Edwarda Linde-Lubaszenkę wspominają: Anna Polony, Andrzej Titkow, Tomasz Schuchardt i Piotr Sieklucki.
Anna Polony: Linde-Lubaszenko był świetnym aktorem
Edward Linde-Lubaszenko był świetnym aktorem, znakomicie radził sobie na scenie; dobrze się z nim współpracowało – powiedziała PAP aktorka Anna Polony o zmarłym w niedzielę artyście.
W niedzielę w wieku 86 lat zmarł wybitny aktor, reżyser i pedagog Edward Linde-Lubaszenko.
Wieloletnia aktorka Starego Teatru w Krakowie, dla którego pracował zmarły aktor, zaznaczyła, że bardzo szanowała aktorstwo Linde-Lubaszenki i dobrze się z nim współpracowało. Jej zdaniem „był świetnym aktorem, miał intuicję aktorską, znakomicie radził sobie na scenie, mimo że nie ukończył aktorstwa, natomiast skończył studia reżyserskie, ale z dyplomu reżyserskiego nie korzystał”.
Linde-Lubaszenko od 1973 r. związany był ze Starym Teatrem w Krakowie, zagrał w ponad 70 filmach, ponad 110 przedstawieniach teatralnych i ponad 80 spektaklach Teatru Telewizji.
Aktor współpracował z największymi postaciami polskiego teatru i filmu: Jerzym Jarockim, Konradem Swinarskim, Krystianem Lupą, Andrzejem Wajdą, Kazimierzem Kutzem i Krzysztofem Zanussim. Powszechnie znany był z takich ról jak „Psy”, „Róża” czy „Kroll”. W 1993 r. zagrał też u Stevena Spielberga w „Liście Schindlera”. W późniejszych latach swojej kariery był również znany z ról w popularnych serialach obyczajowych, takich jak „M jak miłość” czy „Barwy szczęścia”.
Był wieloletnim wykładowcą Akademii Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie, gdzie pełnił między innymi funkcję dziekana Wydziału Aktorskiego. W roku 1991 z rąk prezydenta Lecha Wałęsy odebrał nominację profesorską. W roku 2024 został odznaczony Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.
Andrzej Titkow: Edward Linde-Lubaszenko był aktorem idealnym, grał szalenie oszczędnie, ascetycznie
Edward Linde-Lubaszenko był bardzo zdyscyplinowany na planie, był aktorem idealnym. Grał szalenie oszczędnie, ascetycznie – powiedział PAP scenarzysta, reżyser filmów dokumentalnych i fabularnych Andrzej Titkow o zmarłym w niedzielę aktorze teatralnym, telewizyjnym i filmowym.
W latach 70. zagrał główną rolę dr Romana Bognara w serialu Andrzeja Titkowa „Układ krążenia”. – Był wówczas aktorem znanym lokalnie. Rola ta to początek jego ogólnopolskiej kariery – powiedział PAP Titkow.
– Nie znałem go wcześniej osobiście, ale zachwycił mnie swoimi rolami w sztuce „Paternoster” Helmuta Kajzara w reżyserii Jerzego Jarockiego w teatrze we Wrocławiu i w filmie „Ktokolwiek wie...” Kazimierza Kutza. Bardzo chciałem, by zagrał tę rolę, nie wyobrażałem sobie by mógł ją zagrać ktoś inny. Uparłem się wręcz na niego, bo Janusz Gazda, który kierował wtedy redakcją w telewizji kontestował ten wybór i w roli głównej widział Krzysztofa Chamca. Byłem uparty i udało się – wspomina reżyser.
Linde-Lubaszenko był wtedy aktorem Teatru Starego. – Dyrektor Jan Paweł Gawlik nie chciał go urlopować, dlatego codziennie dojeżdżał na plan do Warszawy, a po kilku godzinach pracy wracał do Krakowa i wieczorem występował na scenie. Był bardzo zdyscyplinowany na planie, a w chwilach wolnych kładł się i spał po 15-20 minut. Praca nad serialem trwała wiele dni, a Edward był w nim aktorem idealnym – powiedział Titkow.
– Niedawno po latach obejrzałem „Układ krążenia". Zobaczyłem jak on fantastycznie w nim grał. Grał szalenie oszczędnie, ascetycznie. Z perspektywy ta jego metoda gry sprawdziła się, nadal świetnie się go ogląda – podsumował.
Aktor i reżyser spotkali się jeszcze dwa razy na planie filmowym – w filmie „Terrarium” w latach 70. i w „Wynajmę pokój...” w latach 90. – To były epizody, ale w nich też nie wyobrażałem sobie nikogo innego – powiedział Titkow.
Tomasz Schuchardt: Linde-Lubaszenko był aktorem nienachalnym
Edward Linde-Lubaszenko był aktorem nienachalnym, w którym była po prostu prawda – tak zmarłego w niedzielę wybitnego aktora wspominał w rozmowie z PAP aktor Tomasz Schuchardt.
