„Quo Vadis” wg Henryka Sienkiewicza w reż. Wojciecha Kościelniaka w Teatrze Muzycznym im. Danuty Baduszkowej w Gdyni. Pisze Małgorzata Jęczmyk-Głodkowska na blogu zpierwszegorzedu.pl.
Henryk Sienkiewicz skonfrontował w „Quo Vadis” dwa światy – rozmiłowaną w doczesności cywilizację rzymską oraz rodzące się chrześcijaństwo. Nie ukrywał przy tym, że patrzy z chrześcijańskiego punktu widzenia, a jego powieść ma akcentować wyższość nowej religii nad patrycjuszowskim rozpasaniem. Cóż – wielu krytyków tuż po wydaniu utworu u schyłku XIX wieku twierdziło, że autor bardziej przekonująco odmalował tych odpychających i lubieżnych pogan niż ich pokornych, pełnych wiary antagonistów.
Można nazywać autora „Trylogii” (za Gombrowiczem) „pierwszorzędnym pisarzem drugorzędnym”. Można kpić z fabularnego schematu biegu do ołtarza z przeszkodami, który z takim upodobaniem stosował w swoich powieściach, i krytykować to, że z wydarzeniami historycznymi poczynał sobie równie swobodnie jak amerykańscy scenarzyści. Nie można mu jednak odmówić nieledwie filmowej wyobraźni, rozmachu w odmalowywaniu świata przedstawionego, umiejętności tworzenia fabuły wartkiej i pełnej widowiskowych zwrotów akcji, wreszcie – kreowania wyrazistych, intrygujących bohaterów.
Nic więc dziwnego, że Wojciech Kościelniak, który nadał własny znak jakości musicalowym adaptacjom rodzimej literatury, takim jak „Lalka”, „Chłopi”, czy „Wiedźmin”, postanowił zmierzyć się także ze słynną powieścią Sienkiewicza. Prapremiera musicalu „Quo Vadis” w jego reżyserii (napisał do niego również scenariusz oraz teksty piosenek) odbyła się 14 września 2024 roku w gdyńskim Teatrze Muzycznym.
Scenę zasłania szara, jakby okuta blachą ściana. Pośrodku niej znajduje się wejście z czerwoną kotarą, nad nim półkolisty napis „Quo Vadis”. Gasną światła, a na proscenium pojawiają się one. Trzy Furie, rzymskie boginie świata podziemnego, utożsamiane także z greckimi Eryniami, bóstwami zemsty i gniewu. „Z pianą na gębie, juchą na zębie”, uzbrojone w korbę pozwalającą nakręcać mechanizm dziejów, będą odtąd przewodniczkami i narratorkami opowieści. Niestrudzona (Katarzyna Kurdej), Mścicielka (Magdalena Smuk) i Zawistna (Aleksandra Meller) wprawiają w ruch machinę. Unosząca się ściana odsłania przestrzeń przypominającą… wnętrze kabaretu. Rozpoczyna się spektakl – dosłownie i w przenośni. Teatr w teatrze.
Dekadenckie nocne życie Republiki Weimarskiej jako metafora upadającego Rzymu? Wielce to smakowity pomysł.
Umieszczona pośrodku na scenie obrotowej konstrukcja kojarzy się z Koloseum. Zbudowane na kilku poziomach arkady (ten sam motyw zamyka też przestrzeń z tyłu i po bokach) będą migotać setkami żarówek (wszystkich jest ponad 1700!), symbolizując przepych cesarskiego pałacu czy willi Petroniusza. Przysłonięte białą półprzezroczystą materią krużganki zamienią się w ubogie insule chrześcijan na Zatybrzu. Pozbawione ozdób i ciemne, staną się katakumbami.
Scenograficzny zamysł Mariusza Napierały połączony z podkreślającą nastrój reżyserią światła Tadeusza Trylskiego pozwala na różnorodne wykorzystanie przestrzeni. Rozwiązania zaproponowane w scenach igrzysk (lwy, tur, pochodnie Nerona) są charakterne w symbolice, a jednocześnie pozbawione zbytniej dosłowności.
Libretto musicalu jest wierne literackiemu pierwowzorowi. Wątki splatają się ze sobą, a poszczególne sceny płynnie przechodzą jedna w drugą i nie nużą – mimo że spektakl trwa blisko cztery godziny.
Inscenizacja Wojciecha Kościelniaka wydobywa esencję charakterów sienkiewiczowskich postaci. W rewiowym theatrum mundi, którego mechanizmem sterują Furie, bohaterowie, niczym marionetki, nakręcani są pierwotnymi instynktami: żądzą władzy, pożądaniem, nienawiścią, rywalizacją, mściwością, gniewem.
