„Zamknij oczy Nel. W pustyni i w puszczy - epilog” w reż. Piotra Domalewskiego w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie oraz „Chłopki” wg Joanny Kuciel-Frydryszak w adapt. i reż. Sławomira Narlocha w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Pisze Jacek Sieradzki w „Odrze”.
Piętnaście lat temu do sekretariatu Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej wpłynęło przysłane przez Teatr im. Szaniawskiego z Wałbrzycha zgłoszenie spektaklu pod jakże współczesnym tytułem W pustyni i w puszczy. Roześmieliśmy się, ale był to śmiech niewczesny. Okazało się, że powieść Henryka Sienkiewicza nie będzie przedmiotem adaptacji, tylko obiektem analizy. Twórcy, Bartek Frąckowiak i Weronika Szczawińska nie zamierzali relacjonować przygód Stasia i Nel, zakładając, że wszyscy je znają, wzięli za to powieść na laboratoryjny stół. Obnażyli jej perspektywę kolonialną, ukazali pisarza jako białego szowinistę upojonego swą wyższością cywilizacyjną. Przećwiczyli temat wrodzonego paternalizmu polskiego młodzieńca, rozważali budzącą się kobiecość Nel, której ośmioletniości nie brali na poważnie, doszukując się w jej portrecie jakichś autorskich perwersji. Wprowadzili na scenę personifikację zaborczej Europy i gnębionej Afryki, padały gromkie przypomnienia ile ofiar pochłonęła ekspedycja generała Gordona przeciw Mahdiemu. Spektaklowi towarzyszyła trzydziestopozycyjna(!) lista lektur, szczęśliwie bez sprawdzającego kolokwium przy wyjściu.
Korporacja kulturoznawców – notowałem sobie wtedy – czy już rządzi? Nie do końca na szczęście. Niemniej mieliśmy od tamtego czasu mnóstwo przedsięwzięć scenicznych projektowanych właśnie jak seminaria: z wiodącym problemem branym z obowiązującej agendy, z rozważaniem kolejnych jego aspektów jakby porozdzielanych na referaty, ze studiowaniem na próbach i w materiałach w programie jakiejś mądrej/modnej książki, wbijającej temat na pożądany poziom uogólnienia. A ponieważ postulowany wstyd białej rasy za kolonizatorskie draństwa (bezsporne) obrabiany był na okrągło, więc i afrykański temat nie raz i nie dwa gościł na scenicznych deskach. Pamiętam przedstawienie w Bydgoszczy, tegoż Bartka Frąckowiaka i Agnieszki Jakimiak, które miało niby to ukazywać, jak upraszczał problemy Czarnego Lądu Ryszard Kapuściński, a samo szyło ile wlezie uproszczeniami podszytymi ideowym zapałem. Wysłuchując kolejnych złorzeczeń na temat kolonizacyjnych zapędów, od których, jak wiadomo, Polska też nie była wolna, utwierdzałem się w determinacji, że zaraz jak wyjdę z teatru, zakrzątnę się wokół wyjazdu do Afryki, niech to będzie Madagaskar. Pewnie powinienem się wstydzić statusu turysty, ale jakoś mi niespieszno.
Natomiast do teatralnych pouczanek przywykłem od tamtego czasu tak głęboko, że przez długie minuty nowego spektaklu w Starym Teatrze zatytułowanego Zamknij oczy, Nel moje własne oczy były wytrzeszczone ze zdumienia. Jak to, nikt nie łajał Sienkiewicza i jego miłośników? W pustyni i w puszczy stała się tu nie toksyczną lekturą, której czytania należy natychmiast zabronić, tylko przygodową klechdą z dzieciństwa? Emerytowana polonistka rąbnęła się w głowę i zdało się jej odtąd, że jest ośmioletnią Angielką podróżującą przez pustynie i puszcze, a jej trójka dzieci, nazwana należycie: Gustaw (Dziady), Zosia (Pan Tadeusz) i Staś (nie, nie Wokulski) to teraz Staś, Kali i Mea. Musieli wchodzić w wyznaczone role, inaczej z rodzicielką nie było kontaktu. Wydumane? Tak, jeśliby to grać naiwnie i wprost. Nikt tu jednak nie uruchamiał infantylnego teatru jednej widzki nawet wtedy, gdy kombinowali, w jaki sposób duży pluszak ma stać się dla niej słoniem Kingiem we własnej, powieściowej osobie.
