Festiwal Teatru na Faktach, organizowany przez Instytut im. Grotowskiego we Wrocławiu. Pisze Marta Mizuro w „Odrze”.
Festiwal Teatru na Faktach, odbywający się w połowie czerwca i organizowany przez Instytut im. Jerzego Grotowskiego, jest najważniejszą częścią przedsięwzięcia, które trwa cały rok. Obejmuje ono warsztaty teatralne, prezentację czytań performatywnych i właśnie przegląd gotowych już spektakli.
Nie wszystkie przedstawienia pokazywane na scenie Centrum Sztuk Performatywnych są efektem mającego miejsce we Wrocławiu kilkustopniowego procesu przygotowawczego, ale podłożem wszystkich są autentyczne historie. To właśnie do tej podstawy odnosi się tyleż enigmatyczny, co pojemny tytuł piątej edycji - „Poziom zero".
Festiwal otworzył zwycięzca ubiegłorocznych czytań - Tomasz Borczyk, dowodząc niestety, że nie w każdej historii tkwi potencjał na spektakl o wymiarze epickim. W surowej wersji rzecz była krótka i prosta: oto młody aktor musi zrobić porządek z siedmioma pudełkami, w których trzyma przeróżne pamiątki. Rozpakowywaniu pudełek towarzyszą opowieści niekoniecznie związane z ich zawartością. Ot, takie wspólne robienie porządków ze starym rozdziałem życia i przechodzenie do nowego. Które może miałoby swój urok, gdyby trwało godzinę lub zapisane w programie półtorej godziny, a nie dwa razy dłużej. Uczciwie przyznaję, że właściwie nie wiem ile, bo po trzech się ewakuowałam, choć spektakl „7 pudełek” wcale nie zmierzał do brzegu. Inni widzowie mieli jeszcze mniej cierpliwości. Może chodziło o udowodnienie, że do sentymentów nie można stosować wymiarów fizykalnych, a może o nagrodzenie najbardziej wytrwałego widza jednym pudełkiem, z którym performer miał z założenia się rozstać?
Choć na tym festiwalu z zasady trzeba uzbroić się w cierpliwość, bo opóźnienia zdarzają się co chwilę (a to artysta nagle nie dojedzie, a to scenografia nie chce się zdemontować, a to część publiczności musi się doczołgać z innej lokalizacji), to na większości spektakli, które obejrzałam w tym roku, czas zupełnie mi się nie dłużył. Przeciwnie - z bohaterkami dwóch przedstawień pokazanych 12 czerwca mogłabym przesiedzieć i całą noc. Nie dość mi było zwłaszcza „Royberek”, reżyserowanych przez Lenę Witkowską, laureatkę Grand Prix Przeglądu Piosenki Aktorskiej w 2022 roku. W spektaklu przywiezionym przez Teatr Ósmego Dnia wszystko się zgadzało: połączenie fantastycznego koncertu w wykonaniu pięciu performerek, wokalistek i instrumentalistek jednocześnie oraz emitowanych pomiędzy ich protest songami wyznaniami kobiet, o których prawa się dopominają: pracowniczek Amazona i żłobków, sekretarek medycznych, opiekunek seniorów i aktywistek walczących z czyścicielami kamienic. Na jeden raz wystarczyły mi te dramatyczne opowieści, a także energia świetnych wykonawczyń, która udzielała się publiczności i oddawała klimat wszelkich kobiecych protestów. Ale chętnie obejrzałabym i drugi raz, by podelektować się poszczególnymi wokalami i perfekcjonizmem wykonania, no i wsłuchać się lepiej w słowa utworów, właściwie evergreenów, których teksty dopasowano do tego, o czym mówią protestujące i aktywistki.
Inny rodzaj energii, a mianowicie energia seksualna, bije od bohaterek spektaklu „Inwazja” w reżyserii Aliny Kostiukovej na podstawie tekstu Aliny Sarnackiej. To rozpisana na pięć głosów opowieść o ukraińskich seksworkerkach, które tak jak umieją, wspierają swoją ojczyznę w czasie wojny. Rzecz zadziorna, odważna i w inteligentny sposób łamiąca stereotypy. Tak jak kolejny spektakl, który przeszedł kilka etapów twórczych, czyli „Szpieg z krainy Głuchych”, połączenie monologu w formie rapu z monologami oddanymi w języku migowym i za pomocą gestu. Dzieło Edyty Kozub, Marka Śmietany (właśnie jego historia stanowiła główną inspirację) i Lukasa Wojcickiego jest ledwie krótką wizytą w świecie, którego słyszący nie zrozumieją, jeśli w celu zrozumienia będą się chcieli posługiwać jedynie językiem fonicznym.
I wreszcie opowieść o osobie, dla której język był niezwykle ważny, Urszuli Kozioł. Spektakl „Czarna skrzynka” w reżyserii Ady Tabisz, w wykonaniu Krystyny Krotoskiej, oparty jest na nagraniach zarejestrowanych przez aktorkę w ostatnich miesiącach życia sędziwej poetki, w czasie gdy język rozstawał się z pamięcią. Ani ten okres, ani proces mentalnego odejścia ze świata nie był dla mnie niespodzianką, więc bardziej wzruszyłam się, słysząc głos wieloletniej koleżanki z redakcji już z zaświatów. Niemniej zastanawiałam się też, czy takie uwznioślenie procesu odchodzenia nie jest zbyt jednowymiarowe. Inna sprawa, że sztuki oparte na faktach zwykle pozostawiają mnie z jakimś uczuciem niedosytu i inspirują do tego, by na własną rękę zgłębić tematy, które zostały zasygnalizowane. Nie wyłącznie dlatego, ale przede wszystkim dlatego lubię ten festiwal.