Być może w powszechnej świadomości Marek Winicjusz funkcjonuje głównie jako zmieniający się pod wpływem miłości amant, ale nie da się ukryć, że przez długi czas jest po prostu porywczym brutalem, mordującym w przypływie szału starego niewolnika – swego pierwszego nauczyciela, i snującym erotyczno-sadystyczne fantazje o tym, jak zemści się na Ligii, gdy ją dopadnie. Jakub Badurka świetnie oddaje to, jak trudno Winicjuszowi zrozumieć poglądy Ligii, kompletnie sprzeczne z jego naturą człowieka, który zawsze dostawał, czego chciał.
Często podkreśla się wewnętrzną siłę i prawdę Ligii, które odgrywają ogromną rolę w przemianie Marka. Ale nie da się ukryć, że wpływ na własne losy ma nikły. Julia Duchniewicz ukazuje taką bohaterkę – wycofaną, nieobecną, zatopioną w duchowym świecie.
Przykuwającą uwagę kreację tworzy Rafał Ostrowski jako Neron, szaleniec, morderca i lichy artysta, ubolewający nad tym, że musi zajmować się rządzeniem, podczas gdy jego prawdziwym powołaniem jest sztuka, dla której jest w stanie podpalić świat. Kontrastowo wobec niego ukazany jest Piotr Apostoł. Duchowego przywódcę chrześcijan w interpretacji Bernarda Szyca przygniata brzemię odpowiedzialności za swój lud i okazuje się w tym po ludzku przejmujący.
Świetna jest Karolina Trębacz w roli Poppei – przekonująca jako dumna i mściwa władczyni, ale także jako złamana matka (scena, w której po śmierci syna musi uczestniczyć w igrzyskach u boku męża, to majstersztyk).
Zapamiętuje się Adriannę Koss – cichą, lecz nieulękłą w swej miłości Eunice, która z czasem zdobywa wzajemność patrycjusza, a także Karolinę Merdę w roli Akte, jedynej, która naprawdę kocha cezara – bo niegdyś był inny.
I tylko wizję Petroniusza trudno mi zaakceptować. Nie jest to, jak się zdaje, kwestia aktorstwa Krzysztofa Wojciechowskiego, a bardziej koncepcji reżyserskiej. Mój ulubiony bohater, pławiący się w zbytkach cynik, celnie punktujący wady świata, w którym żyje i nieoszczędzający także siebie, został sportretowany – szczególnie na początku – jako przerysowany błazen. W miarę rozwoju akcji nabiera rysów tragicznych i staje się bardziej taki, jakim go sobie wyobrażam. Ostatnia scena Petroniusza i Eunice, pięknie niedosłowna, jest jedną z najbardziej poruszających w musicalu.
Zderzenie dwóch światów uwydatniają kostiumy Anny Adamek i Martyny Kander. Te rzymskich patrycjuszy to efektowna mieszanka antycznych tog, współczesnych wojskowych mundurów czy płaszczy kojarzących się z gestapowskimi, kabaretowych piór, cekinów i koronek. Dominuje czerń, biel, bordo i złoto. Chrześcijan wyróżniają kombinezony i szaty w różnych odcieniach szarości. Wyjątkiem jest Ligia w białej, krótkiej kombinacji przypominającej bieliznę z początku XX wieku.
Mocne, często graficzne charakteryzacje upodabniają postaci do marionetek. Lalkowatość podkreśla też choreografia niektórych fragmentów. Praca choreograficzna Mateusza Pietrzaka daje oszałamiający efekt, szczególnie w scenach zbiorowych, w których razem tańczy na scenie kilkadziesiąt osób.
Muzyka Mariusza Obijalskiego jest eklektyczna, wielowarstwowa i sięga do różnych stylistyk – czasów niemieckiego kabaretu, międzywojennych rewii, swingu, jazzu. Nie brakuje w niej zarówno mocnych gitar, jak i balladowych fragmentów.
„I tak minął Nero, jak mija wicher, pożar, wojna lub mór” – pisał Sienkiewicz. Ale „przedstawienie musi trwać”. I być może to jest odpowiedź na moje wątpliwości dotyczące dodania ostatniej sceny, która ma obrazować wypaczanie się pięknych idei oraz to, że uciśnieni też ostatecznie stają się oprawcami.
„Quo Vadis” Wojciecha Kościelniaka to zręcznie poprowadzona wizja, popis utalentowanego zespołu oraz imponujące widowisko godne okazałej sceny gdyńskiego Teatru Muzycznego. Zarówno miejsce, jak i pokaźna obsada bez problemu unoszą założoną wieloplanowość i monumentalizm realizacji, odpowiadające rozmachowi powieści.
Korby dziejów w ruch, Furie – the show must go on!