05.12.2020, 09:20 Wersja do druku

Widma Kantora rezonują z naszym życiem

Kiedy w Cricotece zaczęto pracować nad wystawą „Tadeusz Kantor. Widma”, nikt nie przypuszczał, co się niebawem wydarzy. Nikt nie wiedział, że będziemy pozamykani w domach, bojąc się o zdrowie swoje i najbliższych. Kiedy w końcu doszło do otwarcia ekspozycji, wszyscy byli zaskoczeni, jak pokazane tutaj klisze pamięci artysty, tkwiące w nim traumy pierwszej i drugiej wojny światowej potrafią rezonować z rzeczywistością, w której przyszło nam żyć i jak wiele mają nam do powiedzenia na temat z naszych lęków i niepewności.

fot. Zbigniew Prokop, Krzysztof Kućma

- Zdaję sobie sprawę z tego, że wszystkie obiekty, które znajdują się na wystawie, takie jak maszyny-pułapki, maszyny-tortur i inne narzędzia opresji bardzo mocno oddziałują na widza. Ogląda się je z trzeszczącego, drewnianego podestu, co ma wytrącić zwiedzających z dobrej kondycji. Tym bardziej, że mogą oni odnieść wrażenie, iż są obserwowani przez obiekty, które wyłaniają się z mroku. Na dodatek dochodzą do nich wzmocnione poprzez aparaturę dźwięki, takie jak kapanie wody. By wrażenie było jeszcze większe, na obiekty nałożyliśmy projekcje. Prześwitują one przez siatki, snując się po wystawie niczym tytułowe „Widma” - opowiada kuratorka ekspozycji Małgorzata Paluch-Cybulska.

Jest to kolejna stała wystawa, mającą za zadanie prezentację dorobku twórczego założyciela Cricoteki. Jednak różni się ona nieco od poprzednich, choćby brakiem chronologii prezentowanych prac i wyjątkową ich aranżacją. - Tym razem przygotowaliśmy coś w rodzaju antywystawy, która odbija się od pozostałych czterech odsłon. Wcześniej podążaliśmy za samym artystą, który pod koniec życia dużo myślał o swoim muzeum, tworzył podwaliny intelektualne pod tę instytucję, nadając jej wymiar edukacyjny, prezentujący jego dzieło od początku do końca. Teraz złamaliśmy tę zasadę i pokazaliśmy trudną pamięć i trudną przeszłości, która była obecna w spektaklach Tadeusza Kantora w sposób pozbawiony logicznej konsekwencji, ale przez to jeszcze mocniej oddziałujący na ludzi. Zaaranżowaliśmy tę wystawę tak, by obiekty wpisane w ideę realności najniższej rangi zaistniały tu jako autonomiczne instalacje, które przemówią do wyobraźni widza nawet takiego, który nie zna teatru artysty – mówi Małgorzata Paluch-Cybulska.

Prezentowane na wystawie obiekty pochodzą głównie z trzech ostatnich przedstawień Kantora: „Niech sczezną artyści”, „Nigdy już tu nie powrócę” i „Dziś są moje urodziny”. Zostały one poszatkowane, zestawione ze sobą zupełnie przypadkowo, by uwypuklić napięcia między ideami, które ze sobą niosą. Widzom pozwala to zastanowić się nad indywidualnością życia ludzkiego wtłoczonego w niełatwą historię i naznaczonego świadomością odchodzenia.

fot. mat. Cricoteki

- Tą świadomością był naznaczony cały teatr śmierci Tadeusza Kantora. Twórca w 1975 roku postanowił zerwać ze spektaklami, które w dużej mierze opierały się na dramatach Witkacego i stworzył „Umarłą klasę”. Dzięki temu krótkiemu momentowi, kiedy zaglądał do szkolnej klasy w opuszczonej, nadmorskiej miejscowości, zaczął zdawać sobie sprawę z tego, że przemijanie jest tym kluczowym narzędziem, które pomoże mu tworzyć jego kolejne dzieła teatralne. Od tego czasu szedł coraz głębiej w stronę siebie samego, aż pod koniec życia oświadczył, że nie interesuje go kierunek naprzód, tylko kierunek w głąb. Mówił też, że co wieczór w czasie przedstawień odbywa się rytuał składania ofiary, przy czym ofiarą jest on sam - dodaje kuratorka wystawy, którą warto zobaczyć zaraz jak zostanie otwarta. Przekonamy się wówczas, z jaką siłą wybrzmiewa na niej uniwersalny wymiar sztuki artysty.

Źródło:

Materiał nadesłany