„Afterplay” Briana Friela w reż. Bogdana Michalika w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.
„Irlandzki Czechow”, jak określają Briana Friela na rodzimej Zielonej Wyspie, zasłynął z udanych adaptacji twórczości rosyjskiego klasyka. W autorskiej sztuce „Afterplay”, której premierą rozpoczął właśnie sezon Teatr Współczesny w Warszawie, Friel poszedł nieco dalej, snując wymyśloną historię „po latach” w oparciu o czechowowskich bohaterów. Bogdan Michalik podjął się reżyserii tego tekstu już po raz trzeci – ponad dziesięć lat temu wystawił go w Białostockim Teatrze Lalek, a potem realizował w Teatrze Polskiego Radia. Zapowiedź tekstu Friela, bądź co bądź uznanego dramaturga i profesora literatury, opisującego wyimaginowane spotkanie Soni z „Wujaszka Wani” z Andriejem z „Trzech sióstr” sprowadziła mnie na intelektualne manowce. Rzuciłem się bowiem do wertowania i przypominania tekstu oryginałów, by nie uronić ni jednej aluzji i ni jednego szczegółu, a tymczasem… nie tędy droga. Bo choć pełniej odbiera się spektakl ze znajomością pierwowzorów, to w „Afterplay” są one jedynie twórczym pretekstem, by opowiedzieć o gorzkiej samotności, nieustającym ludzkim pragnieniu szczęścia i potrzebie oglądania go w odbiciach własnych projekcji. Szczęścia wizualizowanego w marzeniach, opartego na ułudach, idealizowanego wbrew rzeczywistości, istniejącego tylko w wypowiadanych słowach i wyobraźni.
Sonia i Andriej drugi dzień z rzędu spotykają się przypadkowo w podrzędnej moskiewskiej knajpce. Dwoje życiowych rozbitków przyciągniętych do siebie magnesem niespełnienia popija herbatę ze szklanek w koszyczkach i roztacza dokoła wizje szczęśliwości. Początkowy dystans skraca zwłaszcza Andriej, którego powierzchowna elegancja kłóci się z prowincjonalnym zachowaniem. Jego pełne blasku opowieści o próbach do „La Bohème” wzbudzają zainteresowanie Sonii i stają się początkiem rozmowy o ich dotychczasowym życiu. Głównie tym wyśnionym, wymarzonym, eksponowanym w witrynie półprawd i… całkowicie nierealnym. Spoza konfabulacji prześwieca czasem wypowiedziana przez nieuwagę szara rzeczywistość prowadząca do pokrywanego śmiechem i kolejnymi wymysłami zakłopotania. Bo, szczerze mówiąc, obojgu nie poukładało się tak, jak sobie to wyobrażali. Oboje kryją swe zgorzknienie i dojmującą samotność za projekcjami idealnego życia, którego nigdy nie doświadczyli i już nie doświadczą. I choć doskonale wiedzą, że zerwanie z przeszłością ulżyłoby ich duszom, to nie potrafią tego zrobić. Zwłaszcza Sonia wybiera przytłaczające wspomnieniami trwanie w stanie permanentnego oczekiwania na to, co nie nastąpi. Całun zapisanych w pamięci młodzieńczych porywów serca skrywa swą ułudą tu i teraz. Andriej chowa się głównie za drobnymi kłamstewkami, które, poskładane w całość, tworzą wielki mur zalęknionego fałszu. Opadające maski ukazują dwoje połamanych, smutnych ludzi, sentymentalnie zanurzonych w wyidealizowanej przeszłości i głęboko wierzących, że może ona jeszcze powrócić. Konfrontacja z rzeczywistością jest nader bolesna. To Friel, to Czechow, happy endu nie będzie.
