Logo
Recenzje

Jak rozmawiać o spektaklach, których się nie oglądało?

7.10.2026, 12:12 Wersja do druku

„Nonfiction” według Julie Myerson w reż. Gosi Wdowik w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. Pisze Maciej Stroiński.

fot. HaWa

Proszę się nie martwić. Proponuję dzisiaj krytykę zewnętrzną, niezgodę u podstaw, zjebkę za sam pomysł, nie za wykonanie. Reżyserko, aktorsko i ideologicznie wszystko jest w porządku. Spektakl się udał, tylko widz zdechł z nudów. Lecz zacznijmy jeszcze wcześniej, od przedprzedstawienia albo prerecepcji.

Odkąd Drewniak milczy, nikt już nie wytyka kolegom krytykom nierzetelności w rzemiośle. Teraz wszystko przejdzie, wbrew hasłu Boskiej Komedii. Samo się nie wytknie, więc ja się podejmę być sumieniem branży. Jakie czasy, takie sumienie.

October issue polskiego wydania „Vogue’a” ukazał się dwudziestego czwartego września bieżącego roku, zaś z rozpiski redakcyjnej wynika, że deadline na przysył tekstów ustalono na dziesiątego tamtego miesiąca. Napisali jednak o nowej premierze Wdowik, która się odbyła grubo po zamknięciu numeru. „Vogue” daje na zapowiedzi, a Centkowski wróży z fusów, wierząc artystom na kredyt. A co, gdyby z takiego czy innego powodu do premiery nie doszło? Na kredowym papierze świeciłoby czyste symulakrum: mapa bez terytorium, reca bez wykonu. Mnie raz się zdarzyło wyrazić się o spektaklu, który bardzo szybko zszedł, bo chyba po dwóch pokazach (Czekając na Godota Borczucha w Jaraczu), więc gdy tekst się ukazywał, nie było już o czym mówić, recenzja recenzowała lej po przedstawieniu, ale jednak po, nie przed. Veni, VIDI. Mało się pisze o teatrze w Polsce, a przynajmniej dawniej pisało się więcej, więc trzeba na zaś, na zapas. Michał, już wyrażałeś opinię na podstawie plakatu. Znów jesteś u pani. Skoro tak się robi, to może ja zrecenzuję własnego Tytusa? Byłoby rzetelniej, bo go obejrzałem.

To nie jest przypierdalactwo jednej ciotki wobec drugiej, tylko zauważenie dość istotnej kwestii. Jak to świadczy o teatrze, że nie trzeba go oglądać, by mieć o nim zdanie? Czy nasi artyści są aż tak przewidywalni i tak powtarzalni, że starczy samo nazwisko, żeby wszystko było jasne? Czy w ogóle teatr to jest durnostojka jak książki w kawiarniach, których się nie ocenia nawet po okładce, a tylko po grzbiecie?

Jak rozmawiać o spektaklach, których się nie oglądało? Uczmy się na książkach. Stary dobry sposób zwany laniem wody, w czym celują pijarówy, nigdy nie wyjdzie z użytku. Można też halucynować jak wczesny ChatGPT. Jeśliby układać nowy słownik komunałów à la Gustave Flaubert, na pierwszy, koronny przykład nadałoby się to zdanie: „Wdowik w swoim spektaklu nie daje jasnych odpowiedzi”.

Przejdźmy do konkretów. Najgorsze w tym wszystkim, że CENTEK MA RACJĘ, której obiektywnie mieć nie może z wyżej podanych powodów. Jego pustosłowie jakimś cudem trafia w sedno, oddaje istotę dzieła. Jakby twórcy kreowali pod znaną z góry opinię.

Ale są też przejaśnienia. Najciekawsza wydała mi się rozmowa autorki i redaktorki, ukazująca w praktyce, na czym polega tak zwana redakcja strukturalna tekstu, czyli ingerencja po całości, od podstaw. Druga boska scena: wywiad telewizyjny, gdy Małgorzata Zawadzka świetnie gra, że nie gra. Jednak epizodu łkania z posmarkaniem nikt jej nie wybaczy. Zbigniew W. Kaleta gra niedomówieniem i niedoekspresją, co – jak wiadomo – cudnie mu wychodzi, lecz powoli się staje aktorem charakterystycznym od wycofanych tatuśków. Mdła ta nietoksyczna męskość.