Schuchardt, który był uczniem Linde-Lubaszenki w Akademii Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie, określił swojego nauczyciela jako „aktora nienachalnego, w którym była po prostu prawda”.
– Uczył nas, że przygotowując się do roli, na samym początku mamy dotrzeć do samej treści tekstu. A kiedy do niej dotrzemy, dotrzemy też do widza. Pierwszą granicą do przełamania było zrozumienie: zarówno tekstu, jak i tego, dlaczego chce się coś komuś powiedzieć – mówił PAP.
Linde-Lubaszenko – podkreślił Schuchardt – posiadał też cechę, która szczególnie widoczna była na deskach Teatru Nowego Proxima w Krakowie, gdzie zdarzało się mu występować. – Teatr Nowy charakteryzuje się odważnymi propozycjami, ale Edward nigdy nie mówił „nie”. Bardzo wielu aktorów z jego pozycją i wiekiem absolutnie nie chciałoby się w te propozycje angażować, ale on, mam wrażenie, nigdy nie oceniał. Jeśli ktoś się nim zainteresował i w czymś go widział, Edward zupełnie się oddawał, był gotowy na wchodzenie w nieznane – powiedział aktor.
Jak mówił, Linde-Lubaszenkę zapamięta przede wszystkim z dowcipu, żartów, często niecenzuralnych, których się nie bał. – Mnie, też poza samą sztuką, uczył też tego, że fajnie być człowiekiem z poczuciem humoru i błyskotliwym – wspominał.
Dyrektor Teatru Nowego w Krakowie: Linde-Lubaszenko był moim profesorem i mistrzem; do aktorstwa podchodził z dystansem
Dyrektor Teatru Nowego w Krakowie Piotr Sieklucki podkreślił, że zmarły w niedzielę aktor Edward Linde-Lubaszenko był jego profesorem, mistrzem i pierwszym mecenasem, a także aktorem, którego wyróżniał dystans do wykonywanego zawodu.
Sieklucki w rozmowie z PAP podkreślał, że poznał aktora jeszcze w trakcie studiów. - Już wówczas stworzyła się między nami nić wielkiej sympatii. Był moim profesorem, moim mistrzem, pierwszym mecenasem i współtwórcą teatru, którego dziś jestem dyrektorem, czyli Teatru Nowego w Krakowie. Otwierał z nami ten teatr, był też jednym z pierwszych jego aktorów. Wspólnie z nim zrobiliśmy w naszym teatrze cztery spektakle, i były to zawsze spektakle powiązane z kulturą rosyjską – powiedział.
Zaznaczył, że aktor był powiązany z kulturą rosyjską za sprawą swojego ojczyma - miał za to niemieckiego ojca i zawsze podkreślał to, że był urodzony 23 sierpnia 1939 r., czyli w dniu podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow.
– Był rozdarty pomiędzy Polską, Rosją a Niemcami. Spektakle, które robiliśmy, były o rosyjskim człowieku: „Encyklopedia duszy rosyjskiej”, „Wysocki. Powrót do ZRRR”. Były to spektakle zawsze ostro krytyczne w stosunku do Rosji – i to mimo miłości Edwarda do literatury rosyjskiej, którą mnie zaraził. Tę przygodę wspólnie przeżyliśmy – wspomina Sieklucki.
Jak podkreśla, w żartach zawsze mówił, że Linde-Lubaszenko był pierwszym mecenasem jego teatru. – Gdy robiliśmy spektakl „Griga” jeszcze jako studenci, Edward rzucił: „daję pięć tysięcy złotych, zróbcie drugą część spektaklu", a to nie były wówczas małe pieniądze – zauważył.
Sieklucki zaznaczył, że z Lubaszenką wiązały go mocniejsze relacje niż zawodowe. – Razem czasem spędzaliśmy święta, gdy jeszcze nie mieszkał w Warszawie – wspominał.
To, co zdaniem Siekluckiego wyróżniało Linde-Lubaszenkę jako aktora, to dystans do zawodu, którego uczył później też swoich studentów.
– Uczył rzemiosła, ale też tego, że czasami nie trzeba nurzać się w brudzie i podłości przygotowując się do roli złego człowieka. Uczył podchodzenia do spraw i życia właśnie z dystansem i z poczuciem humoru. Kochał też życie, uwielbiał zabawę, życie nocne po spektaklach, przyjemności życia, trochę to życie szarpał. Jako nauczyciel nie był surowy, podkreślał, że u aktora najważniejszy jest wdzięk. „Ma pan wdzięk, to jest pan cudownym aktorem”, mówił swoim studentom – dodał dyrektor Teatru Nowego w Krakowie.