„Władca much” Wiliama Goldinga w reż. Piotra Ratajczaka w OCH-Teatrze w Warszawie. Pisze Robert Trębicki w Teatrze dla Wszystkich.
Na scenie widzimy dwie potężne, stalowe konstrukcje – rampy, które mają imitować różnorodne przestrzenie: samolot, las, górę, wulkan czy świątynię. Są solidne, stabilne i imponująco wysokie. Gdyby były jeszcze wyższe, mogłyby posłużyć jako platformy do skoków na bungee albo do cyrkowych akrobacji na drążkach pod kopułą namiotu. Młodzi aktorzy z rozmachem demonstrują na nich swoją tężyznę fizyczną i umiejętności akrobatyczne. Ich sprawność i witalność budzą podziw – w powietrzu unosi się zapach testosteronu lub sali gimnastycznej.
Aktorzy biegają po rampach i wokół sceny, skaczą, wspinają się, tupią, a stalowe elementy scenografii zamieniają w broń – dzidy służące zarówno do polowania, jak i do atakowania współmieszkańców. Uderzają nimi o podłogę, napastują innych bohaterów i przede wszystkim – krzyczą. Wrzask staje się głównym środkiem wyrazu aktorskiego. W chwilach, gdy dialogi przybierają naturalną głośność, niewiele można zrozumieć – aktorzy są niesłyszalni.
Przedstawiona historia jest całkowicie zdezintegrowana, zdaje się opierać wyłącznie na wyobraźni widza, który musi sam dopowiadać i interpretować sens kolejnych wydarzeń. Nie sposób zrozumieć, skąd wynikają brutalne morderstwa, co powoduje podział na dwie grupy – z czego jedna jest agresywna, a druga niemal niewidoczna scenicznie. Trudno też odczytać sens załamania nerwowego jednego z liderów czy zrozumieć cel tajemniczego spotkania odludka z diabłem – sądząc po zniekształconym, demonicznym głosie, modulowanym elektronicznie.
Całość jest tak zagmatwana i pozbawiona dramaturgicznego rdzenia, że po pewnym czasie z rosnącym osłupieniem powtarzałem sobie w myślach: „O co tu właściwie chodzi?”. Szczególnie w finale, gdy na scenie pojawia się mężczyzna w wojskowym mundurze i kończy spektakl, rozpraszając rozbrykaną młodzież i każąc im wracać do domu – niczym gajowy z legendarnego dowcipu, który po tygodniu partyzanckich ganianek postanawia wreszcie zakończyć tę farsę i wyrzuca wszystkich z lasu.
Konrad Żygadło, który zachwycił mnie w Życiu towarzyskim i uczuciowym w Teatrze Ochoty, tutaj dzielnie macha dzidą, karnie potakuje i krzyczy. Maciej M. Tomaszewski – najjaśniejszy punkt spektaklu Sinatra 100+, wybitny w Olimpie – tym razem uderza dzidą w podłogę i próbuje być groźny. Bardzo groźny. Gdzie natomiast w Władcy Much mogą zaprezentować swoje aktorskie możliwości tacy artyści jak Ignacy Liss, Jędrzej Hycnar czy Helena Englert, która niedawno zachwyciła w roli Ofelii w Hamlecie? Na stalowych rampach? Rzucając pluszową muszlą morską? W dymie unoszącym się z podłogi?
Po dobrym spektaklu zwykle sięgam po książkę, biografię, płytę lub film, na podstawie którego powstała inscenizacja. Tym razem zastanawia mnie tylko jedno: po co w ogóle powstał ten spektakl? Czy to realizacja szkolnej lektury przeznaczona dla młodzieży i wystawiana głównie na wykupionych przez szkoły spektaklach porannych?