Nonfiction w Starym Teatrze ma w sobie dużo „powietrza”. Choć scena jest Kameralna, nie brakuje tam przestrzeni, klimatu i pauzy. Spektakl wypada klarownie i frontem do widza. Forma jest tu tylko formą, czyli tym, czym być powinna: podajnikiem treści. A znudziło mnie dlatego, że nie lubię słuchać o cudzym cierpieniu.

Czy słyszeli Państwo kiedyś o „powieściach kobietkowych”? Konkretne przykłady znacie bardziej niż na pewno, taką choćby Kalicińską albo Norę Roberts, czyli lepsze harlequiny. „Kobietkowość” to pojęcie z branży wydawniczej, bo tak mówią redaktorzy, nawet jeśli niepublicznie. „Najpierw czytałem harlequina którejś z nich… Więc bohaterka siedzi po sezonie na tarasie, w wielkim kapeluszu, i patrzy na jesienne liście, ale oczywiście od razu poznaje lekarza (bo to jest seria «Medic») i zaraz zaczynają się pieprzyć (bo to także seria «Hot»), wszystko dobrze się kończy, bo on ma hodowlę psów, jest oczywiście bogaty itd.”. Nonfiction Julie Myerson jest powieścią kobietkową w serii „Weltschmerz”. Nikt tu się nie pieprzy, lecz wszystko się pieprzy i wszystko kończy się źle. Córka ćpa, więc samo żyćko.

Myślę, że nurt „żyćka” w polskim żyćku teatralnym odżył przy Sekretnym życiu Friedmanów i Cząstkach kobiety. Cząstki i Friedmanowie były arcydziełami, haustami świeżego powietrza w tamtych przemądrzałych czasach, prawdziwymi przeżyciami, wreszcie czymś realnym, przepięknym, dotkliwym – i, jak wszelkie sukcesy, zachęcały do naśladownictwa. Znowu odkryto rodzinę i już jakoś poszło o niezabijaniu ojca, scenach z życia małżeńskiego, zamykaniu oczu. Już nie polityka, lecz codzienność jest „na fali” jak u Jacka Sieradzkiego. Życie na łonie okazało się remedium na te ideologiczne produkcyjniaki ostatnich lat. Zgadzam się z „Teatrem”, że najbardziej wpływową personą scen polskich jest obecnie Katarzyna Minkowska, uczennica Wierzchowskiego.

Po teatrze politycznym nastał u nas teatr rodzin, teatr familijny, teatr trudnych dzieciństw. Znów wszyscy mają najgorzej, ale na innej płaszczyźnie: nie opresji systemowej, tylko… opresji domowej. Tyle się zmieniło.

Tylko nikt nie powiedział, że jak temat jest kuchenny, to taki ma być też klimat. Por. Storytelling Todda Solondza, film w dwóch aktach, które nazywają się, nomen omen, Fiction i Nonfiction. Tam dramy rodzinne nie skręcają w stronę estetyki Telewizji Polskiej, tylko raczej HBO z czasów Six Feet Under. Film jest w dobrym sensie chory.

No i wykrakałem. Nadpodaż Zawadzkiej. A było to tak: uważałem i uważam, że jest to najzdolniejsza aktorka w zespole Starego. Tutaj nic się nie zmieniło, jednak z winy Percevala teraz już wszyscy to wiedzą, więc jej żyć nie dają i artystka nie ma życia. Work–life balance mocno jej zachwiano: work stała się life’em. ZA DUŻO TEGO DOBREGO. Kiedyś mierzyliśmy się z nadobecnością Globiego na dechach, już naprawdę go nie mogłem. Proponuję dohajpować Alicję z domu Wojnowską, przezdolną aktorkę (Dudziarz, pamiętamy), która zmieniła nazwisko i zasługuje na nowy start w zawodzie.

Stary dalej niedomaga pod względem interpunkcyjnym. Nadal mu brakuje doradztwa literackiego albo choćby redaktora. W Zamknij się Nel ziała szczerba po przecinku, tutaj brakuje łącznika. „Nonfiction” tak, ale po angielsku. Autorka tak zapisała tytuł swojego utworu, bo nie pisała po polsku. Słownik PWN-u dopuszcza dwa warianty pisowni, ale, jak na złość, akurat nie takie.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także