EN

20.02.2021, 12:44 Wersja do druku

Z Polony nad rzekami Hadesu

„Savannah Bay” Marguerite Duras w reż. Józefa Opalskiego w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. Pisze Paweł Zarychta.

fot. Magda Hueckel

Od głośnego odejścia Anny Polony wraz Jerzym Trelą ze Starego Teatru w Krakowie minęło siedem długich lat. Za nami premiera „Savannah Bay” w reżyserii Józefa Opalskiego, będąca wielkim i przez wielu oczekiwanym powrotem tej wybitnej aktorki na deski krakowskiej sceny narodowej.

Sztuka napisana przez francuską pisarkę Marguerite Duras w 1982 r. przenosi widzów gdzieś nad brzegi Atlantyku u ujścia rzeki Savannah (a może to wcale nie to Savannah). To tu mieszka główna bohaterka Madelaine, aktorka w podeszłym wieku, która, spoglądając to w lustro, to na odwieczne fale oceanu, celebruje ostatnie chwile własnego życia, a jednocześnie uporczywie wraca do odległej już przeszłości: „Jestem piękna. W czerwieni mi do twarzy. Grałam w tej sukni w wielu sztukach, w różnych sztukach. W tragediach, komediach, bo ja wszystko grałam. No tak, bo ja byłam aktorką. Aktorką teatralną! No poza tym — niczym. Niczym.”

Pomyli się jednak ten, kto po takiej ekspozycji sądzić będzie, że mamy tu do czynienia z kolejną sztuką napisaną głównie z myślą o aktorskich seniorach po to, by może po raz ostatni mogli oni zabłysnąć swą wielkością i talentem. Nie, nie o tym traktuje ten tekst. Dość szybko dostrzeżemy bowiem, że Madeleine wraca nie tyle do wspomnień o teatrze, co przede wszystkim do najintensywniejszych, a jednocześnie najbardziej bolesnych przeżyć ze swej najwcześniejszej młodości.

Niesłyszana dawno pieśń Edith Piaf z gramofonu, włączonego prowokacyjnie przez partnerującą Polony Alicję Wojnowską, staje się przy tym katalizatorem do przywołania odległych doznań i obrazów: „Ona się zabiła ta kobieta. Mnie też to spotkało. Całymi miesiącami umierałam na scenie. Było to w czasach wielkiego bólu.” Dialog obu postaci jest początkowo bezładny, zdaje się nie mieć żadnego spoiwa i porządku, a wątki zmieniają się z częstotliwością kolejnych fal rozbijających się o białą skałę w Savannah Bay.

I to właśnie owa skała, przywoływana jedynie w dialogu obu postaci, zaczyna urastać coraz wyraźniej do tajemniczego zwornika emocji, przeżyć i całego losu głównej bohaterki. Spojrzenie w „przestrzeń morza, bardzo głębokiego i bardzo niebieskiego” odkrywa coraz to więcej szczegółów historii wypieranej, a wciąż powracającej, w której przemożnej chęci życia, Erosowi, jak powiedziałby Freud, nieustannie towarzyszy złowrogi cień Tanatosa – dążenia do śmierci.

W opisie spektaklu czytamy, że osią „Savannah Bay” jest pamięć bohaterek i piętrzące się ich rozmaite wspomnienia. Trudno się z tym nie zgodzić, choć ta pamięć, prowokowanie do wspomnień i powrotów do tego, co było, jest w tej sztuce po coś. U starożytnych Greków pamięć utożsamiano z boginką Mnemozyne. Bycie przez nią obdarowanym za życia uchodziło za błogosławieństwo. W chwili śmierci to, co zapamiętane, stawało się jednak zbędnym balastem, którego należało się pozbyć jeszcze na ziemi poprzez wyparcie lub po śmierci poprzez wypicie wód z odwiecznej Lete – rzeki zapomnienia. Znalezienie tejże nie było jednak sprawą łatwą. By nie pamiętać, trzeba było pokonać jeszcze Kokytos, rzekę lamentu, a czasem nawet Acheron i Flegeton, rzeki ognia i smutku. U krańca każdej z tych dróg zawsze czekał jednak nieprzejednany Charon, by umęczoną duszę przeprawić za obola przez Styks.

fot. Magda Hueckel

Przywołanie archetypicznych wyobrażeń sprzed ponad dwóch tysiącleci nie wydaje się tu zbyt odległym skojarzeniem. Tekst Duras jest zbyt dojrzały i zbyt refleksyjny, autorka zaś nazbyt wyraźnie zdaje się operować zestawem klasycznych motywów literatury, by nie szukać tu głębszych i niedosłownych pokładów treści. Nie sama tylko kwestia pamięci spaja bowiem tę sztukę.

Czyż nie jest to także opowieść o śmierci właśnie? O krętej ku niej drodze, o dławieniu smutku po tym, co minione, o przywoływaniu ognia dawnych namiętności, o poszukiwaniu tego najważniejszego wspomnienia, które zabierze się ze sobą jako ostatnie nad rzekę zapomnienia?

„Savannah Bay” jest więc po trosze sztuką o teatrze, po trosze o aktorstwie, przede wszystkim jednak o życiu, przemijaniu i o odwiecznym sporze między Erosem i Tanatosem gdzieś u zbiegu wszystkich rzek Hadesu. To bez wątpienia spektakl, który nie może pozostawić widza obojętnym, nawet jeśli dane mu będzie oglądać go tylko zdalnie (na szczęście zapowiedziane są już także występy z udziałem publiczności). Ten mądry i dojrzały literacko tekst porusza bowiem kwestie dla każdego fundamentalne, dotyka najbardziej ludzkiego z ludzkich doświadczeń.

Czyni to przy tym nienachalnie, pozostawiając widzowi swobodę wyboru własnej ścieżki interpretacyjnej. Ukierunkowanie na tekst właśnie, wierność temu, co zapisała Marguerite Duras, zdają się być zresztą tym, co przyświecało Józefowi Opalskiemu jako reżyserowi i Aleksandrze Redzie jako autorce scenografii. W teatrze współczesnym to nie takie oczywiste.

Zawiedzeni nie będą także miłośnicy mistrzowskiego talentu i aktorstwa Anny Polony, czy szerzej tzw. starego Starego Teatru. Wykreowana przez krakowską aktorkę postać, przystrojona w krwistą czerwień sukni i czerń kapelusza, hipnotyzuje i zapada głęboko w pamięć. Czyż nie tak dystyngowanie i nonszalancko zarazem wyglądać powinna śmierć?

Za nami bardzo udana premiera i świetny aktorski powrót. I oby tylko nie było to pożegnanie ze Starym, jak, chyba kokieteryjnie, zapowiadała przed premierą Anna Polony.



Źródło:

Materiał nadesłany