„Schody, schody, schody” wg scenar. Wojciecha Farugi i Macieja Jaszczyńskiego w reż. Wojciecha Farugi w Teatrze Collegium Nobilium w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Wszystkich.
Spektakl dyplomowy Wojciecha Farugi nie stara się ukryć swojego punktu wyjścia – dialogu z filmem Rybczyńskiego oraz z ikoną kina światowego, jaką jest scena na schodach odeskich z Pancernika Potiomkina. Ten ciężar tradycji jest tu obecny od pierwszych sekund: obrazy z monitora nie tyle wprowadzają w historyczny kontekst, ile funkcjonują jako matryca, z którą młodzi aktorzy muszą się nieustannie mierzyć. Zderzenie tego monumentalnego, wielokrotnie interpretowanego kadru z żywą materią aktorską jest najciekawszym elementem przedstawienia – a zarazem źródłem jego największych trudności.
Temat: szeroki, lecz momentami rozproszony
Spektakl deklaruje, że pyta o to, „co dziś dzieje się z naszym współczuciem” oraz jak funkcjonują obrazy przemocy w świecie przesyconym mediami. Problem polega na tym, że zakres podejmowanych kwestii jest bardzo szeroki – od turystycznego konsumowania traum po krytykę medialnej spektakularności, od konfrontacji „nas-tu-i-teraz” z figurami z przeszłości, aż po refleksje nad manipulacją obrazem.
Tak bogaty kontekst nie jest wadą samą w sobie, ale prowadzi do sporego rozproszenia. Sceny nie budują konsekwentnej dramaturgicznej progresji – raczej układają się w sekwencje równorzędnych komentarzy. W rezultacie spektakl nie prowadzi widza przez rozwijającą się myśl, lecz podsuwa kolejne pola skojarzeń, których powiązania pozostają już po stronie odbiorcy. Dla niektórych może to być atut, ale może również rodzić wrażenie oglądania kolażu, z którego znaczenia trzeba wydobywać samodzielnie, fragment po fragmencie.
Minimalistyczna scenografia – siła i ograniczenie
Opuszczane sztankiety i światła pozwalają studentom pracować w wyraźnym, czystym układzie scenicznym. To mądre i pedagogicznie uzasadnione rozwiązanie. Jednocześnie jednak przestrzeń momentami wydaje się aż zbyt ascetyczna: brakuje w niej punktów oporu, materialnych elementów, które pozwoliłyby głębiej budować relacje pomiędzy postaciami a miejscem, w którym się znajdują.
W efekcie część scen opiera się głównie na obecności i energii aktorów, ale sama przestrzeń nie dopowiada sensów, nie komplikuje sytuacji, nie stawia przeszkód. Dramaturgicznie rzecz biorąc, przypomina to bardziej salę do ćwiczeń niż przestrzeń dla przedstawienia, które mierzy się z tak ciężkim tematem jak reprezentacja przemocy.
Relacja z obrazem filmowym – niewykorzystany potencjał
Monitory,
na których pojawia się scena Eisensteina, działają jak stale otwarte
okno do innego świata. W zamyśle powinny budować napięcie między
oryginalnym filmowym patosem a współczesną banalnością. W praktyce obraz
często funkcjonuje obok działań scenicznych, nie wchodząc z nimi w
organiczną relację.
Brakuje momentów, w których aktorzy musieliby
realnie wejść z filmem w dialog – podważyć go, przetworzyć albo zmusić
do nowego odczytania. Młodzi wykonawcy funkcjonują raczej obok filmowej
matrycy niż w jej bezpośrednim uścisku, co sprawia, że najważniejsze
pytanie spektaklu („jak dziś zagrać wojnę?”) nie wybrzmiewa tak mocno,
jak mogłoby.
Dramaturgia – dialog z aktorami, ale nie zawsze z napięciem
Fakt,
że tekst powstał w rozmowie ze studentami, jest wyczuwalny: widać, że
sceny zostały „napisane pod nich”. To pozwala im brzmieć naturalnie.
Jednocześnie dramaturgia nie zawsze różnicuje napięcia. Kolejne sceny
pojawiają się w podobnej tonacji – emocjonalnej i formalnej – co może
pozostawić wrażenie jednostajności.
Brakuje wyraźnych
kontrapunktów: momentów naprawdę wyciszonych albo przeciwnie –
radykalnie zmieniających formę. Taka zmiana jakości mogłaby mocniej
uwydatnić sensy i nadać spektaklowi wyraźniejszy kręgosłup.
Pytania silniejsze niż odpowiedzi
Najbardziej
udanym aspektem przedstawienia jest wyczuwalna u studentów próba
zmierzenia się z problemem obojętnienia. Pojawia się szczera potrzeba
krytycznego spojrzenia na konsumpcję obrazów przemocy.
Jednak w
tym miejscu powstaje pewna luka: spektakl dużo mówi o tym, co jest dziś
nieadekwatne, wyczerpane, nie do utrzymania – ale nie proponuje własnej
strategii reprezentacji. Można odnieść wrażenie, że młodzi aktorzy
dostali trudne pytanie, a przedstawienie pozostawia ich w pół kroku:
pomiędzy deklaracją a próbą scenicznego rozwiązania.
Nie jest to
zarzut wobec studentów – raczej zachęta, by w przyszłych etapach
poszukać narzędzi, które pozwolą pójść jeszcze dalej. Młodzi aktorzy
pracują z powagą i świadomością tematu, a Faruga prowadzi ich tak, by
nie popadli w teatralną dosłowność. Jednocześnie konstrukcja spektaklu
chwilami ogranicza to, co mogłoby wybrzmieć pełniej.
„Schody,
schody, schody” pozostawiają wrażenie otwartego procesu: poszukiwania
języka, który pozwoliłby mówić o przemocy inaczej niż przez jej
sceniczną symulację. I to właśnie widać najlepiej – że młodzi artyści
próbują ten język odnaleźć, choć nie zawsze dostają od formy narzędzia,
które mogłyby ich poprowadzić dalej.
Ocena recenzenta: 4/10