EN
26.09.2022, 10:53 Wersja do druku

Okiem widza: Wieczór Trzech Króli albo co chcecie

Spektakl "Wieczór Trzech Króli albo co chcecie" w Teatrze Narodowym w Warszawie w przekładzie Stanisława Barańczaka, wybitnej reżyserii Piotra Cieplaka to wspaniały teatr łączący ponadczasowy tekst Williama Shakespeare'a, urzekającą plastyczną wizję Andrzeja Witkowskiego (odpowiedzialnego za scenografię, kostiumy, światło, projekcje), muzykę Jana Duszyńskiego wykonywaną na żywo pod kierownictwem Tomasza Pawłowskiego i doskonałe aktorstwo całej obsady spektaklu.  

fot. Krzysztof Bieliński/ Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego

Artyści proponują widzom komedię o miłości, grze pozorów, pomyłkach w lokowaniu uczuć w warstwie wokalno-muzycznej brzmiącą raz jak musical, innym razem jak farsa, operetka a nawet opera. Są komentarze sympatycznego tercetu, CHÓRU LOVELASÓW (Jakub Gawlik, Paweł Paprocki, Hubert Paszkiewicz),  w wymowie chóru antycznego w oprawie chórku kabaretowego, co jeszcze? Co chcecie? Niektórzy mogą spektakl odbierać jak bajkę dla dorosłych ze zmultiplikowanym wątkiem miłosnym, wtrętem łotrzykowskim. W gruncie rzeczy jest to wesoła przypowieść o relacjach międzyludzkich, w której nadzwyczaj wyraziści, wspaniale charakterystyczni bohaterowie są karykaturalnie ale pozytywnie, ciepło, przyjaźnie sportretowani.  Twórcy poważnie potraktowali tytułowe "CO CHCECIE" i bogatą, barwną, dynamiczną  inscenizacją otworzyli sezam obfitości  pięknych kompozycji scenicznych obrazów, aktorskich kreacji, zaskakujących interpretacji, wywołujących silne emocje. Sztuka wypracowana solidnym, najwyższej klasy warsztatem artystycznym, błyskotliwą inteligencją, wyrafinowanym zmysłem estetycznym, poczuciem humoru przedstawia się lekko, zabawnie, przyjemnie. Akcja płynie gładko. Okazji do śmiechu i refleksji jest co nie miara. Efekt jest doskonały. Zasłużenie uniósł publiczność do standing ovation.

