23.02.2021, 11:53 Wersja do druku

Julia Banaś: Wierzę, że słowa mają energię

Wydaje mi się, że angażowanie się w sytuację dziejącą się w Polsce jest dla mnie tak naturalne, że nie przyjmuję do wiadomości, że mogłabym zrobić coś inaczej - z Julią Banaś, w ramach warsztatów dziennikarskich "Młodzi kontra dramat vol. 2" organizowanych przez STUDIO teatrgalerię i portal dwutygodnik.com, rozmawiała Julia Bukowska.

fot. Sisi Cecylia

Julia Bukowska: Czy pamiętasz moment, w którym dostałaś propozycję wzięcia udziału w “Dziadach na Mickiewicza”?

Julia Banaś: Myślę, że bardzo ci się spodoba ta historia. Kiedy po raz pierwszy szliśmy z Żoliborza aż pod sam dom Kaczyńskiego, mój przyjaciel Dominik Sadoch był we Wrocławiu z Oskarem Sadowskim (czyli reżyserem spektaklu „Dziady”), wystawiając sztukę nie związaną z protestami - nie mogli więc być z nami na tym pierwszym, dużym proteście. Dominik bardzo żałował, że nie brał w nim udziału. Moje mieszkanie znajduje się blisko ulicy Wiejskiej, więc naturalnie przez kolejne dni podążaliśmy na protesty. Na jednym z nich spotkaliśmy Oskara i wspomniał wtedy o swoim pomyśle na spektakl w zupełnie innej formie, pokazał nam zdjęcia tego szklanego budynku na Żoliborzu oraz zaprosił nas do tego, żebyśmy wzięli w tym udział.

JBu: Słyszałam, że próby trwały dosłownie dwa dni. Tak było?

JBa: Tak. Spotkaliśmy się z Oskarem w środę, a spektakl był już w sobotę. Szpak nie zdążył niczego prześpiewać, Ralph nie zdążył niczego sprawdzić. Dziewczyny ze Strajku Kobiet, które były Boginiami z drugiego balkonu, chciały zmienić tekst z “Dziadów”, żeby był bardziej adekwatny do obecnej sytuacji. To były takie drobne zmiany w tekście, na przykład z „ojca, syna” na „matki, córki”. Nikt do końca nie wiedział jak wyglądać będzie spektakl aż do momentu, kiedy wylądowaliśmy w oknach. W ostatniej chwili jedno mieszkanie odpadło, bo ktoś nam przeciął kable - wszystko, co odbywało się było bardzo na szybko, dosłownie na ostatnią chwilą. Nie mieliśmy wizualizacji, Baasch tworzył dosłownie do ostatniej sekundy. Ale jednak jakoś to się udało.

JBu: Już jesteśmy w budynku, już jesteśmy w mieszkaniu. I co?

JBa: Magiczna energia. Zaczęło się od tego, że mieliśmy pomalowane twarze, dużą czerwoną błyskawicę przez całą twarz. To od razu, mam wrażenie, jednoczy ludzi. Taki malunek na twarzy powoduje, że połączyliśmy się w całość jako grupa, nawet jeżeli się za dobrze nie znaliśmy. Energia była niesamowita, do ostatniej chwili jeszcze odbywały się ćwiczenia muzyczne, wykonawców, którzy byli niepewni swoich wejść i wyjść. Ale wszystko potoczyło się bardzo płynnie i nawet jeśli tam mieliśmy kilka technicznych niedociągnięć. Wspaniałe było stać w tym tłumie i trzymać tę procę z artystami. Dla mnie bardzo ważne było, że forma tego krzyku, który jest w “Dziadach”, to „A kysz!”, jest ona bardzo polska. Jestem z wykształcenia polonistką i mam problem z wulgarnością języka - wiem z czego to wynika i w żaden sposób nie neguję tego, co jest podstawą, ale takie krzyczenie “wypierdalać” nie jest dobre dla nas. Wierzę, że słowa mają energię i gdy krzyczymy negatywne słowa, to one gorzej wpływają na nas samych. I to takie “A kysz!” jest dla mnie piękne. Ten tłum na dole, który krzyczał właśnie “A kysz!” i powtarzał to setki razy w ostatnich aktach - to było magiczne.

JBu: Mówisz, że czułaś, że byliście tam razem. To jest coś, co mnie najbardziej interesuje. Ta wspólnotowość, to że sztuka łączy. A czułaś jakąś swoją sprawczość i moc, kiedy tam byłaś? Że to jest jakiś inny wymiar protestowania?

