„Kobieta samotna” Natalii Fiedorczuk i Anny Smolar w reż. Anny Smolar w Teatrze Powszechnym im. Zygmunta Hübnera w Warszawie. Pisze Jacek Sieradzki, członek Komisji Artystycznej 32. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.
Z przyjemnością wracam myślą i pisaniem do Kobiety samotnej, którą oglądałem bez mała rok temu, kilka dni po czerwcowej premierze. Parę dziesiątek obejrzanych później tytułów tylko mnie utwierdziło w przeświadczeniu, że kto jak kto, ale Anna Smolar ma już bardzo pewną rękę i kroi nią zgrabne, mądre i skuteczne przedstawienia. Choć w notatkach robionych na bieżąco trochę sobie grymasiłem. Że w tych jej koralikowych opowieściach (Melodramat czyli warianty współżycia alkoholika i jego opiekuna/ofiary; Orfeusz czyli katalog kłopotów z żałobą) mieliśmy szansę ogląda
temat z wielu zmieniających się perspektyw, a też i intencje osób działających były niejednoznaczne i niekiedy bardzo zaskakujące. Podczas gdy tu mamy linearną opowieść o sprawie, która bez wątpienia jest społecznie bolesna, budzi poruszenie, złość i protest. Ale nie ma tu dramatu, jeśli za cechy wyróżniające tego gatunku uznać jakiś dylemat, starcie racji, konflikt postaw, coś, czego się nie da rozstrzygnąć jednym zdaniem. Tu się da. Może dwoma. Jest skandalem, że państwo polskie, jego sądownictwo i generalnie panujący w nim klimat daje sukinsynom, co zmachali babie dziecko, a teraz nie chcą płacić alimentów, szeroką paletę możliwości uchylania się od obowiązku. A życie samotnej kobiety z dzieckiem jest drogą przez mękę i koszmary. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zaprzeczy. Co najwyżej skwapliwie postara się o tym nie myśleć – i z tej wygodnej amnezji spektakl Powszechnego wyrwie go, owszem, bezlitośnie i brutalnie.
Tytułowa bohaterka, samotna kobieta z niepełnosprawnym dzieckiem walczy jak pływak o utrzymanie się na powierzchni w najelementarniejszym znaczeniu. Ma długi, za chwilę straci mieszkanie, którego nie spłaca. Miała być polonistką w szkole, dziś utrzymuje się z czyszczenia internetu z paskudnych treści i jeszcze jeździ na taksówce Ubera. Niekoniecznie jest sympatyczna w tej walce. O roli Anny Ilczuk, aktorki w świetnym zawodowo momencie, pisałem: musi się bronić przed poniżeniem, opanować egzystencjalne lęki, trzymać twarz przed światem, ratować dziecko, jest w tym niemiła, oschła, oskarżycielska, nie da się lubić. Ale skuteczna: budzi wstyd.
A scenariusz, gdyby go jeszcze rozwinąć, byłby może kanwą obyczajowego filmu. Koleżanka z niegdysiejszej pracy w szkole wypowiada bohaterce mieszkanie, poglądowo zmuszając się do asertywności, bo tamta, owszem biedna, ale robi długi i nawet nie odpowiada na telefony. Mamy życie szkolno-rodzicielskie: grupa świetnie sytuowanych burżujów próbuje się szarogęsić. Jest wykwintnie czuła na społeczne nierówności, chętnie złoży się na koszt klasowej wycieczki dla osoby z biedniejszej rodziny, żeby nie pogłębiać podziałów. Przenikliwie pokazane jest, jak ci, w końcu inteligenci, próbują uniknąć protekcjonalizmu – i jak ów protekcjonalizm szybko i łatwo ich ogarnia. A dążenie do wywalenia ze szkoły syna bohaterki jako osoby obciągającej poziom, też rychło wybija spod eleganckiej porcji frazesów. Z chwili na chwilę coraz bardziej bezwzględnie.
Lepsze, ale też chore stosunki ma bohaterka z ciałem pedagogicznym. Wychowawczyni (Natalia Lange) ze znieczulonej służbistki staje się, może przez chwilę, czułą przyjaciółką, aliści jej serdecznoś
tylko zwielokrotnia poczucie bezradności. Z wuefistą (Oskar Stoczyński kreuje, by tak rzec, kwintesencję wuefistości) bohaterka ma romans. Wynika z niego jakiś jej absurdalny napad na szkołę, oczywiście wywołany nawarstwieniem się beznadziei, nie wiadomo właściwie realny, czy imaginowany. Takich okienek dziurawiących realistyczną narrację i całą konwencję widowiska jest jeszcze parę. Scenografia Anny Met z wielkim, nieforemnym głaziskiem wiszącym nad sceną i nad losem wszystkich postaci. I nade wszystko obsadzenie synka bohaterki. Gra go raperka i tancerka Rifa Ri. Jej strumienie rapu mają być komentarzem do opowieści; rozumiem i doceniam ich moc, ich temperaturę, ich wybuchową mieszankę złości z liryzmem, choć akurat na mnie litanie wściekłych słów słabo działają.
Czytam w recenzjach, że ważne było spotkanie Anny Ilczuk z Karoliną Adamczyk, grającą wspomnianą właścicielkę mieszkania; pisano, że to emocjonalny łącznik z Melodramatem, gdzie finałowe porozumienie właśnie tych kobiet niosło jakąś nadzieję. Na moim spektaklu nie było jednak Karoliny Adamczyk tylko zastępstwo, chyba pospieszne. A na nadzieję miejsca nie było w całej opowieści, ani z początku, ani w środku, ani na końcu.
Coś w zamian dostaliśmy w ostatniej scenie: w rozmowie bohaterki z prawnikiem. Grany przez Michała Czachora jeden z dzianych rodziców, wzięty jurysta, ujawnia, że już jest niewzięty, właśnie wywalili go z kancelarii, bo przegrywał zbyt wiele spraw, a oni chcieli mieć kogoś, kto wygrywa. Siedzą więc na kanapie dwa przegrywy i robią sobie wisielcze jaja, bawiąc się w wyimaginowane rozmowy telefoniczne. Najpierw z prokuratorem, któremu dostaje się za zostawianie dłużników alimentacyjnych w miłym spokoju. A potem już jak leci: z jego byłą żoną, z jej byłym mężem, co pieści czule w Norwegii nową rodzinę, z komornikiem. Na koniec dzwoni papież, ten nowy. W brawurowym humorze oboje znajdują jedyne sobie dostępne odreagowanie bezwyjściowości. Gorzkie, pustośmieszne i jakoś jednak może ratunkowe?
Natalia Fiedorczuk, Anna Smolar KOBIETA SAMOTNA, spektakl inspirowany scenariuszem Agnieszki Holland i Macieja Karpińskiego. Reżyseria: Anna Smolar, scenografia i kostiumy: Anna Met, muzyka: Jan Duszyński, choreografia: Ryfa Ri, reżyseria świateł: Rafał Paradowski. Prapremiera w Teatrze Powszechnym im. Zygmunta w Warszawie 14 czerwca 2025.