Logo
Recenzje

„Iwona księżniczka Burgunda” w Ateneum – Gombrowicz bardzo żywy

21.05.2026, 15:19 Wersja do druku

„Iwona, księżniczka Burgunda” Witolda Gombrowicza w reż. Anny Augustynowicz w Teatrze Ateneum im. Stefana Jaracza w Warszawie. Pisze Piotr Zaremba w „Polska Times”.

fot. Krzysztof Bieliński

Takiego Gombrowicza, nieuwikłanego w ideologiczne konfrontacje, opowiadającego po prostu o wstydliwych tajemnicach człowieczych wnętrz, lubię najbardziej. Choćby prawda o tym, jak ludzka bezbronność potęguję agresję otoczenia, jest najprawdziwsza z prawdziwych. W Ateneum znalazłem i tę prawdę, i melancholijny smutek.

„Iwona księżniczka Burgunda” to jedna z kilkunastu najważniejszych dla mnie sztuk teatralnych. Dlaczego? Do teatru zacząłem chodzić wcześnie, a Dramatyczny w Warszawie była jedną z ulubionych scen, mojej mamy i moją. Wcześnie też zetknąłem się z dramatami Witolda Gombrowicza. Ale na przykład „Ślub” obejrzany właśnie w Teatrze Dramatycznym (pierwsza wersja Jerzego Jarockiego) okazał się dla mnie wprawdzie piekielnie efektowny, ale przecież niemal kompletnie niezrozumiały.

To we mnie żyje

Z „Iwoną”, którą zrobił w Dramatycznym Ludwik René , zasłużony artysta związany z tym miejscem od dziesięcioleci, było inaczej. Premiera była w roku 1975, ja musiałem to widzieć nieco później niż w wieku lat dwunastu. Wydało mi się, że wszystko pojąłem.

Dziewczyna tak zdefektowana, że budząca żądzę mordu, i dwór, który musi się wobec niej określić. Postaci którym przybłęda, uznana przez Księcia Filipa za narzeczoną, przypomina własne mankamenty albo grzechy. I owe wszystkie Gombrowiczowskie: „Matka kłania się ojcu. Ojciec kłania się matce” – ćwiczenia z relacji, w których jedni żyją poprzez drugich i dla drugich. Ja to zrozumiałem! To był triumf.

Oznaczało to zarazem zaakceptowanie świata teatralnej groteski i metafory. Opowiadania ze sceny nie na modłę realistyczną. Jako dziecko przez krótką chwilę uznawałem to za dziwactwo. A potem się w tym szybko zanurzyłem. Kluczem była chyba w największym stopniu telewizyjna „Matka” Jarockiego, przeniesiona ze Starego Teatru w Krakowie, i właśnie tamta „Iwona”.

Wtedy nam się wydawało, że godzimy się w ten sposób z „awangardą”, owszem graną w polskim teatrze od paru dziesięcioleci, ale przez nas, zwykłych peerelowskich zjadaczy chleba, kupowaną stopniowo, niemal z oporami. A jednak kupowaną. Dziś „Matka” czy „Iwona” to szacowna klasyka, a teatr przeskoczył w międzyczasie kolejne percepcyjne progi, niekoniecznie do końca w zgodzie ze mną. Dziś nie zawsze opowiada on ciekawe historie. „Iwona” nie jest historią realistyczną, ale na pewno ciekawą.

Zarazem było to zanurzenie się w świat arcybogatego w sceniczne pomysły i osobowości teatru lat 70. Magdalena Zawadzka jako ofermowata Iwona i Piotr Fronczewski jako zblazowany Książę Filip – oni są ze mną w tamtych swoich postaciach do dziś. Zawadzka, aktorka Ateneum, była na premierze w tym teatrze jako widz. Ja pamiętam z połowę obsady tamtego przedstawienia: Bogdan Baer jako Król Ignacy, wspaniała tragiczka Zofia Rysiówna jako Królowa Małgorzata, czyli parodia tragedii, Witold Skaruch jako Szambelan, Marek Bargiełowski jako Cyryl, Małgorzata Niemirska jako Iza, dama dworu. Niektórzy jeszcze grają, niektórych – niestety – ledwie pamiętamy, bo teatr jest tak kruchy. A ja wspominam.

