Inne aktualności
- Warszawa, Kijów. Opera „Matki Chersonia” 22.05.2026 19:47
- Gdańsk. Czarny humor, ironia i szyderczy śmiech wiedźm. „A Macbeth Song with The Tiger Lillies” w GTS 22.05.2026 15:11
- Warszawa. „Przebłyski” Teatru Gudejko w Teatrze Współczesnym w czerwcu 22.05.2026 14:28
- Sopot. Jak powstaje żywa instytucja kultury? Premiera publikacji poświęconej Goyki 3 22.05.2026 14:22
- Bytom. „Król Roger” w Operze Śląskiej sto lat od prapremiery 22.05.2026 14:14
- Teatr TV. Premiera spektaklu „Kanato” wg Jana Brzechwy – premiera 1 czerwca 22.05.2026 13:55
-
Wrocław. Pisarz i działacz społeczny Serhij Żadan doktorem honoris causa Uniwersytetu Wrocławskiego
22.05.2026 13:51
- Warszawa. „Przepraszam za mój polski”. Teatralny stand-up o ludziach próbujących się zrozumieć we współczesnej Polsce 22.05.2026 13:03
- Sopot. Bajkowy koncert Teatru Czwarte Miasto w Atelier 22.05.2026 12:51
- Łódż. Dwadzieścia lat Manufaktury. Pokaz spektaklu plenerowego Plasticiens Volants 22.05.2026 12:33
- Poznań. Premiera spektaklu „Intro” na urodziny Teatru Klucz w Zamku 22.05.2026 11:47
-
Tarnów. Pantofelek, marzenia i odrobina magii – „Kopciuszek” w Teatrze Solskiego
22.05.2026 11:45
- Warszawa. Wieczór pieśni i arii Orlińskiego w Filharmonii Narodowej 22.05.2026 11:44
- Dolnośląskie. Festiwal Góry Literatury: 170 wydarzeń z udziałem 240 gości 22.05.2026 11:24
URODZINY MARIANA DZIĘDZIELA
Należy do grona najpopularniejszych aktorów w Polsce. Mówi: „Odnalazłem wewnętrzny spokój. Nigdy nie miałem chorobliwych ambicji, parcia na szkło. Brałem tylko to, co przyniósł mi los. Dlatego bez problemu akceptowałem chude lata, kiedy grałem niewiele. A dzisiaj nie zachłystuję się propozycjami”.
A przecież doskonale pamiętamy czasy, kiedy Dziędziel był wprawdzie aktorem doskonale rozpoznawalnym, gwiazdą Teatru im. Słowackiego w Krakowie, ale niekoniecznie docenianym szerzej. Tymczasem od dobrych kilku lat o Dziędziela walczą chyba wszyscy reżyserzy. Zaczęło się od „Gier ulicznych” Krauzego, potem przyszło „Wesele” Smarzowskiego. Od tej pory w polskim kinie trwa nieustający sezon na Mariana Dziędziela. Krakowski aktor w zasadzie nie schodzi z planu. Trudno się temu dziwić. Nikt jak Dziędziel nie zagra twardziela, w którego osobowości można wyłapać niepokojące rysy: depresję, wstyd, kompleksy; nikt jak on nie stworzy w pięciominutowym epizodzie kreacji rasowego prymitywa, w której w jednym, góra dwóch nerwowych tikach, pokazuje, że w innych warunkach, odmiennej rzeczywistości, jego bohater byłby kimś zupełnie innym. Na pewno szlachetniejszym.
„Naprawdę nigdy nie wiesz, na co naprawdę cię stać, dopóki nie pojawi się ktoś, kto wydobędzie z ciebie prawdziwe predyspozycje – podkreśla Dziędziel. – W moim przypadku w kinie byli to najpierw Krzysztof Krauze, potem Wojciech Smarzowski, a w teatrze na przykład Jerzy Goliński. „Gry uliczne” Krauzego były zwielokrotnionym zbiegiem okoliczności: późniejszy autor „Wesela”, Wojtek Smarzowski, robił do tego filmu fotosy i kręcił reportaż z planu, Łukasz Kośmicki, operator „Gier”, napisał scenariusz do „Sezonu na leszcza” i polecił mnie reżyserowi tego filmu, Bogusiowi Lindzie. Współautorem scenariusza „Sezonu…” był również Wojtek Smarzowski, który wkrótce potem zaproponował mi role w „Kuracji”, „Małżowinie”, wreszcie w „Weselu”, „Domu złym”, „Róży”, „Drogówce”. Ciąg dobrych przypadków.”
W znakomitym „Domu złym” Marian Dziędziel z poświęceniem zagrał Dziabasa, zmęczonego, zapitego kuzyna Wojnara z „Wesela”. Dzięki uzyskanej przez aktora prawdzie postaci – męta z PGR-u – wiemy o bohaterze znacznie więcej, niż przewidywał scenariusz. Czujemy, że ten człowiek chciałby powiedzieć coś więcej, coś mądrzejszego, chciałby odważniej mierzyć się z rzeczywistością, ale nie potrafi. Jego intelekt jest bezsilny wobec marzeń. Dlatego przegrywa. Dlatego wszyscy ciągle przegrywamy.
Dziędziel przeczy regułom. Zrobił karierę w momencie, kiedy jego rówieśnicy zeszli z ekranów. Nie dał się otumanić splendorom i nagrodom. Robi swoje. I potrafi zagrać wszystko: poczciwego księdza („W imieniu diabła”) i apodyktycznego seniora rodu („Wymyk”). W „Krecie” Rafaela Lewandowskiego zagrał faceta z przeszłością, po przejściach. Ale gdy Zygmunt Kowal patrzy z ekranu dobrymi, błękitnymi oczami Dziędziela, nie sposób go oskarżać. Za duży blask.