Logo
Recenzje

Droga po marzenia

14.09.2026, 13:00 Wersja do druku

„Wszyscy mówią o Jamiem” Toma MacRae’a w reż. Agnieszki Płoszajskiej w Teatrze Syrena w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.

fot. mat. teatru

Poprzedni sezon kończyłem musicalem „Mała Miss” w reżyserii Agnieszki Płoszajskiej w Toruniu, kolejny zaś rozpoczynam jej muzycznym spektaklem w Warszawie. Tempo prac iście zawrotne. Teatr Syrena po sukcesie „Heathers” postanowił wystawić kolejny, tym razem silniej zaangażowany musical licealny i zaprosić do jego realizacji tę samą parę twórców, bo Płoszajskiej nie odstępuje na krok choreograf Michał Cyran. Wspólnie zapakowali oni do walizek część toruńskiej obsady i stawili się przy Litewskiej. Skoro dokoła i tak „Wszyscy mówią o Jamiem”, to tytuł można właściwie pominąć, ale warto dodać, że historia opowiedziana na scenie ma swój pierwowzór w autentycznych losach Jamiego Campbella z brytyjskiego Sheffield, który w 2011 roku stał się bohaterem dokumentu BBC, by sześć lat później za sprawą Toma MacRae i Dana Gillespie Sellsa trafić na West End.

[mode dygresja on] Przy okazji muszę stanąć w obronie słabszego i nie mogącego się bronić z racji braku aparatu mowy Sheffield, które we wszystkich materiałach promocyjnych nazywane jest „prowincjonalnym miastem”. Sheffield, w zależności od metodologii pomiaru, jest czwartym, bądź szóstym największym miastem Anglii, delikatnie większym od Poznania i o ponad sto tysięcy mieszkańców większym od Gdańska. Spróbujcie na Wybrzeżu, albo w Wielkopolsce wspomnieć o prowincji… [mode dygresja off]

„Wszyscy mówią o Jamiem” opowiada o 16-letnim chłopcu, który na bal kończący liceum ma ochotę przyjść w sukience. Właściwie to marzy o scenicznej karierze drag queen, a pomysł z sukienką zostaje mu wtłoczony do głowy przez najbliższą przyjaciółkę i po trosze mamę, które pragną, by przestał obawiać się otoczenia i zaczął wyrażać swoje prawdziwe ja. Odważna rada, zwłaszcza że same nieszczególnie potrafią wyjść poza własne ograniczenia kulturowe czy społeczne. Jamie, choć nieheteronormatywny, ma jednak nieliche jaja i z pomocą przychylnych mu bliskich stawia wszystko na jedną kartę. Tylko co na to rówieśnicy i szkoła? Ha, mogłaby to być typowa rozrywkowa historyjka o nieszczęśliwym Kopciuszku, który rozkwita jak motyl, rzuca świat do stóp i spełnia marzenia. No dobrze, trochę taka jest. Ale nie tylko, bowiem obok musicalowych songów i popowej muzyki zawarto tu sporo dramatycznych scen, które wymagały zbudowania autentycznych, pełnokrwistych postaci. Agnieszka Płoszajska uwypukla tę drugą nutę, bardzo głęboko sięgając do relacji rozbitej po odejściu ojca rodziny Jamiego. Akcentuje zwłaszcza matczyną miłość, która nie zważając na konsekwencje, ochrania syna kokonem bezpieczeństwa, akceptacji i zrozumienia. Lecz zdarza się jej także popełniać błędy, gdy utrzymuje chłopca w ułudzie ojcowskiej troski, usilnie starając się naprawić nienaprawialne więzi. Wiara w tym wypadku cudów nie uczyni. Odrzucenie, z jakim spotyka się Jamie, znajduje tu więc wymiar nie tylko społeczny, ale i osobisty, a dusza młodego człowieka pozbawiona bezwarunkowej rodzicielskiej miłości szarpie się i miota, uderzając czasem nie tych, którzy na to zasłużyli. Pamiętajmy jednak, że to musical, więc historia z przewidywanym happy endem, aby każdy kto kiedykolwiek czuł się odrzucony, mógł się utożsamić z tytułowym bohaterem i zwyczajnie poczuć lepiej.

