Była sobie raz babcia Halinka, która straszyła Marcina Libera. Przed snem opowiadała mu okrutne bajki. Takie, po których nie zasypiał od razu, lecz jeszcze przez chwilę leżał w ciszy, słuchał skrzypiących drzwi i szumu drzew za oknem. „Złe baśnie” we Wrocławskim Teatrze Pantomimy wyrastają właśnie z takiego doświadczenia: strachu, który zostaje oswajany przez opowieść.
Liber sięga po książkę w wyborze i przekładzie profesor Elizy Pieciul-Karmińskiej „Żyli długo i szczęśliwie, póki nie umarli. Nieznane baśnie braci Grimm”. To zbiór tekstów brutalnych, pozbawionych morałów — baśni, które nie oceniają zachowań jako dobrych lub złych, nie tłumaczą świata i nie oferują pocieszenia, skupiając się na tym, co w człowieku pierwotne: popędzie, lęku, ciekawości, chęci dominacji. Baśń bowiem — jak pisał Michael Köhlmeier, austriacki pisarz oraz wydawca baśni i mitów — jest opowieścią duszy. Nie ma znaczenia, gdzie i kiedy się rozgrywa. Jest w niej wszystko, czego się boimy.
Okrucieństwo w „Złych baśniach” obecne jest na każdym poziomie. Scenografia Mirka Kaczmarka buduje świat przesiąknięty złem i przemocą: krew, fragmenty ciał, zdeformowane zwierzęta, ciemne obrazy z diabłem w tle. Do tego dochodzą kostiumy oraz blackmetalowa muzyka zespołu THVN. Całość tworzy klimat przerażający, a jednocześnie fascynujący. Liber świadomie go zagęszcza.
Oglądamy baśnie: „Sinobrodego”, „Dziewczynę bez rąk”, „Jak dzieci bawiły się w świniobicie”, „Drzewo jałowca”, „Wieloskórkę”. Wszystkie są straszne — i coraz straszniejsze. W żadnej z nich nie sposób znaleźć bezpiecznego punktu ani nadziei. W „Świniobiciu” okrucieństwo osiąga wymiar szczególnie dojmujący: kto widział taki rytuał na wsi, wie, jak potworne jest to doświadczenie. W innych odsłonach pojawiają się trucie pasierbicy, obgryzanie ciała do kości, gwałt, śmierć, a nawet kanibalizm.
Bardzo istotny jest sposób, w jaki Liber pracuje z zespołem WTP. W pełni wykorzystuje potencjał aktorów specjalizujących się w ruchu. Sceny zbiorowe są precyzyjnie skomponowane, dynamiczne, oparte na rytmie. To właśnie ruch pozwala wydobyć intensywność tych historii.
Ważną rolę pełni narratorka (Julia Totoszko), która prowadzi widza przez kolejne opowieści. Jej spokojny, wyrazisty sposób czytania kontrastuje z tym, co dzieje się na scenie. Ten zabieg porządkuje strukturę spektaklu.
Są też momenty zaskakujące: scena z elfem, taniec do piosenki Britney Spears, nagłe zmiany rytmu.
Baśnie braci Grimm powstawały po wojnach napoleońskich i były zapisywane z przekazów krążących wśród ludzi. Grimmowie — ojcowie filologii germańskiej — nie tworzyli dydaktyki narodowej. Zapisywali to, co było obecne w zbiorowej wyobraźni.
Finał u Libera jest prosty. W ostatniej baśni wszyscy szukają klucza. Klucza do komnaty. Tak jak u Sinobrodego. Tak jak w wielu innych baśniach Grimmów. I to wszystko. Nie ma tu żadnego komentarza ani dopowiedzenia.
W tym miejscu przedstawienie się kończy. I zostawia nas w sytuacji, w której to klucz jest ważny, a nie to, co miałby otworzyć. A zatem jest jak w baśniach: wiemy, że drzwi istnieją, ale nie wiemy, co jest za nimi.
Ocena recenzenta: 7,5 /10.