Urzeka widzów pragnienie miłości, poezja duszy. Chwyta za serce nieporadność ludzkich działań, mających doprowadzić do spełnienia niewypowiedzianych uczuć, marzeń, tęsknot. Wzrusza też niedoskonałość natury ludzkiej ale i jej nadzwyczajny spryt, niespodziewana pomysłowość, błyskotliwa zaradność. Bawi skłonność do ulegania nałogom. Dualizm postaw robi wrażenie. Zdumiewa mądrość człowieka splątana z jego słabością. Brak umiejętności wyrażania wprost czego pragnie, co naprawdę czuje. Bez zawoalowania, podstępu, przebrania się nie obyło. Zdystansowany, mądry, dowcipny błazen Cezarego Kosińskiego posługuje się przenośnią, metaforą, sarkazmem. Czułą piosenką. Nie sposób przestać go lubić. Elektryzuje Oliwia, którą zachwycająco stwarza na scenie Wiktoria Gorodeckaja. Piękna, demoniczna, wyniosła, operowym głosem fenomenalnie oddaje skalę uczuć, których się nie spodziewa, których nie chce okazywać jej postać. Dynamiczna, wyniosła, władcza emanuje niezwykłą energią, którą stara się powściągnąć, ukryć, kontrolować. Tą walkę z samą sobą wyraża ekspresja jej ciała, tembr głosu. Oskar Hamerski cudownie narcystyczny, zakochany przede wszystkim w sobie Książę Orsini, uwodzi widzów swoją manierą neurotycznego, romantycznego kochanka. Viola-Cesario Michaliny Łabacz, delikatna, subtelna, pięknie śpiewająca musicalowe songi, i Sebastian Henryka Simona, siła spokoju- ocaleni z katastrofy bliźniacy w przebraniu, naturalni, liryczni- o niejednoznacznej seksualności postacie są katalizatorem uczuć.  Intrygująco wypada Monika Dryl w rolach męskich, gra Kapitana i Antonia. Szczególną uwagę i sympatię budzi wyjątkowo błyskotliwy trójkąt:  ciepła, pomysłowa, sprytna służąca Maria Joanny Kwiatkowskiej-Zduń oraz  kuzyn Oliwi, Sir Tobiasz Bartłomieja Bobrowskiego i jego kompan, Sir Andrzej Mariusza Benoit-jako uroczy birbanci, niepoprawni lekkoduchy, zabawni łotrzyki. Jerzy Radziwiłowicz nie gra, jest Malvoliem, zarządcą domu Oliwi. Jego bohater- oschły, humorzasty formalista, bufon, człowiek próżny, pompatyczny- nie wzbudza na początku zaufania, sympatii, ale na końcu wzrusza. Malvolio przykuwa uwagę od momentu, gdy tylko pojawia się na scenie. Bo ten garnitur brązowy z marynarką "zawieszoną" brzuchu, bo buty za duże (jak u klowna) i pozersko wyniosła postawa, żaboty, różowa koszula, ulizana fryzura, na twarzy butna mina, wzrok nieobecny, no i to cyzelowanie frazy, słowa po słowie, krystaliczny dźwięk każdej wypowiedzianej litery. To rola charyzmatyczna, w każdym calu perfekcyjna, wirtuozerska. Mistrzowska. Można odnieść wrażenie, że Jerzy Radziwiłowicz bawi się tworzoną przez siebie postacią, ciągle ją udoskonala, zmienia. Na oczach widzów tworzy wariacje na temat. Jest Malvoliem i opowiada o Malvoliu. 

Charakterystyka każdej postaci w tym spektaklu jest prowadzona do kulminacji poprzez konfrontacje, prowokacje, działanie pozostałych bohaterów.  Kostiumy podkreślają, ruch sceniczny potęguje, język ciała wzmacnia ten cel. Imponująca jest różnorodność stylistyczna aktorstwa, charakteryzacji, muzyki, co decyduje o odrębności tworzonych portretów bohaterów, jakby wyrzeźbionych z innego materiału, wsobną, autorską techniką. Może dlatego świetnie się sprawdza scenografia: tańczący żywopłot, rustykalne kanapy i fotele na kółkach przejeżdżające z aktorami przez scenę, zmieniające się olbrzymie obrazy w głębi sceny, postrzępiony żagiel okrętu, który może być latawcem. Najważniejsze jest jednak to, że zachowana została harmonia scenicznego przekazu. Bogactwo formy, gatunków, stylistyk nie wprowadza chaosu, nie skutkuje poczuciem nadmiaru, który mógłby być męczący, nieuzasadniony lub powodowałby zaburzenie jasności narracji, motywacji bohaterów. Trzeba podkreślić, ze to prostota, intensywność i kunszt gry aktorskiej decyduje o atrakcyjności sztuki. Działa jak magnes. Kradnie całą uwagę. Wiemy oczywiście, że duch Shakespeare'a tu króluje. Ale dyskretnie wycofany, pozostaje prawie niezauważalny. No cóż, "jeśli muzyka jest pokarmem miłości, graj dalej" WIECZÓR TRZECH KRÓLI wspaniała orkiestro, grajcie cudowni aktorzy. Na tak wysokim poziomie artystycznym możecie naprawdę grać wszędzie, dla każdej publiczności wszystko CO CHCECIE.

Źródło:

okiem-widza.blogspot.com
Link do źródła

Autor:

Ewa Bąk