„Bajo Bongo” wg scen. Wiesławy Sujkowskiej i w reż. Anny Wieczur w Teatrze Muzycznym Roma w Warszawie. Pisze Robert Trębicki w Teatrze dla Wszystkich.
Ocena recenzenta/tki: (7/10) – dobry
Oglądałem wiele spektakli, w których Anna Sroka-Hryń — czy to jako wykonawczyni, czy współtwórczyni od strony reżyserskiej — zawsze stawiała bardzo wysoko poprzeczkę artystyczną. Przyzwyczaiłem się więc nie tylko do wysokiej jakości wykonawczej, lecz przede wszystkim do ogromnej dawki emocji i wzruszeń. Tym razem było jednak… średnio. Po prostu dobrze. Nie zabrakło jakości artystycznej ani umiejętności wokalnych, ale emocji i poruszenia — już niestety tak.
Spodziewałem się również zaskakujących aranżacji, którymi artystka potrafiła wielokrotnie zadziwić w innych spektaklach muzycznych. Tutaj natomiast mamy do czynienia raczej z konwencjonalnymi opracowaniami — piosenki brzmią niemal identycznie jak oryginały. Szkoda.
Otrzymujemy lekką, pogodną, momentami wręcz słodką opowieść o życiu Natalii Zygelman, znanej jako Natasza Zylska — artystki kojarzonej z przebojowymi, krótkimi formami estradowymi. To utwory, które wielu zna, choć nazwisko wykonawczyni nie zawsze jest już tak rozpoznawalne. W realiach PRL-u bohaterka zdaje się przechodzić przez życie niemal bezkonfliktowo: zdobywa kontrakty, regularnie występuje, zarabia duże pieniądze, które przezornie zamienia na złote monety („świnki”), zabezpieczając swoją przyszłość po opuszczeniu kraju.
Motyw wyjazdu — czy też wygnania z Polski przez „złych Polaków” — zostaje mocno zaakcentowany poprzez wątek antysemityzmu. Ten element budzi moje wątpliwości, zwłaszcza że artystka wyemigrowała do Izraela w 1963 roku. Być może jednak jest to świadomy zabieg twórczy, odpowiadający współczesnej wrażliwości widowni.
Warstwa muzyczna obejmuje trzynaście krótkich, taneczno-estradowych numerów utrzymanych w stylistyce karaibskiej i bigbandowej. „Mexicana”, „Soho Mambo” czy tytułowe „Bajo Bongo” pulsują energią, z kolei „Klipsy” oraz „Chociaż raz powiedz nie” osadzone są w jazzowo-swingowej konwencji. Nie zabrakło też bardziej lirycznych akcentów, jak „Za szybą mgły” czy „Kasztany”. Całości dobrze się słucha i równie dobrze ogląda — każda piosenka zyskuje atrakcyjną oprawę choreograficzną, a Annie Sroce-Hryń z wdziękiem partnerują Michał Juraszek i Marek Zawadzki, operując przy tym sugestywnymi rekwizytami.
Przez moment miałem wrażenie, że niektóre utwory — jak „Kukurydza” czy „Czekolada” — przybierają formę quasi-reklamową, zachwalając produkty spożywcze. To ciekawy, choć nie do końca potrzebny trop, zwłaszcza w kontekście realiów PRL-u.
Co istotne, nie słychać upływu czasu — piosenki, mimo że mają około siedemdziesięciu lat, brzmią świeżo i jestem przekonany, że mogłyby funkcjonować jako przeboje także dziś.
Być może wymagam zbyt wiele. Spektakl jest bowiem pod każdym względem solidny, ale oczekiwałem artystycznej uczty, a wyszedłem z poczuciem niedosytu. Tak bywa, gdy przyzwyczajenie do wysokiego poziomu twórczości tej klasy artystki rodzi oczekiwanie emocjonalnej intensywności graniczącej z ekstazą. To w pewnym sensie moja odpowiedzialność jako widza.
Jedno jest pewne — efekt zainteresowania został osiągnięty. Do tanecznych piosenek Nataszy Zylskiej z pewnością będę wracał, także poza teatrem.