Piotrowi Domalewskiemu, kiedyś aktorowi teatralnemu (pamiętne Pieszo Mrożka w Teatrze Wybrzeże), dziś wziętemu reżyserowi filmowemu, udał się na scenie Starego spektakl misternie zbudowany na dwóch przenikających się płaszczyznach. Z afrykańską fabułą szkicowaną po wierzchu leciutko, by tak rzec konturowo – i z rzeczywistym tematem, trochę w słowach, bardziej w tonie, w pauzach, w spojrzeniach. Ten temat to odchodzenie matki i kompletne na to nieprzygotowanie najmłodszego syna, czterdziestoletniego singla – Stasia, który nie wie ani jak się zaopiekować wiekową Nel, ani dokąd brnąć dalej przez swoją pustynię. Dorota Pomykała utrzymała bohaterkę w niezwykle pięknym aktorskim piano, tkliwym lecz nie łzawym, dziecinno-dojrzałym. Centralny obraz, jej ablucje, będące naraz i zmianą pieluchy, i kąpielą pod dzikim wodospadem wyczarowanym w głębi sceny, można uznać za kwintesencję niespotykanej właściwie na scenach szlachetnej serdeczności wyrazu, bez wyrachowania, bez mędrkowania, ale i bez czułostkowości, z konwencyjnym nawiasem jak trzeba wyważonym. A Filipowi Perkowskiemu przyszło nawigować tą dwuwarstwową narracją: i zachowywać dystans opowiadacza, i rysować dyskomfort faceta, któremu obowiązek służenia matce roztłukł dotychczasowe puste życie na proszek. Aktor mieszał rozbawienie z bezradnością, trzeźwość z usilnym odpychaniem własnych kompleksów, nieustannie odmieniał ton, czasem w obrębie jednej wypowiedzi. Wyszło świetnie, bogato.
A byli na scenie jeszcze dzieciaci i zakotłowani w codzienność brat Gustaw-Kali (Radosław Krzyżowski) i siostra Zosia-Mea (Katarzyna Krzanowska). Była perfekcyjna w każdym słowie i geście Dorota Segda jako psychoterapeutka, która też na moment wcielała się w Nel, by w Stasiu obudzić co trzeba. I jeszcze przedwojenni amatorzy polskich kolonii (Madagaskaru szczególnie), o których bohater się naczytał, a których reżyser wraz z starszyzną krakowskich aktorów ucieleśnił, z galowymi mundurami, minami, nadęciem, tromtadracją. Z całym pozerstwem owej Ligi Morskiej i Kolonialnej, zasługującej w tym ujęciu nie na pryncypialne pohukiwania, tylko na uśmiech, szczerze mówiąc dość lekceważący. To było co najwyżej dopełnienie Stasiowych męskich imaginacji.
Pięknie się rzecz oglądało w całej tej mocno zwariowanej siatce skojarzeń, w przeplataniu warstw narracyjnych, ba, także w spowolnionym biegu akcji (który reżyser przy stole montażowym zapewne by zdynamizował). Tudzież w świadomej bezkonkluzywności, bez żadnego uczonego cbdo. Na lewej flance sceny stanął rząd znanych z ulic paczkomatów. Szufladki otwierały się bezszelestnie, spektakularnie oświetlone od środka, przynosiły rekwizyty popychające opowieść, czasami śmieszne w swojej dosłowności, czasami metaforyczne. Wypadało śledzić, co jeszcze przyśle los. Ot, i właściwie wszystko.
*
A w warszawskim Współczesnym wystawiono Chłopki według bestselleru Joanny Kuciel-Frydryszak z całym dobrodziejstwem efektownego widowiska. W pięknej, surowej scenerii Martyny Kander o kolorycie złamanej śliwki, z graną na żywo muzyką Jakuba Gawlika, czasami dramatycznie dysonansową, kiedy indziej brzmiącej niemal jak swojski zespół pieśni i tańca. Z wytrawnym aktorstwem. Powtórzę zdanie z poprzedniego opisu: sympatycznie się to oglądało. Które to słówko w kontekście zawartości książki zdaje się budzić lekki niepokój. Uzasadniony?