Potem była wspaniała „Iwona” Zygmunta Hübnera z Teatru Powszechnego (1983), dzieło mądrego człowieka, który zawsze wiedział, że ego reżysera nie powinno przesłaniać wymowy tekstu, jeśli klarowny i „po coś”, a sukcesu szukał w doborze aktorów i w teatralności najprostszej. Z niesamowitym Zbigniewem Zapasiewiczem jako Królem, z zupełnie odjechaną Darią Trafankowską jako Iwoną, i z „gęstym” Mariuszem Benoit jako Szambelanem. Podziwiałem, pamiętam, niemniej to pierwsza „Iwona” jest bardziej moja, to ona we mnie siedzi. Piętnastolatek zrozumiał wtedy. Albo tak mu się zdawało. Ale potem przeczytał, że trochę racji miał.

Przyznam, że bałem się „Iwony” Anny Augustynowicz. Jej opolsko-szczeciński „Ślub” wydał mi się zgrabnym, ale jednak brykiem, skrótem. Bez intensywnej obecności wyciętego nożyczkami reżyserki dworu, miotanie się Henryka wydało mi się niepełne, nie do końca czytelne. Z kolei jej niedawna „Matka” Witkacego w Ateneum też była nadmiernie ściśnięta. A przecież wbrew pozorom to akurat jedna z najlepszych opowieści tego autora, cóż że postawiona na głowie. Przekonał mnie o tym przed dziesiątkami lat Jarocki.

Nie żeby wszystko mi się spod jej ręki nie podobało, „Wyzwolenie” w warszawskim Teatrze Polskim przyjąłem, choć z kolei nie przepadam za samym tym dramatem. Ku mojemu zaskoczeniu jej „Iwona”, znów z Ateneum, wywołała moją nawet entuzjastyczną zgodę.

Świat spłowiałego dworu

Poza drobiazgami wszystko mi tu raczej pasowało. Tak, to mój teatr. Tak jak René  i jak  Hübner autorka tej inscenizacji nie goniła za ułudami „nowych odczytań”. A jak zauważył spotkany na premierze aktor, tekst Gombrowicza okazuje się zaskakująco żywotny. Zgadzam się z tym, i to jako człowiek, który nie przed całą twórczością tego autora bije rytualne pokłony.

Dekoracje Marka Brauna są wzorowo abstrakcyjne, mienią się czymś trudnym do nazwania, w samym finale zaskakuje projekcja widoku z drona. W sumie to słuszne, dwór i całe królestwo znajdują się  wszędzie i nigdzie, są także zawieszone poza czasem, pomimo chwilami wyszukanego języka Szambelana.

Kostiumy Tomasza Armady? Cóż, wolałbym może stroje bardziej klasyczne, towarzysko-wieczorowe. Ale ich bajkowa pseudohistoryczność mieści się w gamie dopuszczalnych interpretacji. Muzyka Jacka Wierzchowskiego, skądinąd dyskretna, jest jakimś żartem na temat wielkiego świata, wyczuwa się w niej rytmy międzywojnia. Ale wraz z burościami tła wszystko jest cokolwiek zetlałe, tak jakby ten świat wypalał się i płowiał.

