Prapremiera dramatu Magdaleny Drab w reżyserii autorki – 25 października 2025 na Scenie na Strychu Wrocławskiego Teatru Współczesnego.
Syndrom rezygnacji wśród dzieci uchodźców wciąż jest mało znany. Kiedy Ty się z nim zetknęłaś?
Magdalena Drab: Sześć lat temu przeczytałam w Gazecie Wyborczej reportaż „Dzieci śpią ze strachu” autorstwa Doroty Borodaj, ilustrowany zdjęciami Tomasza Kaczora. Wcześniej w ogóle nie wiedziałam, że taki syndrom diagnozuje się u dzieci uchodźców, że reakcja organizmu dziecka na lęk może być tak gigantyczna. Wydało mi się to wstrząsające, otrzeźwiające i jednocześnie bardzo ludzkie. Uświadomiłam sobie, że często również jako społeczeństwo dystansujemy się, mamy poczucie zbiorowej bezradności albo braku kompetencji, żeby poradzić z ciężkimi kryzysami, gdy trudno o jakiekolwiek rozwiązanie. Zaśnięcie dziecka tę apatię przerywa, jest bardzo radykalną reakcją. Trudno pozostać wobec tego obojętnym.
Ale z napisaniem dramatu czekałaś kilka lat.
To prawda. Dopiero kiedy zostałam zaproszona do konkursu STREFY KONTAKTU, zdecydowałam się napisać o tym sztukę. Ten komfort pracy rocznej pozwolił mi się z tym tematem zmierzyć. Teatr daje dużo przestrzeni również do kontaktu emocjonalnego z ludźmi. Może nie daje konkretnych rozwiązań, np. prawnych, ale pozwala na taką zmianę wewnętrzną, empatyczną na płaszczyźnie widz – aktor czy twórca. Myślę, że możemy trochę tej empatii czy humanizmu w sobie obudzić właśnie przez rozmowę na scenie.
Co z reportażu odbija się w Twoim dramacie?
Najbardziej obraz rodziny. Ze zdjęcia pamiętam dłonie nad śpiącą córką, siostrą. Dłonie, których nagle robi się bardzo dużo i jedyne, czego mogą się złapać, to siebie nawzajem. Wokół jest tylko pustka. Nasza codzienność sprawia, że mamy dużo takich dekoracji, które nam utrzymują poczucie bezpieczeństwa, sprawiają, że wierzymy, że jesteśmy w środku świetnego planu, że go realizujemy i że wszystko jest dobrze. Kiedy nagle te dekoracje znikają, zostajemy tylko my sami i nasi bliscy. To jest jedyna stała, której można się trzymać.
Czy tekst zmieniał się w trakcie pracy reżyserskiej?
Kiedy zabrałam się za realizację, to przede wszystkim dokonałam wielu skrótów. Tekst trzeba było podporządkować dramaturgii scenicznej, bo zbudowany jest raczej na montażu filmowym, a wymagał wpisania w rzeczywistość sytuacji bardziej metaforycznych. Ten dramat jest dla mnie wyzwaniem właśnie przez jego wielopoziomowość. Jest pełen elementów, które działają w pewnym sensie niezależnie, łączy różne konwencje gry.
Na przykład jakie?
W „Strefie 0” operujemy przede wszystkim konwencją surrealistyczną. Jesteśmy w środku koszmarnego biurokratycznego snu, co wpływa na grę aktorów, wymaga różnorodnych formalnych rozwiązań. Ale mamy też bardzo emocjonalne, psychologiczne granie w przypadku rodziców. Na scenie jest też dziewczynka, dziecko, które niesie z sobą pewien element niereżyserowalny, naturalny, żywy, obserwujący i wymykający się porządkowi teatralnej formy. Dziecko jest też tym, kto może ten nasz doskonale skontrolowany, urzędniczy, biurokratyczny świat zdetonować.
Od początku wiedziałaś, że chcesz wprowadzić na scenę postać małej dziewczynki?
Tak, mała dziewczynka na scenie wydaje mi się niezbędnym i podstawowym założeniem całej historii. Dziecko i to, co wydarza się w dziecku, oznacza też, że nie można wszystkiego do końca zaplanować.
Jak wykorzystujesz swoje wszechstronne doświadczenie teatralne w pracy nad tym spektaklem?
Ten spektakl w swojej konwencji jest skomplikowaną strukturą i od początku czuję tę wielość elementów, które muszą współdziałać, a jednocześnie być trochę niezależne. Mamy właściwie wszystkich aktorów na scenie, pętlę czasową, jak w niekończącym się déjà vu, ale ta pętla się skraca, wciąż coraz mocniej zaciska na bohaterach. Zdyscyplinowane działanie choreograficzne musi być jednocześnie wypełnione emocjami, na które aktorzy potrzebują dużej wolności i przestrzeni. Do tego mamy kosmiczne wideo na dziesięciu ekranach. Ekrany działają niezależnie, więc tworzymy rytmy, przejazdy przez różne światy. I w tym wszystkim panuje zima, która mrozi bohaterów. Plus jeszcze mamy żywą, pełną wigoru, ale też odczuć małą istotę, dziewczynkę, główną bohaterkę, której sen właśnie się rozgrywa. Połączenie tych elementów jest dla mnie na pewno wyzwaniem i w stu procentach korzystam z moich różnych doświadczeń, zarówno jako reżyserki, dramatopisarki czy aktorki.