenach operowych.