Logo
Recenzje

Teksty Źródłowe: Orfeusz

29.04.2026, 14:41 Wersja do druku

„Orfeusz” Anny Smolar i Tomasza Śpiewaka w reż. Anny Smolar z TR Warszawa na 58. Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym Kontrapunkt. Pisze Daniel Źródlewski na blogu Teksty Źródłowe.

fot. Karolina Jóźwiak

Anna Smolar nie inscenizuje mitu o Orfeuszu i Eurydyce. Ona z nim… rozmawia. Nie, nie polemizuje, ale po prostu rozmawia. We współpracy z dramaturgiem Tomaszem Śpiewakiem tworzy delikatny, uważny i czuły dialog. Siłą spektaklu jest atmosfera pulsująca smutkiem i tęsknotą oraz wnikliwe odczytanie ukrytych znaczeń mitu, a przede wszystkim jego osadzenie w realiach współczesności. W tę opowieść włącza widzów, a poprzez osobliwą formę także aktorów, nie mylić z postaciami. Nie, nie mam na myśli tego, że wyszli z ról i stanęli na scenie sauté. Próbuję wyjaśnić, że udało im się organicznie sportretować emocje, a nie odegrać osoby dramatu. I najważniejsze: wszyscy są tu razem. Wspólnota wobec nieuniknionej tęsknoty.

Czasami w myślach tworzę takie osobiste soundtracki, które ilustrują jakieś zdarzenia, momenty czy sytuacje. Też tak macie, prawda? Gdy wróciłem z teatru do domu, próbowałem znaleźć akompaniament do refleksji po obejrzeniu „Orfeusza”. Pierwsze myśli zawiodły mnie oczywiście do operetki Jacques’a Offenbacha, ale to absolutnie nie pasowało do tego, w jaki sposób te historię snuje Anna Smolar. Tu pasuje jedynie preludium do „Tristana i Izoldy” Richarda Wagnera!

Spektakl stołecznego TR, tak jak utwór Wagnera, toczy się w hipnotycznym rytmie, trochę jednostajnym, niespiesznym, a atmosfera ewidentnie zapowiada katastrofę. Kompozycja Wagnera i opowieść Smolar powoli wyłaniają się z ciszy, jak oddech kogoś bliskiego. To melodia pragnienia, która wciąż rośnie, wciąż się wznosi i w tym niespełnieniu nieustannie się powtarza. Niczym morska fala, która nigdy nie dotrze do brzegu, bo rozbije się o płyciznę. To wreszcie kompozycja utkana z tęsknoty za kimś kogo już nie ma i nie będzie (przepiękny cytat z ostatnich scen spektaklu: „Eurydka jest, tylko nie żyje”).

Pamiętam, że ten utwór był wiodącym motywem filmu „Melancholia” (dziś skompromitowanego i niesławnego) Larsa von Triera. Mam przed oczami scenę, w której Claire pyta swoją siostrę Justine (Charlotte Gainsbourg, Kirsten Dunst), pogrążoną w głębokiej i paraliżującej depresji, czy nie boi się zderzenia Ziemi z Melancholią. Ta zaprzecza, bo w obliczu końca świata nie będzie musiała za nikim tęsknić ani nikt nie będzie tęsknić za nią. To właśnie tęsknota, za kimś kogo już nie ma, jest najbardziej dojmującą emocją, jaką obdarzyła nas natura albo Bogowie.

Nie ma w spektaklu jednej, konkretnej postaci Eurydyki. Eurydyk może być wiele. Trzy, osiem, dwadzieścia jeden, sto czterdzieści trzy Eurydyki, tysiąc albo milion Eurydyk! Anna Smolar nie powierza nikomu tej roli. Eurydyka to lalka, którą animują po kolei poszczególni aktorzy. Stąd też pierwsza scena jako aktorska rozgrzewka i próba zmierzenia się z tajemnicą czy istotą teatralnej animacji – gdzie jest serce lalki? Wprowadzenie było też momentem na zaznaczenie antycznej proweniencji utworu – chór i przejmującą melodią budująca nastrój przedstawienia.

