17.01.2020, 14:45 Wersja do druku

Klata wśród diabłów i aniołów

Inne aktualności


Po raz kolejny Jan Klata potraktował świetną literaturę jak fragment scenopisu do teledysku. Tym razem padło na słynne opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza

Zadziwia mnie Jan Klata, może nawet zadziwia mnie najbardziej spośród reżyserów teatralnych. Jeszcze rok temu wydawało mi się, że dojrzał, że zgrywy zastąpił namysł nad literaturą, jej znaczeniami. Co więcej, trzy miesiące temu, przy okazji premiery publicystyczno-hiphopowego „Długu", napisałem też, że daję Klacie kredyt zaufania, bo mimo wszystko wciąż czegoś szuka i potrafi dawać do myślenia przynajmniej w pojedynczych scenach. U Klaty takie przebłyski refleksji najczęściej przydarzają się wtedy, gdy postanawia się wyciszyć. Kiedy zgiełk zostaje zastąpiony przez skupienie.

Inne aktualności

„Matka Joanna od Aniołów" Jarosława Iwaszkiewicza również daje taką szansę. To mogłaby być rzecz o wiecznej naturze zła - myślę, że dla Klaty po jego doświadczeniach z antykiem to kwestia co najmniej zajmująca - lecz i o wadzeniu się człowieka z Bogiem, gdy dochodzi do momentu realnej próby wiary: przecież u Iwaszkiewicza ksiądz Suryn przybywa do klasztoru także po to, by stoczyć walkę z samym sobą, ze swoimi wątpliwościami. Wypędzenie demonów z duszy Joanny to jedno, to motyw oczywisty, te demony są bowiem prawdziwe, opowiadanie sprzed ponad 70 lat nie jest przecież grą w zgadywankę, czy diabeł istnieje. Jednak drugie - chyba najistotniejsze - to pytanie, czy w konfrontacji ze złem w ogóle warto mieć wątpliwości, czy one się opłacają.

Klata jednak nie ma obowiązku refleksji nad szczegółową teologią. Równie dobrze mógłby potraktować „Matkę Joannę" jako przypowieść o poświęceniu z miłości, ostatecznie Suryn z własnej woli staje się ofiarą opętań, by tylko wyzwolić zakonnicę. Ten wątek u autora jest zresztą wieloznaczny, lecz dotyka w jakiś sposób istoty chrześcijaństwa. W planie bardziej ogólnym byłby interesujący.

Ale, jak się okazało, zupełnie nie o to chodzi. I dlatego Klata mnie zadziwia. Chociaż przesadzam, przecież dało się to przewidzieć. Ten reżyser lubi się podobać, a już na pewno lubi się podobać tam, gdzie wie, że spodoba się jeszcze bardziej bez względu na swoje ewentualne potknięcia; mówiąc wprost: tanim kosztem. Po raz pierwszy pracuje w warszawskim Nowym Teatrze, w którym wystawienie „Matki Joanny" granej przez Małgorzatę Gorol jako widowiska o hipokryzji Kościoła to zabieg tyle oczywisty, ile koniunkturalny. Klata co prawda niejako przy okazji ma ochotę trochę prowokować: a to każe Surynowi (Bartosz Bielenia) namawiać publiczność do odmówienia w całości „Ojcze nasz", jakby chciał sprawdzić, czy widz przyzwyczajony do rytualnej lewicowości środowiska teatru przy Madalińskiego w ogóle potrafi jeszcze posługiwać się innym językiem. A to wykorzystuje wątek niezłomnego młodego papieża, który zapożycza z serialu Paola Sorrentino: Maciej Stuhr w białych szatach kilka razy wykrzykuje „my zapomnieliśmy...", po czym spada ze stromych watykańskich schodów, które zresztą stanowią główny element scenografii. Jednak to raczej nadal bezpieczne performance. Bo próżno tu szukać groźnej atmosfery Ludynia z opowiadania Iwaszkiewicza, spektakl Klaty chyba nie może przejąć nawet kogoś, kto spodziewał się psychologicznego horroru. Rządzi nim irytująca prawidłowość, która przez lata stała się znakiem rozpoznawczym reżysera, ale której też w niektórych jego ostatnich przedstawieniach było trochę mniej. Gdy tylko sięga bowiem po frapujący dialog przeniesiony bezpośrednio z literatury, od razu jego teatr zyskuje inny wymiar: pojawia się powaga, rodzą się konteksty, często świetnie wymierzona porcja ironii, i to trafiona w punkt. Tak jest choćby w znakomitej scenie, kiedy cadyk Isze (Jacek Poniedziałek) tłumaczy Surynowi zawiłości dysputy o istocie zła na świecie. Ale już chwilę później Klata wraca na swój ulubiony teren i brnie w czysto kabaretowe chwyty, jakby udowadnianie po raz enty przywar duchowieństwa było jego oryginalną zasługą. Mając do dyspozycji dzieło Iwaszkiewicza, naprawdę warto mówić tak mało, schodząc kilka pięter poniżej tej prozy? Nikt nie zabrania Klacie korzystać z efektownej skali, nikt chyba już nawet nie ma pretensji o specyficzny rytm jego teatru, który zaświadcza o tym, że jego twórca wciąż pragnie sprawdzać się jako reżyser wideoklipów. Jednak po pierwszej scenie, kiedy Bartosz Bielenia, skradając się wzdłuż kurtyny, powiada szatanowi: „widzę cię", naprawdę wypadałoby, żebym przynajmniej zaczął się bać.   

         _____________

„Matka Joanna od Aniołów" wg Jarosława Iwaszkiewicza, reż. Jan Klata, Międzynarodowe Centrum Kultury Nowy Teatr, premiera: 30 listopada 2019 r.

Tytuł oryginalny

Klata wśród diabłów i aniołów

Źródło:

Materiał własny
Sieci nr 3