I w tym wszystkich rozgrywa się w dość żwawym tempie ta dziwaczna historia. W zasadzie bez większych cięć, od początku do końca. Może znów trochę zbyt ściśnięty wydał mi się dwór. Bartłomiej Nowosielski grał dzielnie, częściowo w masce czy raczej kominiarce, i lokaja Walentego i kolejnych dworaków. Ale biorąc pod uwagę pewną atrapowość scenografii (rolę dworskich mebli pełni jedna, zresztą wymieniana w różnych kontekstach kanapa), można powiedzieć, że markowanie dworu zamiast jego pełnej ekspozycji jakoś się tłumaczy. Choć skądinąd współczesne teatry coraz mocniej oszczędzają na obsadach.

Może w paru momentach przechodzimy za szybko obok niuansów. Po stylowej ekspozycji postaci dworskich, oglądających zachód słońca, mkną przed nami kolejne etapy męki Iwony. I tu pewne zaskoczenie. W tej roli obsadzona została Karolina Charkiewicz, jeden z cenniejszych młodych nabytków Ateneum, dopiero co zasłużenie nagrodzona na Kaliskich Spotkaniach Teatralnych za rolę w chorwackiej rodzinnej sztuce „Mój syn chodzi, tylko trochę wolniej”. Co zapowiadało popis, w tamtym dramacie aktorka bardzo sugestywnie imitowała spektrum autyzmu.

Mam wrażenie, że reżyserka trochę ją pozbawiła okazji do pełnego rozwinięcia talentu. Obecność na scenie i Zawadzkiej i Trafankowskiej pamiętało się bardzo intensywnie. Charkiewicz została poprzesłaniana a to ciemnymi okularami, a to maską. W makabrycznym finale, tu uczty upozowanej na sąd kapturowy, nie widać jej w ogóle. To bardziej idea obecności Iwony niż Iwona cielesna, choć w kilku momentach jej znękana sylwetka na smyczy robi wrażenie.

Ważniejsze jest wszakże nie to, co ona robi i jaka naprawdę jest, a jak oni, ludzie z jej nowego otoczenia, ją widzą. W teatralnym programie czytamy o rozmaitych wariantach wyobrażenia Iwony z poprzednich inscenizacji. Augustynowicz jakby trochę skryła własną interpretację tego, kim Iwona w istocie jest.

Jest komunikatem, mglistym sygnałem, ożywiającym innych. Po pierwsze Księcia Filipa. Miał go grać Dawid Ogrodnik, teatr już ogłosił jego akces co najmniej do tego spektaklu. Ostatecznie zamiast niego pojawił się Maciej Musiałowski, też znany głównie z kina, najbardziej z filmu „Hejter” Jana Komasy. Aktor bywa też tematem doniesień jako młody celebryta (ma zamek na Dolnym Śląsku, urządza tam festiwale i uczty).

Jak wypadł? Może w kilku momentach brakło mu otrzaskania ze sceną, może mówił chwilami zbyt mało dobitnie. Ale to sugestywna, bardzo intensywna rola. Po Gombrowiczowsku skomplikowana. To ktoś, kto próbując wyzwolić się  na chwilę z konwencji, jest zmuszony nie tylko ją ratować, gdy Iwona chwieje nią samą swoją obecnością, ale staje się postacią coraz bardziej szaloną i nieludzką. I jeszcze na dokładkę pozostaje po trosze kruchym, wystraszonym  dzieckiem w samej końcówce, co aktor wygrywa swoją chłopięcością. Chapeau bas, pan Musiałowski zdał egzamin już nie z autentyczności przed kamerą, a z teatralnej wiwisekcji człowieczeństwa czystą umownością.

Okrutny dwór, okrutny świat

Prawdziwymi perłami są role Króla i Królowej, czego  skądinąd można się było spodziewać. Maria Ciunelis grała w Ateneum Iwonę, w inscenizacji znawcy Gombrowicza Waldemara Śmigasiewicza oraz Macieja Wojtyszki, w roku 1991. Oryginalna uroda i zwłaszcza niezwykły głos aktorki, połączone z niezwykłymi zdolnościami transformacyjnymi, nadawały tamtej roli iście surrealistyczny wymiar.

