30.11.2020, 16:58 Wersja do druku

W stronę mitu. 30-lecie "Shirley Valentine"

Pamięć w teatrze jest równie ważna, co same przedstawienia: buduje punkty odniesienia, pozwala zakotwiczyć spektakl w kontekstach, kreuje sceniczne legendy i wspiera teatralne mity. Współtworząc historię teatru mit staje się jej cząstką, sprytnie pozbywając się tego, co w obrazie mitycznym niepotrzebne i eksponując elementy budujące pozytywny wizerunek artystki, zespołu, dyrektora czy przedstawienia. Powstawanie mitu jednak nie zależy od precyzyjnych reguł, ale zależne jest od mnóstwa zmiennych - pisze Hubert Michalak w portalu Teatrologia.info.

fot. Adam Kłosiński

Od trzydziestu lat widownia w Polsce i na świecie może doświadczyć i współtworzyć budowania mitycznej struktury wokół kultowego (trzeba użyć tego określenia) przedstawienia w wykonaniu Krystyny Jandy, Shirley Valentine w reż. Macieja Wojtyszki. Spektakl natychmiast po premierze (3 listopada 1990) stał się scenicznym przebojem.

Zainteresowanie publiczności kazało Teatrowi Powszechnemu przenieść przedstawienie z Małej Sceny na Dużą Scenę i błyskawicznie uruchomić liczne tournées spektaklu po Polsce[1] i świecie[2]. Po odejściu Jandy z zespołu Teatru Powszechnego (czerwiec 2004) wydawało się, że przedstawienie zniknie, jednak zostało zakupione przez Teatr Polonia, prywatny teatr aktorki, gdzie doczekało się „drugiej premiery” (15 grudnia 2006).

Polska prapremiera tekstu Willy’ego Russella powstała w gorącym okresie społeczno-politycznym. Początek lat 90. był w kraju czasem formowania się rudymentów demokracji, odświeżania języka politycznego i społecznego, momentem startu kapitalistycznych karier i upadku niejednego zakładu pracy. Pozycja kobiety, już wcześniej daleka od stabilizacji, ulegała wówczas kolejnym zachwianiom: włókiennictwo zmniejszało produkcję (pierwsze wielkie zakłady upadły zaraz po przełomie z 1989 roku), zamykane sklepy zwalniały pracownice (handel to sfeminizowana branża), toczyła się burzliwa debata aborcyjna (1988-1993), powstawały grupy feministyczne i prokobiece (np. Polskie Stowarzyszenie Feministyczne zarejestrowane w 1989 roku). W tym właśnie wrzeniu odbyła się premiera bezpretensjonalnego monodramu o przeciętnej gospodyni domowej z Liverpoolu. Shirley, której nie udało się zostać stewardessą i musiała spełniać się w charakterze gospodyni domowej, pod wpływem impulsu oraz monologów prowadzonych do ściany, na oczach publiczności podejmowała życiową decyzję: postanawiała opuścić nieprzychylną Wielką Brytanię, zwykłe życie i męża, by wyjechać do Grecji.

Siłą tekstu Russela jest postawienie w centrum zwykłego człowieka. W momencie polskiej prapremiery sprawa ta dźwięczała może nawet mocniej niż obecnie: publiczność, zmęczona politycznym zamieszaniem i na nowo szukająca dla siebie miejsca w teatrze, dostała od duetu Janda-Wojtyszko bohaterkę modelowo przeciętną, zawadiacką ale i nostalgiczną, śmieszną w przywiązaniu do domowych rytuałów, nieco wulgarną i pozornie bezradną. Odnajdująca się we współczesnym dramatopisarstwie i obdarzona vis comica Janda jeszcze przed premierą sygnalizowała, że nasyciła postać własnym doświadczeniem i przeżyciami: „Ja już tyle różnych rzeczy przeżyłam w swoim życiu, jeśli chodzi o doświadczenia związane z dziećmi, domem, mężami, rozwodami, wyjazdami, że właściwie wszystko to mam już za sobą i do sztuki Shirley Valentine jestem jakby przygotowana”[3].

Po premierze krytyka uznała, że Teatr Powszechny wzbogacił się o sceniczny przebój. Podkreślano skracające dystans aktorstwo i bogaty rysunek bohaterki. Doceniano stronę wizualną (scenografia: Ewa Bystrzejewska). Zaznaczano wagę pracy tłumaczki podkreślając, że Małgorzata Semil w swym przekładzie trafnie zbliżyła mowę sceniczną do potocznej, wydobywając z jednej i z drugiej swoiste dla nich jakości[4]. Przedstawienie, choć z ducha brytyjskie, okazało się doświadczeniem zbiorowym, łatwym do zaakceptowania „fragmentem wspólnej cywilizacji”[5]. Co nie bez znaczenia, Shirley… dawała też otuchę i nadzieję: tytułowa bohaterka odnosiła tryumf nad prozą codzienności realizując (symbolicznie) potrzeby i tęsknoty swojej widowni. Ze skromnego, szlachetnego w swej prostocie przedstawienia publiczność wychodziła w dobrym nastroju, szczęśliwa, że otrzymała to, za co zapłaciła: „kobiety zyskują więcej wiary w siebie, a mężczyźni – może w końcu trochę lepiej je zrozumieją”[6].

