„Come From Away” Irene Sankoff i Davida Heina w reż. Antoniusza Dietziusa w Scenie Relax w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski.
Nie każda historia potrzebuje teatralnego dopowiadania, by wybrzmieć mocno. W przypadku „Come From Away”, musicalu Irene Sankoff i Davida Heina, siła opowieści tkwi przede wszystkim w jej prawdziwości. W warszawskiej Scenie Relax, gdzie spektakl miał swój przedpremierowy pokaz, największą wartością okazuje się nie widowiskowość, lecz wspólnota: bohaterów, wykonawców i – w pewnym sensie – publiczności.
Punktem wyjścia jest wydarzenie z 11 września 2001 roku. Po zamknięciu amerykańskiej przestrzeni powietrznej 38 samolotów skierowano do niewielkiego kanadyjskiego Gander. Około 7000 pasażerów i członków załogi znalazło się nagle w miejscu, którego wcześniej nie znali. Mieszkańcy miasteczka musieli w ciągu kilku godzin zorganizować dla nich jedzenie, noclegi i podstawową opiekę. Z sytuacji kryzysowej narodziła się niezwykła opowieść o solidarności, gościnności i tym, że w chwili próby człowiek potrafi przekroczyć bardzo wiele granic.
Twórcy musicalu znaleźli dla tej historii formę, która znakomicie odpowiada jej przesłaniu. To przedstawienie przede wszystkim zespołowe. Poszczególni aktorzy wcielają się w kilka postaci, niekiedy zmieniając bohatera niemal na oczach widza. Nie ma tu miejsca na gwiazdorskie popisy oderwane od reszty zespołu. Przeciwnie – każdy element podporządkowany jest idei wspólnoty. Aktorzy tworzą właściwie jeden organizm, który raz staje się mieszkańcami Gander, raz pasażerami samolotów, a za chwilę kierowcami autobusów, pracownikami lotniska czy członkami lokalnej społeczności.
Szczególnie interesujące jest obserwowanie, jak z niewielkich środków scenicznych powstają kolejne miejsca i sytuacje. Kilka gestów, rekwizytów czy prostych zmian w sposobie poruszania się wystarcza, by przestrzeń sceny przeobrażała się w lotnisko, autobus czy lokalną restaurację. Reżyser Antoniusz Dietzius nie próbuje konkurować z historią efektami specjalnymi. Przeciwnie – upraszcza język sceniczny, dzięki czemu uwaga skupia się na aktorach i ich zdolności do tworzenia kolejnych światów za pomocą najprostszych środków.
Najlepszym przykładem tej strategii są krzesła. To właściwie jedyny stały element scenografii, który w kolejnych konfiguracjach staje się samolotem, wnętrzem autobusu, przestrzenią publiczną czy miejscem spotkania. Ten prosty zabieg ma jednak znaczenie wykraczające poza praktyczną funkcję. Dobrze współgra z ideą spektaklu: z pozornie zwyczajnych rzeczy, dzięki współdziałaniu ludzi, można zbudować cały świat.
Podobną funkcję pełni choreografia Santiago Bello. Nie próbuje przesłaniać opowieści ani zamieniać każdego numeru w popis taneczny. Jest prosta, precyzyjna i podporządkowana rytmowi zbiorowych scen. W „Come From Away” ruch często staje się sposobem organizowania wspólnoty – aktorzy zmieniają swoje pozycje, przechodzą między kolejnymi układami, tworzą nowe konfiguracje, a dynamika grupy buduje rytm spektaklu.
Muzyka ma w tym przedstawieniu wyjątkową funkcję. Jest żywa, rytmiczna, mocno zakorzeniona w folkowej i celtyckiej tradycji Nowej Fundlandii, a zarazem teatralnie bardzo komunikatywna. Zespół muzyczny pod kierunkiem Mateusza Dębskiego nie pozostaje jedynie akompaniatorem. Jego brzmienie współtworzy atmosferę Gander – miejsca odległego geograficznie, ale przedstawionego jako przestrzeń niezwykle konkretna, pełna lokalnego kolorytu.
