Znowu w stolicy rwetes. Tym razem, jak donoszą, o teatr. Nie o to bynajmniej, co grają – bo kto by się tam przejmował drobiazgami – ale o to, że teatr ma zniknąć. „Komuna Warszawa”, scena dumnie eksperymentalna (co zazwyczaj oznacza, że nikt nic nie rozumie, ale wszyscy udają, że jest głęboko), ma ustąpić miejsca deweloperowi – pisze Konrad Szczebiot w AICT Polska.
Ludzie kultury, jak to ludzie kultury, natychmiast zasiedli do pisania listów. Piszą apele do prezydenta Trzaskowskiego, żeby ratował, interweniował i nie pozwolił. I tu zaczyna się, proszę Państwa, rzecz najzabawniejsza, czyli stary, dobry absurd w nowej odsłonie.
Mamy bowiem taką sytuację: oto Miasto (czyli Ratusz, czyli pan Trzaskowski) jedną ręką ten awangardowy przybytek sztuki utrzymuje. Daje dotacje, klepie po plecach, cieszy się, że kultura jest „postępowa” i „zaangażowana”. Ale jednocześnie druga ręka tego samego Miasta, czyli biuro od planowania, czy tam od architektury, robi wszystko, by w tym samym miejscu deweloper mógł postawić szklany biurowiec.
Artyści biegną więc do urzędników po ratunek. A co robią urzędnicy? Jak donosi prasa: „rozkładają ręce”.
To jest, szanowni Państwo, kwintesencja zarządzania w stylu, który znamy od lat, choć pod różnymi szyldami. Nieważne, czy to głęboki socjalizm, czy dziki kapitalizm podlewany biurokratyczną niemocą – efekt jest ten sam. Mamy chaos, którego nikt nie kontroluje, i urzędnika, który jest bezradny wobec procedur, które sam wymyślił.
Bo przecież deweloper robi swoje. Deweloper jest jak siła przyrody; chce budować i zarabiać. Trudno mieć do niego pretensje, że jest deweloperem, tak jak trudno mieć pretensje do tygrysa, że je mięso. Problem w tym, że od tego jest Miasto, żeby tego tygrysa trzymać w klatce, albo przynajmniej wyznaczyć mu miejsce, gdzie może polować.
Ale nasze Miasto woli pisać strategie rozwoju kultury, organizować festiwale i chwalić się „różnorodnością”, po czym rozkłada ręce, gdy przychodzi „międzynarodowy kapitał” i mówi: „przepraszam, my tu teraz stawiamy ścianę szkła”.
I tak artysta, który myślał, że jest solą ziemi, bo dostaje dotacje z Ratusza, dowiaduje się, że Ratusz owszem, da mu na premierę, ale na czynsz już niekoniecznie, bo działka idzie pod młotek.
To jest właśnie ten teatr absurdu, na który bilety sprzedaje samo Biuro Kultury. Z jednej strony mamy „postępowych” artystów, którzy żyją z państwowej kroplówki, a z drugiej bezduszny kapitał. A pośrodku stoi urzędnik, który szczerze współczuje obu stronom, ale niestety „nic nie może zrobić”.
Czysta komedia. Obawiam się tylko, że mało śmieszna.