Fundamentu siły oddziaływania Shirley… upatrywać można w dwóch aspektach: bezpretensjonalnej, bliskiej życiu treści podanej w przystępnej formie oraz artystycznej pozycji wykonawczyni.

fot. Adam Kłosiński

Zaprojektowany odbiorca docelowy (określenie nieco anachroniczne w stosunku do daty premiery) to żeńska część publiczności, która, jak można zgadywać, odnalazła w postaci Shirley część swoich tęsknot, obaw i nadziei. Przedstawienie stało się zresztą przedmiotem analizy socjologicznej, a nawet było polecane grupom terapeutycznym przez psychologów[7], co wiele mówi o jego oddziaływaniu. Kobiety częściej chodzą do teatru, zatem tytuł skierowany do nich w naturalny sposób spotkać się może z żywszym i bardziej intensywnym oddźwiękiem. Przez lata eksploatacji spektakl niepostrzeżenie ale wyraźnie stawał się jednak spotkaniem już nie tyle z gospodynią domową z Liverpoolu, co z samą Krystyną Jandą w scenicznych warunkach. Aktorka przechwyciła spektakl pozwalając mu zrosnąć się ze sobą, poniekąd opuszczając sceniczny świat, napędzając bohaterkę paliwem pozascenicznym.

Mitotwórczą pracę wykonuje również publiczność idąca do teatru nie „na przedstawienie” ale „na Jandę”, w szczególny sposób powtarzając XIX-wieczną praktykę aktoromanii, choć w innej skali i na odmiennych zasadach. Kult/mit przedstawienia został zresztą w pewien sposób uprawomocniony przez artystkę: Janda w 2002 roku na swojej stronie zapisała monodram z pamięci[8] przyznając tym samym, że wykonywany tekst nie jest tożsamy z utworem Russella i z przekładem Semil. Podczas przedstawienia mamy więc do czynienia nie tyle z inscenizacją „jednoosobowej komedii” (Russell woli to określenie od „monodramu”), co z każdorazowo powtarzaną operacją na tekście, sceniczno-dramatycznym performansem, działaniem zbudowanym na oryginalnym utworze i przefiltrowanym przez sceniczną praktykę Jandy. „Myślę, że spektakl zmienił się na tyle, na ile ja zmieniłam się przez te lata. Został temat, problem, konstrukcja, powód, dla którego opowiadam tę historię, a Shirley zmienia się razem ze mną. Zresztą ja już tego nie gram. Ja nią jestem”[9] powiedziała aktorka, wprost nazywając modyfikację tekstu i metamorfozę przedstawienia, które rozpoczęło swój żywot jako inscenizacja losów postaci, by stać się przestrzenią spotkania z aktorką, która spektakl ucieleśniła. Kilkanaście lat później Janda mówiła: „Ostatnio na Shirley przyszło kilku znajomych reżyserów filmowych, którzy widzieli to przedstawienie przed laty i twierdzą, że jest to dziś kompletnie inny spektakl”[10], co ponownie zaznaczyło i jeszcze mocniej podkreśliło ciągłą zmienność spektaklu.

W sukurs tym spostrzeżeniom idą recenzje i innego typu wzmianki prasowe. Rzadko zwracają one uwagę na trwające w czasie modyfikacje spektaklu. Niekiedy tylko zaznaczają, że „bohaterka – dziś dojrzała kobieta po przejściach – i interpretuje, i myśli odmiennie. To samo, ale w innym zabarwieniu, inaczej akcentując problemy”[11]. Kwestionowanie negatywów realizacji zbiega się z akcentowaniem jej zalet, piszący czują się w obowiązku skontrapunktować nieprzychylną uwagę pochwałą, np.: „Krystyna Janda [potrafi – HM] zagrać rolę Shirley tak brawurowo, że nie tylko nie mamy wrażenia obcowania z banałem, ale wręcz przeciwnie”[12]. Z czasem teksty poświęcone przedstawieniu zaczęły się skupiać na sile aktorskiej kreacji, humorze i terapeutycznym walorze produkcji. W ostatnich latach tytuły tekstów prasowych częściej chyba przywołują nazwisko Jandy niż imię scenicznej bohaterki.