Aliści inaczej być nie mogło, skoro do reżyserii zaproszono Sławomira Narlocha. Ten twórca wciąż młody, ale już ceniony i po wielokroć nagradzany, potrafi świetnie widza wzruszać, bawić, olśniewać nieoczekiwanymi obrazami, prowadzić przez opowieść. Jednego nie potrafi, czy lepiej powiedzieć: nie ma zamiaru potrafić. Nie chce wytrącać odbiorcy z równowagi. Prowokować, zawstydzać. Niech emblematycznym przykładem będzie jego Wesele sprzed dwóch lat w Olsztynie, gdzie dwa akty biegły jak należy, ale potem nie było żadnego chocholego tańca, żadnego Miałeś, chamie, złoty róg, tylko grana przez nestorkę zespołu Panna Młoda sentymentalnie wracała wspomnieniami do swoich godów.
Z książki Joanny Kuciel-Frydryszak reżyser wybrał sceny i komiczne, i tragiczne, takie ewidentnie przefiltrowane przez łagodzącą kanty pamięć i takie, których zimne okrucieństwo wciąż zapiera dech. Ukazujące prymitywność wiejskiego życia, ale i jego nieoczekiwaną godność. Ciasnotę horyzontów i nader wyrafinowaną determinację. Religijność naiwną i trzeźwą. Seks cudny, miłosny ale i brutalny, pełen przemocy, przyjmowany z pokorą jako małżeński krzyż, omal chrystusowy. Każda aktorska etiuda była starannie skomponowanym popisem w zupełnie odmiennych tonacjach: dziewczyny nie chodzącej do szkoły, bo nie miała butów (Natalia Stachyra), gęsiareczki (Monika Pawlicka), której życiowym marzeniem było zostać krową, bo by dawała mleko i miała spokój, chorej kobiety (Elżbieta Zajko), której drastycznych opisów domowych aborcji nie da się spokojnie słuchać; w końcu miłosierna, nader uswojszczona Matka Boska (Joanna Jeżewska) dusi ją poduszką. Nicią przewodnią widowiska stały się odtwarzane z offu autentyczne wspomnienia osobistej prababki reżysera. Przewspaniałe, głoszone z jakąś nieprawdopodobną dystynkcją refleksje mądrej kobiety, w chwili nagrywania pod dziewięćdziesiątkę. Chłop(ka) potęgą jest i basta – niepodobna było z inną myślą w głowie wychodzić z sali przy Mokotowskiej.
Zacząłem od krakowskiej Nel ciesząc się wytchnieniem od teatru prezentystycznych pouczanek na temat szkodliwości W pustyni i w puszczy i innych podobnych akcji. Ale Chłopki to przecież też fragment szerszej, nazwijmy to, kampanii kulturowej, zwanej zwrotem ludowym, u której zarania była ambicja odwodzenia społeczeństwa od wypierania się wiejskich korzeni i dorabiania sobie szlacheckich genealogii. Czy jeśli publiczność warszawskiego super-mieszczańskiego teatru oglądając obraz chłopskiej egzystencji sprzed wieku dobrze bawi się, smuci i śmieje, szokuje i akceptuje, ale niczego nie bierze do siebie – bo i nikt od niej tego nie wymaga – to znaczy, że zwrot w świadomości dokonał się z sukcesem? Może tak, choć mało kto by się tego spodziewał – ale w końcu półmilionowy nakład książki też o czymś świadczy. A do teatru o to, że zarysował uczciwą panoramę losu przodków, ale nie dźgał przy tym widza belferską trzcinką, dalibóg nie ma sensu wnosić pretensji, nawet czysto odruchowych.
Piotr Domalewski ZAMKNIJ OCZY NEL. W PUSTYNI I W PUSZCZY – EPIZOD. Reżyseria: Piotr Domalewski, dramaturgia: Krzysztof Zygucki, scenografia i kostiumy: Arek Ślesiński, choreografia: Katarzyna Sikora, wideo: Natan Berkowicz, muzyka: Wojtek Urbański, reżyseria świateł: Rafał Paradowski. Premiera w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie 23 stycznia 2026.
Joanna Kuciel-Frydryszak CHŁOPKI. Adaptacja i reżyseria: Sławomir Narloch, scenografia: Martyna Kander, kostiumy: Anna Adamek, reżyseria światła: Karolina Gębska, muzyka i kierownictwo muzyczne: Jakub Gawlik, choreografia: Mariusz Żwierko. Premiera w Teatrze Współczesnym w Warszawie 18 grudnia 2025.