„Come From Away” nie zaczyna się jednak z pełną mocą. Pierwsza część spektaklu potrzebuje nieco czasu, by nabrać właściwego tempa. Przy takiej liczbie bohaterów i szybkich zmianach sytuacji widz musi najpierw odnaleźć się w teatralnym świecie. Dopiero później poszczególne historie zaczynają się łączyć, a emocjonalna stawka rośnie. Druga część wyraźnie zyskuje na sile. Pojawia się więcej wzruszenia, ale również większa dramaturgiczna klarowność. To wtedy najlepiej widać, po co ta historia została opowiedziana właśnie w takiej formie.
Jednym z najmocniejszych momentów jest „Me and the Sky” w wykonaniu Basi Melzer. Jej bohaterka, Beverly, opowiada o swojej zawodowej drodze w świecie lotnictwa, który przez lata pozostawał zdominowany przez mężczyzn. Melzer nie gra tej sceny na efekt. Buduje ją spokojnie, z dużą klasą i sceniczną pewnością. Jej wykonanie ma siłę właśnie dlatego, że nie jest przesadnie sentymentalne. Wokalna precyzja spotyka się tu z aktorską prawdą, a osobista historia Beverly nabiera szerszego znaczenia. To jeden z tych numerów, po których przedstawienie zostaje w pamięci już nie tylko jako zbiorowa opowieść, ale również jako spotkanie z konkretnym człowiekiem.
W „Come From Away” jest zresztą miejsce na wiele takich spotkań. Historie pasażerów i mieszkańców Gander nie układają się w jedną patetyczną przypowieść o dobroci. Są wśród nich strach, nieufność, uprzedzenia, samotność i żałoba. Dzięki temu przesłanie spektaklu nie brzmi naiwnie. Dobroć nie jest tutaj stanem permanentnym ani łatwym odruchem. Rodzi się w konkretnych sytuacjach, czasem mimo różnic, lęku czy nieporozumień.
To właśnie wydaje mi się najcenniejsze w warszawskim „Come From Away”. Musical nie próbuje udowodnić, że świat jest dobry. Pokazuje raczej, że ludzie mogą zachować się przyzwoicie nawet wtedy, gdy wokół nich rozpada się poczucie bezpieczeństwa i wspólnoty. W czasach, w których łatwo mówić o podziałach, obcości i nieufności, ta opowieść brzmi wyjątkowo aktualnie.
Nie jest to przy tym spektakl przytłaczający. Humor jest jego ważnym składnikiem, a rytm przedstawienia pozwala emocjom przeplatać się z energią i lekkością. Dzięki temu finał nie zamyka opowieści w tonie żałoby. Przeciwnie, przypomina, że w pamięci człowieka po kryzysie mogą zapisać się nie tylko obrazy tragedii, ale także doświadczenia pomocy, bliskości i zwyczajnej ludzkiej życzliwości.
Warto też docenić konsekwencję inscenizacyjną. Minimalistyczna scenografia, zbiorowe aktorstwo i oszczędna choreografia tworzą język prosty, ale nie ubogi. Wręcz przeciwnie – im mniej teatralnych podpórek, tym więcej odpowiedzialności spada na aktorów. I właśnie oni niosą ten spektakl.
„Come From Away” w Scenie Relax nie jest musicalem, który chce olśnić za wszelką cenę. Jego ambicja jest inna: opowiedzieć prawdziwą historię w taki sposób, aby po wyjściu z teatru nadal myśleć o jej bohaterach. Po nieco spokojniejszym początku przedstawienie coraz mocniej angażuje, a druga część przynosi emocjonalną nagrodę za cierpliwość.
To spektakl o ludziach, ale jego bohaterem jest właściwie wspólnota. I może właśnie dlatego najlepiej ogląda się go jako doświadczenie zespołowe. „Come From Away” przypomina, że czasem największym teatralnym efektem nie jest spektakularna dekoracja ani technologiczny trik, lecz zespół aktorów, który wspólnymi siłami potrafi zbudować świat, w który widz chce uwierzyć.