Logo
Recenzje

Uwięzieni

1.01.2026, 10:46 Wersja do druku

„Noc śpiewa swoje pieśni” Jona Fossego w reż. Łukasza Lewandowskiego w Teatrze Osterwy w Lublinie. Pisze Malwina Kiepiel w Teatrze dla Wszystkich.

fot. Maciej Rukasz

To przedstawienie wyrasta z tego, co u noblisty Jona Fossego najbardziej charakterystyczne: z surowości, ascetycznego języka i pauz. Słowo ma tutaj być wszystkim. Nie konstrukcja sceniczna, ale właśnie fraza Fossego – precyzyjna, oszczędna, a jednocześnie gęsta od emocji. To ona prowadzi aktorów i wyznacza granice świata, w którym rozgrywa się dramat ludzi niezdolnych do porozumienia.

Fosse tragizmu swoich postaci nie wznosi na wielkich czynach, lecz na ograniczeniach, z którymi się rodzą. Dawniej nazywano to przeznaczeniem, dziś mówimy o predyspozycjach, których nie wybieramy. Mężczyzna w tym dramacie cierpi nie dlatego, że zrobił coś źle, ale dlatego, że nie ma narzędzi, by udźwignąć życie. Jego rodzice tkwią w tradycyjnych rolach i nie dostrzegają skali pęknięcia. Uznają, że nowo narodzone dziecko naprawi sytuację. Traktują to myślenie jako oczywistość – a Fosse jasno pokazuje, że nie ma tu żadnej drogi w stronę harmonii.

Minimalistyczna scenografia podkreśla te sensy. W tak surowej, prostej przestrzeni akcent przechodzi na ruch i na rytm tekstu. I właśnie ruch otwiera spektakl: młoda kobieta miota się wokół łóżka, ciało mówi wcześniej niż słowa. To pierwszy sygnał, że decyzje, które podejmie, uruchomią lawinę zdarzeń. Daniel Salman, grający młodego mężczyznę, jest skulony, jakby organizm już się poddał.

Tekst staje się tu najważniejszym teatralnym narzędziem. Jego powtórzenia nie mają brzmieć efektownie – to kolejne podejścia do tej samej emocji, kolejne próby nazwania czegoś, czego nazwać się nie da. Ale najważniejsza w tym dramacie jest wittgensteinowska niemożność porozumienia. To sytuacja, w której dwie osoby mówią tym samym językiem, ale niczego sobie nie przekazują. To nawet nie konflikt – to równoległe istnienie dwóch samotności.

Największy ciężar spoczywa na Marcie Ledwoń. Jednak w kluczowych scenach z kochankiem Baste (Krzysztof Olchawa), w których powinny pojawić się rozdarcie, poczucie winy i strach, nie udaje się jej skutecznie zbudować napięcia.

Magdalena Sztejman w roli matki próbuje wprowadzić ton farsowy, jakby chciała tę postać rozładować. Ten gest osłabia semantykę scen – matka jest figurą toksyczną, zimną, nieprzyjemną i nie wymaga złagodzenia. Z kolei ojciec, grany przez Tomasza Bielawca, pozostaje ledwie zauważalny.

Najpełniej udaje się w tym przedstawieniu konsekwencja formalna. Lewandowski nie podkręca, nie unowocześnia Fossego, nic mu nie dopisuje. Pozostaje przy jego świecie – surowym i zamkniętym w depresji, oczekiwaniu, w fałszywej nadziei. Reżyser odsłania tę strukturę bez patosu, ale też bez efektu. Ogromne znaczenie ma za to niepokojąca, klimatyczna muzyka Rafała Rozmusa.

To właśnie uwięzienie staje się głównym doświadczeniem widza. Nie w znaczeniu wielkiej metafory, lecz rzeczywistości, w której człowiek tkwi obok drugiego człowieka, a nie potrafi się do niego zbliżyć.

Teatr w tej inscenizacji nie daje pocieszenia. Daje coś innego: możliwość zobaczenia, jak łatwo człowiek zapada się w sobie i jak trudno wrócić do życia.

Ocena recenzenta: 4,5/ 10.

Tytuł oryginalny

Uwięzieni

Źródło:

Teatr dla Wszystkich
https://teatrdlawszystkich.pl
Link do źródła

Autor:

Malwina Kiepiel

Data publikacji oryginału:

01.12.2025

Sprawdź także