Zatrzymajmy się na chwilę przy przekładzie Jacka Mikołajczyka, który tłumacząc licealny musical pełnymi garściami sięgnął do języka współczesnej młodzieży, wyszukanych neologizmów (cudowne „niesamowitajcie!”), szukając też odniesień w popkulturze (piękne mruganie okiem do „Twoja twarz brzmi znajomo” czy Kim Kardashian) i oczywiście nie odbiegając zanadto od oryginału. Mając na podorędziu młodych wykonawców, popuścił cugli i zaczerpnął z ich codzienności, czym zmusił mnie do poszukiwań znaczenia słów w rodzaju „delulu”. Szczęśliwie zrównoważył to obecnością Muchomorka, Chewbakki czy „Tłumu” Abakanowicza, dzięki czemu odzyskałem nieco rezonu. W tekście zachował sporo obecnych w potocznej mowie anglicyzmów, ale te wszystkie „dżoby”, „fanzony” czy „poker face’y” wpisują się w dzisiejszy młodzieżowy język, a w końcu to do młodych zwraca się Jamie. A może przy okazji zechcą dowiedzieć się nawet, kim była wymieniana tu Evelyn Bathurst czy Cary Grant? Poczwórne rymy w szalonym tempie „A wy o tym nie wiecie” czy zbitki słowne w tytułowym utworze nie zawsze dały się w pełni zrozumieć, ale takie to już przekleństwo naszego szeleszczącego języka i grupowego śpiewania. Mikołajczyk nie powstrzymuje też pióra i okrasza tekst kwiecisto-soczystą polszczyzną, której głównymi dostarczycielami są zakompleksiony, złośliwy wagitarianin Dean Jędrzeja Czerwonogrodzkiego i kuta na cztery nogi, wyzwolona Ray w zadziornym wykonaniu Marty Burdynowicz. No cóż, nie poradzimy na to, że odpowiednio wkomponowany wulgaryzm zawsze wywoła falę śmiechu. Doceniam jednak szeroki repertuar uszczypliwości i porównań — w każdym razie chorizo nie będzie już smakować tak samo. Przy całej tej językowej skrupulatności z oryginału wpadło jedno przekłamanie, które po prostu świetnie wpasowywało się w temat – arabski Dżamil ze swojskim Jakubem ma jednak niewiele wspólnego.

Stonowana scenografia Anny Chadaj opiera się, jakkolwiek to brzmi, na ceglanym murze, który drobnymi zmianami ruchomych elementów kształtuje każdą wymaganą przestrzeń – i podwórka robotniczego Sheffield, i wnętrza sklepu, klubu czy szkoły. A przy okazji stanowi metaforyczny mur rosnący w głowie Jamiego, którego przeskoczenie staje się jego wyzwaniem i celem. Latarnia czy kuchenne wnętrze domu zjeżdżają z wysokości — szczęśliwie garnek z makaronem trzyma się kurczowo palnika. Emil Wysocki puszcza wodze fantazji zwłaszcza w projektach kostiumów drag queens, ale okazało się, że i w hidżaby potrafi. Cekiny, pióra i świecidełka uwypukla feerią barw Katarzyna Łuszczyk – w „tęczowym” musicalu mogła sobie pozwolić na więcej, choć ani przez chwilę nie gubi ze snopu światła tego, co najważniejsze. Tym bardziej, że nie ma tu wsparcia multimediów czy projekcji. Muzyka zespołu Tomasza Filipczaka płynie falami w takt zmieniających się nastrojów, nie zagłuszając wokali i precyzyjnie kreśląc melodyczne linie. Choreografia Michała Cyrana wciąż potrafi zaskoczyć oryginalnymi rozwiązaniami scen zbiorowych, pięknie i pomysłowo zaaranżowanych, w których dobrze naoliwiona aktorska maszyna skupia uwagę widza dokładnie tam, gdzie powinna.

I tak doszliśmy do aktorów. Nie wiem, czemu „Wszyscy mówią o Jamiem”, bo powinni mówić o Kubie Szyperskim, który wzniósł się gdzieś w okolice Duplantisa musicalu. Choć w sumie Jamie-James-Jakub-Kuba – wychodzi na jedno. On ma bowiem wszystko to, co powinien mieć aktor wcielający się w Jamiego – chłopięcy urok, czarujący uśmiech, błysk w oku, delikatność i niewinność, siłę i zadziorność, komediowy talent, grację w ruchu, niebotyczny głos i najdłuższe na scenie nogi. Tym dłuższe, że na szpilkach. Choć po dziesięciu latach grania w „Kinky Boots” to akurat żadna sztuka. Jego Jamie niekiedy kręci dramę, lecz wytrwale goni za marzeniami, a Kuba ucieleśnia je swoją osobą i radością obcowania ze sceną. Rola do schrupania. Niedaleko pada jabłko od jabłoni, chciałoby się rzec, bo jeśli ktokolwiek wyciśnie nam z oczu łzy, to będzie to Katarzyna Walczak w roli Margaret, mamy Jamiego. Utwór „Chłopiec mój” buzuje od falujących emocji, a energetyczny wokal zdaje się roznosić teatr na atomy. Dreszcze gwarantowane. Subtelny wyraz bezgranicznego matczynego uczucia stanowi także sentymentalny „Gdybym dziś spotkała ją”, delikatnie podszyty rozterkami „co by było gdyby”. Aktorska dwójka stworzyła niezwykle piękną, autentycznie prawdziwą relację, pełną huśtawek nastrojów, od wspólnego śmiechu i radości z nowych szpilek do gorzkich słów i łez smutku, choć szczęśliwie nigdy zwątpienia. Samotna kobieta wychowująca jedynaka chce mu przychylić nieba i ochronić przed światem, szuka ojcowskiego wsparcia i zrozumienia (którego zgodnie z utartym schematem nie znajduje), toruje drogę przez życie, ale w końcu zauważa, że jej syn staje się mężczyzną – w końcu kupił pierwsze damskie szorty.