Shirley… jest też przedstawieniem-paradoksem: od uruchomienia Teatru Polonia aktorka, obok komedii i fars, porusza na scenie tematy społeczne i polityczne, przygotowuje ambitne premiery wielkiej literatury teatralnej, ale to właśnie lekka Shirley… utożsamiana jest z nią ikonicznie. Rola sceniczna uległa od premiery modyfikacji, stała się hybrydą i zawisła pomiędzy kreacją a prywatną sceniczną obecnością, do czego nie doszło w żadnym innym przypadku. Dzięki temu zrośnięciu spektakl pozostaje żywy, niesforny i nasycony współczesnością artystki, jej temperamentem politycznym i obserwacjami społecznymi.

fot. Adam Kłosiński

Nurt fabularny i wykonawczy, które pracowały na powstawanie i utrwalanie legendy spektaklu, stopiły się w jedno. Sam proces łączenia jest trudny do uchwycenia, jednak od momentu przeniesienia tytułu do Teatru Polonia można już chyba myśleć i mówić o teatralnej legendzie/teatralnym micie. Pierwszy pokaz w Teatrze Polonia przywitano banerem z napisem „Witaj w domu, Shirley!”, i naprawdę trudno mieć wątpliwości, by dom Shirley mógłby być gdziekolwiek indziej niż na prywatnej scenie Krystyny Jandy. Obecnie przedstawienie grywane jest ledwie kilka razy w miesiącu – artefakt udostępniany rzadko staje się jeszcze cenniejszy.

O tym, czy ostatecznie Shirley Valentine w wykonaniu Krystyny Jandy stanie się teatralnym mitem zadecyduje przyszłość. Być może mamy do czynienia raczej ze zjawiskiem tymczasowym, z kultem, który otaczał niektóre przedstawienia komediowe (np. Letycję i lubczyk w reż. Macieja Englerta, prem. 14 grudnia 1989, Teatr Współczesny w Warszawie). Może przyglądamy się procesowi powstawania, rozpowszechniania i stabilizowania historii o sile oddziaływania porównywalnej z siłą mitu, ale do niego ostatecznie niesięgającej. A może obcujemy z czymś innym, na co nie mamy jak dotąd słowa. Siła przyciągania tytułu jednak nie zmalała nawet gdy przedstawienie było w ponaddwuletniej hibernacji (pomiędzy odejściem aktorki z Teatru Powszechnego a powrotem Shirley… w Teatrze Polonia). I zapewne dopóki tytuł utrzymywać się będzie na afiszu, dopóty obrastać będzie w anegdoty i apokryfy, przyciągać widzów i łatać budżet prywatnej sceny. Dopiero teatralna pamięć ustabilizuje pozycję przedstawienia.

Akademicka teatrologia niechętnie poświęca uwagę lekkim, popularnym przedstawieniom; poważniejsza refleksja o farsie czy komedii to w polskim piśmiennictwie – poza pracami Dobrochny Ratajczakowej – wieka rzadkość. Jest chyba jednak w Shirley Valentine potencjał na przewietrzenie uniwersyteckiej sali teatralnych arcydzieł. Kto wie, czy w przyszłości spektakl nie uzupełni szeregu legendarnych inscenizacji z powodów, o których dzisiaj jeszcze nie wiemy.

___

Teatr Powszechny im. Z. Hübnera w Warszawie, koprodukcja: Centrum Sztuki IMPART we Wrocławiu. Shirley Valentine, tłum. M. Semil, reż. M. Wojtyszko, scen. E. Bystrzejewska, w roli tytułowej: K. Janda, prapremiera: 3 listopada 1990 r., premiera w Teatrze Polonia: 15 grudnia 2006.

Przypisy
1. Pierwsze pokazy wyjazdowe odbyły się we Wrocławiu już w listopadzie 1990 r., w Centrum Sztuki IMPART, które było koproducentem premiery.
2. Dla Polonii w USA, Kanadzie i Australii.
3. MK, „Shirley Valentine” z Krystyną Jandą [w:] „Express Wieczorny”, 2 listopada 1990 r.
4. Zwraca na to uwagę np. H. Wach-Machlicka w tekście Twoje zdrowie, Ściana [w:] „Dziennik Zachodni”, 10 grudnia 1990 r.
5. Kat, Święta Joanna od zlewozmywaków [w:] „Tygodnik Solidarności”, 23 listopada 1990 r.
6. D. Parol, Zwykła kobieta [w:] „Echo Dnia”, 10 października 2008 r.
7. Por. D. Wyżyńska, Tysiące anegdot o „Shirley” [w:] „Gazeta Wyborcza” dodatek „Co Jest Grane”, 16 grudnia 2005 r.
8. Por. https://krystynajanda.pl/dorobek/shirley-valentine/
[dostęp: 6 listopada 2020 r.]
9. D. Wyżyńska, Przyjemność bycia Shirley [w:] „Gazeta Wyborcza”, 7 sierpnia 2001 r.
10. D. Wyżyńska, Krystyna Janda: Teatr dzisiaj nie może być już taki beztroski [w:] „Gazeta Wyborcza”, 25 sierpnia 2017 r.
11. ab, Inaczej, choć w tej samej roli [w:] Polska. Dziennik Bałtycki, 20 kwietnia 2012 r.
12. E. Zielińska, Shirley Valentine [w:] „Kurier Polski”, 12 listopada 1990 r.

Tytuł oryginalny

W STRONĘ MITU. 30-LECIE „SHIRLEY VALENTINE”

Źródło:

Teatrologia.pl

Link do źródła

Autor:

Hubert Michalak

Data:

25.11.2020