„Afterplay” to wybitnie aktorski spektakl, pozbawiony fajerwerków czy wizualnych ozdobników. Wymagający skupienia zarówno u widza, jak i obsady. Monika Krzywkowska i Mariusz Jakus od początku do końca utrzymują koncentrację i uwagę na swego partnera. Nie odpuszczają, bo każda chwila rozkojarzenia nie pozwoliłaby już wrócić do sceny. A to jest właściwie jedna – pokryty serwetą stół, dwa krzesła i dwoje rozmawiających przy nim ludzi. Bogdan Michalik postawił na prostotę i skromność, w czym przyszła mu w sukurs minimalistyczna scenografia Julii Skuratovej bawiąca się czechowowskimi nawiązaniami w tle. Wszystko wydarza się w tekście, gdzieś pomiędzy wypowiadanymi słowami, w wymienianych spojrzeniach i ukrywanym zakłopotaniu. Zamaszysty w gestach Mariusz Jakus, rozgrywający komediowo swe eleganckie nieokrzesanie, brawurowo wykorzystuje skromne instrumentarium rekwizytów. Jego Andriej to człowiek z krwi i kości, nieporadny w kontaktach, ale nadrabiający gładką mową i zdecydowanym tonem salonowego bywalca. Gdy wkrada się weń nerwowość, którą stara się ukryć za nagłym ożywieniem, zdradza prawdziwe wnętrze. Odsłaniany stopniowo bolesny obraz smutnego, samotnego i złamanego przez życie mężczyzny, który płaczliwie żebrze o bliskość, tonąc w wydumanych historiach na swój temat. Jakby tylko w nich widział jeszcze sens istnienia. Sonia Moniki Krzywkowskiej znacznie dłużej trzyma fason i gardę ukrywanej prawdy. Maskuje prawdziwe uczucia, które tlą się jednak podskórnie w spuszczonym wzroku, nagłej pauzie czy fałszywym uśmiechu. A wychodzą na jaw wraz z butelką charkowskiej wódki, ponoć najlepszej w kraju. „Entuzjazmująco” słuchająca wywodów interlokutora, pozostaje stale uważna, gotowa złapać za słowo i przeniknąć mężczyznę na wylot. Rozczarowana dotychczasowymi relacjami, skrupulatnie bada grunt, szukając słabych punktów, wyczulona na fałszywe nuty, ma w sobie jakąś wewnętrzną siłę, która nie pozwoli jej złamać. Czy jej Sonia jest w stanie jeszcze komuś zaufać? I czy w ogóle tego potrzebuje? Bo wygląda na to, że pogodziła się już z życiowym niespełnieniem i zatrzaśnięta w pętli współuzależnienia, „szarpiąc się w pętli miłości”, pragnie jedynie zachować namiastki dawnego uczucia, nie prosząc o nic więcej.
Bogdan Michalik wystawił we Współczesnym sztukę niedzisiejszą. Skromną, skupioną na słowie i aktorskiej wirtuozerii. Na potrzaskanych marzeniach, drobnych fikcjach i nieustannej potrzebie korygowania rzeczywistości, byle zachować obraz swego wyidealizowanego życia w oczach innych. A może w swoich własnych? Przed bohaterami „Afterplay” rozciąga się przerażająca „tundra samotności i pustki”, którą przykrywają dla ukojenia bólu kłamstwami, półprawdami i reinterpretacją zdarzeń. W pogoni za mirażem szczęścia okopują się w swoich wyobrażeniach i nie potrafią zdobyć się na nowy początek. Ale czy można wymazać dotychczasowe doświadczenia i zacząć z czystą kartą? Brzmi melancholijnie, a przecież spektakl obfituje też w sporą dozę humoru, a Monice Krzywkowskiej i Mariuszowi Jakusowi zawdzięcza delikatną czułość oraz wiarygodność relacji. „Afterplay” nie kusi scenicznymi fajerwerkami, skupia uwagę wewnętrznym pięknem przygodnego spotkania, wytrawną grą pozorów i wsłuchaniem się w ludzkie pragnienia. Nawet jeśli przebrzmiałe, przysłonięte cieniem przeszłości, to wciąż dające złudną nadzieję na lepsze jutro.