Tu jakkolwiek zaczyna jako postać z dworskiej komedii, też szybko znajduje ten charakterystyczny dla niej ton, trochę przekory, trochę drwiny z samej siebie, trochę umiejętności przepoczwarzania się. Można by uczyć studentów na przykładzie tej Małgorzaty, jak grać postaci z Gombrowicza. Acz chyba to tyleż umiejętność techniczna co dana przez Boga lub naturę kwestia niezwykłej osobowości. W wielu innych sztukach Ciunelis budzi sympatię lub przynajmniej współczucie dla obnażanego przez nią, czasem okrutnie, człowieczeństwa. Tu przede wszystkim się z natury swojej postaci natrząsa. Tragizm jeśli w tym jest, to niemal mimowolny.

Król Przemysława Bluszcza to równie celne trafienie. Zaczyna jako postać niemal z komedii dell’arte, temu służy śmieszna charakteryzacja i ruchy. Ale ta twarz jest zarazem przeraźliwa. Ignacy zmienia się w postać odartą z dworskiego blichtru, coraz bardziej złowieszczą. Często grywający twardzieli Bluszcz jest tu zabawną wariacją na ten temat, ale i kimś w finale bardzo serio.

To samo można powiedzieć o Szambelanie Adama Cywki. To przykład roli pełnej drobnych subtelności i niuansów, bardzo technicznej. Ale w tym dworaku jest coś więcej niż zewnętrzność. Tyle że to zła wiadomość dla Iwony, a w szerszym sensie dla świata.

Oczywiście nie są to osobowości realistyczne. A już reszta postaci to plakaciki, bardzo jednak wyraziste, zarysowane umiejętnie. Krystian Pesta jako Cyryl i Paweł Gasztold-Wierzbicki jako Cyprian to pozbawieni wrażliwości młodzi mężczyźni, zarazem zabawki w rękach bawiącego się muszkami chłopca Filipa. Katarzyna Łubik jako dama dworu Iza jest do pewnego stopnia postacią bardziej racjonalną, powiedzmy wprost, normalną, niż reszta dworu. A zarazem pozostaje uosobieniem czystej konwencjonalności.

Dyrektor Teatru Wybrzeże Adam Orzechowski realizując niedawno własną wersję „Iwony” na swojej scenie, ogłaszał, że to sztuka naładowana mizoginizmem (na co chciał replikować). Coś w tym jest, mamy tu pogardliwe uwagi męskich bohaterów o kobietach. Zarazem można ten komediodramat czytać odwrotnie. Mężczyźni są tu większymi drapieżnikami niż kobiety. W tym sensie to kawałek prawdy o społeczeństwie patriarchalnym.

Równocześnie zaś nie szukajmy tu zbyt nachalnie publicystycznego czy ideowego klucza interpretacji. Owszem, świat jest tu niby światem starych, klasowych, konwencji i rytuałów. Ale to głównie kostium. Ta historia mogłaby się dziać w różnych zbiorowościach, choćby we współczesnej szkole, gdzie znajdujemy inne hierarchie. Takiego Gombrowicza, nieuwikłanego w ideologiczne konfrontacje, opowiadającego po prostu o wstydliwych tajemnicach ludzkich wnętrz, lubię najbardziej.

Zarazem pozostaje on autorem okrutnym. Pamiętam ogarniający mnie smutek finałami kolejnych inscenizacji „Iwony księżniczki Burgunda”. Choćby prawda o tym, jak ludzka bezbronność potęguję agresję otoczenia, jest najprawdziwsza z prawdziwych. W Ateneum znalazłem i tę prawdę, i ten melancholijny smutek. Dziękuję za to.

Tytuł oryginalny

„Iwona księżniczka Burgunda” w Ateneum – Gombrowicz bardzo żywy

Źródło:

„Polska Times”

Link do źródła

Autor:

Piotr Zaremba

Data publikacji oryginału:

21.05.2026

Sprawdź także