Zachwycają także role głównych wspieraczy. Julia Kafar jako muzułmańska fag hag o – nomen omen – pięknym hinduskim imieniu Pritti jest, podobnie jak Jamie, nieco wyoutowana ze szkolnej społeczności. Taki już los kujona. Ale w najważniejszych momentach stoi murem za przyjacielem, przychodzi mu w sukurs utworami „Snop światła” i „Znaczy: piękny”, a kiedy trzeba, wychynie zza zasłony „grzecznej dziewczynki” i nie będzie owijać w bawełnę. Wysokie aspiracje i wysokie obcasy mają, widać, dużo wspólnego. Drugą opoką jest Hugo, czyli Michał Konarski, który drogę Jamiego przeszedł przed laty i wyszedł z niej nieco połamany, o czym śpiewa w odrobinę pirackiej „Legendzie o Loco Chanelle”. On najlepiej chyba rozumie, przez co przechodzi młody chłopak, a odwaga Jamiego i w nim samym rodzi przemianę – powrót Loco Chanelle na scenę jest tylko kwestią czasu. W piosence „Pora wyruszać” towarzyszyć mu będą trzy wspaniałe eventowe królowe – oryginalna Twoja Stara, rozbrajający Łukasz Kamiński, czyli Wera Le Chic i czarujący Jeremiasz Gzyl jako „wielki mur chiński”. Blichtr, brokat i cały ten kolorowy świat drag queens niesie nieustannie komediowe akcenty stanowiąc kontrast dla skromniejszych, intymnych scen rodzinnych przepełnionych trudnymi emocjami. Warto też wspomnieć o krzykliwej Miss Hedge w wykonaniu Beatrycze Łukaszewskiej, której poza wydzieraniem się na niesforną młodzież, podcinaniem skrzydeł i rolą szkolnego kapo trafiły się także dowcipne komentarze, rapowe wstawki i nielicho trudny utwór „Dzieło sztuki”. Z wszystkich prób wyszła jednak zwycięsko, w tym z tej ostatniej – sprawdzianu ludzkiej empatii. Cóż, tutaj da się lubić nawet szwarccharaktery. Może z jednym wyjątkiem. A żeby nikogo nie pominąć, słowa uznania należą się także całej licealnej zgrai, która stworzyła kolorowy, roztańczony i wielokulturowy obraz młodzieży „ w trudnym wieku”.

Z czym zostajemy na koniec? „Górą zawsze ci, co noszą kiecki” śpiewają figlarnie drag queens, ale nie zawężałbym tematu do queeru, piórek w dupce i „pudełka z cyckami”. Jak mówi jeden z songów „nie czekaj na jutro – szczęśliwy bądź dziś”. Sięgaj po swoje, w zgodzie z własnym ja, byle nikogo nie ranić, a w zamian powinieneś oczekiwać społecznej akceptacji, nie zaś hejtu. „Wszyscy mówią o Jamiem” ma potężną wzmacniająco-wyzwalającą wymowę, że zaczerpnę z Agnieszki Płoszajskiej. Pokazuje, że warto iść za marzeniami, czasem wbrew otoczeniu, wbrew obawom i strachowi, bo szczęście, które znajdziemy na końcu, uniesie nas wysoko w górę i może nawet zarazić blaskiem stojących dokoła. Aż chciałoby się wierzyć, że historia z „prowincjonalnego” Sheffield mogłaby się wydarzyć w Mielcu czy Chełmie. Może kiedyś.

To co w musicalu Syreny najważniejsze, to aby obok każdej rozkwitającej sobą Małej Moi stali murem najbliżsi. Nieoceniający, gotowi podać dłoń, porozmawiać, podeprzeć i w razie potrzeby wysupłać ostatni grosz na czerwone szpilki. Choćby wewnątrz szalały demony niezrozumienia. Bo każdy jest, jaki jest. Przede wszystkim sobą.

PS. Z racji dublur pisałem jedynie o obsadzie, którą miałem okazję obejrzeć. Warto jednak dodać, że Jamiego gra także Krystian Embradora, mamę – Edyta Krzemień, miss Hedge – Małgorzata Majerska, zaś Hugo/Loco Chanelle – Mateusz Deskiewicz.

Tytuł oryginalny

Droga po marzenia - „Wszyscy mówią o Jamiem” w Teatrze Syrena, recenzja

Źródło:

NaszTeatr

Link do źródła

Autor:

Marek Zajdler

Sprawdź także