JBa: Wydaje mi się, że angażowanie się w sytuację dziejącą się w Polsce jest dla mnie tak naturalne, że nie przyjmuję do wiadomości, że mogłabym zrobić coś inaczej. Spora część mojej pracy dzieje się też na social mediach, gdzie nie mam jakiejś wielkiej oglądalności, ale muszę czasem na przykład publikować rzeczy zgodnie z pracami czy deadline’ami. Wszystko to stało się totalnie nieważne, wszystko odsunęłam. Powiedziałam sobie: „Teraz jedyne o czym chcę mówić, to sytuacja w Polsce”. Jeżeli ktoś, nawet jedna osoba się o tym dowie za granicą, jeżeli ktoś w Polsce się dowie, że może pójść na protest, to już jest wielka sprawczość. A dodatkowo to niesamowite medium jakim jest teatr, tak bardzo to łączy ludzi. Myślę, że fakt, że wystawiono „Dziady” jest wyjątkowy. Każdy z nas zna treść „Dziadów”, które są wpajane od samego początku, jakichś jeszcze gimnazjalnych czy podstawówkowych pierwszych spotkań ze sztuką, z teatrem. Czytamy je wspólnie, znamy wszyscy.

JBu: To było twoje pierwsze doświadczenie teatralne?

JBa: Nie mieszkałam od kilku lat w Polsce i bywałam tutaj może na święta i na wakacje w ciągu ostatnich sześciu lat, więc jeżeli mówię o doświadczeniach teatralnych tutaj to tak, to było jedno z moich pierwszych. Przez ostatnie kilka lat chodziłam na kursy aktorskie do studia Susan Batson w Nowym Jorku, ona jest nauczycielką Nicole Kidman. W Stanach bardziej popularne są właśnie takie kursy, nie jak u nas szkoła dramatyczna, tylko bardziej forma różnych sposobów na rozwój własnego warsztatu.

JBu: A co poza warsztatem dały ci te zajęcia? Taka wrażliwość, czy to ci pomaga na przykład w pracy lub w codzienności?

JBa: Tak, oczywiście, że tak. Ja akurat uczyłam się techniką zaglądania emocjonalnie w siebie i szukania emocji w sobie. Nawet jeżeli nie przeżyliśmy konkretnego wydarzenia, nie dotyczy nas to bezpośrednio, to możemy znaleźć w sobie, ze swoich jakichś historii, emocję, która jest na tyle podobna, że możemy odtworzyć tę prawdziwą emocję w sobie. Jest to dosyć wyczerpujące emocjonalnie. Mam tam po prostu terapię na zajęciach. [śmiech]. Na pewno dała mi taki spokój, ale też w mojej pracy, która jest… nie chcę mówić, że modeling jest aktorstwem bez mowy, bo oczywiście jest to dużo bardziej skomplikowane. Aktorstwo jest naprawdę magiczne i zajmuje całą głowę, całe ciało i zupełnie inaczej działa niż w mojej pracy, kiedy bardzo dużo zależy od tego co mam na sobie, a nie to, co ja oddaje od siebie. Jednak w jakiś sposób to są elementy pokrewne. Praca ze swoim ciałem, niekoniecznie z tekstem, ale praca z czymś, co ktoś daje, jakiś gotowy pomysł na to, co ja mam zrobić ze sobą. I na pewno ta szkoła pomogła mi jakoś zrozumieć, że nie wszystko to, co ja robię, dotyczy bezpośrednio mnie. To czasem po prostu jest czyjaś wizja, kim ja powinnam być danego dnia, w danej formie: w filmie lub na zdjęciach.

JBu: A odwracając teraz trochę role - jako widzka właśnie, czym jest dla ciebie takie doświadczenie teatralne?

JBa: Ja potrafię się całkowicie wyłączyć później na cały dzień. Siedzieć dalej z głową w tej sali teatralnej, tak jakbym z niej nie wyszła. Czasami to trwa kilka dni, taka obsesja nad jedną piosenką, cały czas zastanawianiem się, czy aby na pewno wszystko dobrze zrozumiałam, a oglądam niektóre spektakle po kilka razy, bo po prostu lubię skupiać się na innych detalach albo zauważyć jakieś zmiany. Bardzo lubię też chodzić na Broadway, zawsze uwielbiałam musicale. Tam jest tyle elementów zmieniających się, że na przykład na “Kinky Boots” byłam już sześć razy w ciągu trzech lat. Za każdym razem, kiedy do Stanów przyjeżdżał ktoś z moich przyjaciół, zabierałam go od razu na “Kinky Boots” i za każdym razem widzę coś nowego. Spektakl kontynuuje życie ze mną poza teatrem. Wyjście do teatru kojarzy mi się też z tym, że mogę się dobrze ze sobą poczuć. To jest wydarzenie, zupełnie inne emocje, kiedy doświadczamy czegoś będąc tego elementem, a inaczej będąc widzem i oglądając to ze swojego telefonu czy laptopa. Oglądanie teatru w telefonie, to jest tak jak rozmawianie na facetime z mamą czy z dziadkiem. To nigdy nie będzie tym samym, jak kiedy byśmy się spotkali i porządnie przytulili za te wszystkie niewidziane ze sobą miesiące.

***

W ramach cyklu "Młodzi kontra dramat vol. 2" zrealizowanego przy współpracy STUDIO teatrgalerii i portalu dwutygodnik.com, powstała publikacja "WRAŻLIWOŚĆ2020" dostępna poniżej.

Pliki do pobrania

Źródło:

Materiał nadesłany

Tematy w toku