Pomysł Anny Smolar na nieskończenie wiele Eurydyk i Orfeuszów oraz licznych członków ich rodzin i przyjaciół to wielce osobliwa „gra”. Brawurowo pomyślana! Ten zabieg pozwolił na przedstawienie istoty żałoby widzianej z wielu perspektyw. W pierwszych scenach próbowałem tworzyć coś na kształt drzewa genealogicznego krewnych Eurydyki i Orfeusza, ale szybko tę praktykę porzuciłem, by skupić się na analizie tego czego nie widać na pierwszy rzut oka, a co można jedynie odczuć. A jestem tym, który poznał już gorzki smak żałoby po stracie ojca.

Annę Smolar zajmuje właśnie ten wątek antycznej przypowieści. Bada go z różnych perspektyw (POV). Orfeusz może być mężem, kochanką, mężczyzną, kobietą, dzieckiem… Smolar pyta jeszcze jak odejście kogoś przeżywać będzie matka, dziecko, lekarz, brat… Finalnie to i tak nie ma absolutnie żadnego znaczenia. My wszyscy jesteśmy Orfeuszami. Każdy przecież doświadczył, doświadcza albo doświadczy żałoby i tęsknoty…

Nie spodziewałem się, że uda mi się tak szybko zaakceptować to nieco pokrętne transparentne uniwersum. Dziwie się nawet, że nie potrafiłem pewnych uniwersalnych treści wyczytać z samego mitu.

Reżyserka pyta też jak na traumę żałoby patrzeć będą inni i czy będą potrafili to zrozumieć. I choć to rozmowa o sprawach poważnych, ba! ostatecznych, to nie brakuje w niej humoru… A o tym, że mit o Orfeuszu i Eurydyce można opowiadać z oczyszczającym dystansem pokazali już przecież Jacques Offenbach, Ludovic Halévy i Hector Crémieux, twórcy wspomnianej już komicznej operetki „Orfeusz w piekle”. Oczyszczający uśmiech może pomóc w przerobieniu traumy tęsknoty. Tak chyba zresztą w żałobie jest, że to nieustanny smutek przetykany prozaicznością, a czasami właśnie potrzebą dystansu, oczyszczenia, odpoczynku. I taką rolę odegrał w spektaklu czarny i ironiczny humor, który Smolar ze Śpiewakiem umiejętnie wpletli w niskie tony historii. Wielokrotnie z widowni można było usłyszeć, może nie salwy śmiechu, ale szczere rozbawienie. Komiczna siła śmierci jest zresztą całkiem pokaźna (sic!). Za przykład niech posłużą sceny, w których Orfeusz czyta oceny swojej gastrolog na znanylekarz.pl (emotikony słowne!) albo próby przejęcia wirtualnego kontentu z komputera zmarłej matki. Zdecydowanie najbardziej oczyszczające były epitety Dyrektorki Opery wobec „prokrastynacji Orfeusza w produkcji” (znakomita Julia Wyszyńska!) oraz monolog Milicjantki, przywodzący na myśl figurę Opinii Publicznej z operetki (cóż za scena Justyny Wasilewskiej!). Rozładowaniu napięcia miały jeszcze służyć krótkie fragmenty audycji Radia Słońce, w których Jacek Beler niczym Chris o poranku z kultowego „Przystanku Alaska” udzielał on-air bezcennych życiowych porad.

Forma i atmosfera pierwszych kilkunastu minut spektaklu zdziwiła i zaskoczyła, może nawet przez chwilę zmęczyła, ale później bez reszty wciągnęła. Uległem tej pozornie spokojnej narracji, lekkiemu tonowi, swobodnie i beznamiętnie płynącym dialogom i monologom. Dziwne... Klimat spektaklu jest powściągliwy, pomimo tragedii nie ma tu krzyku, histerycznego szlochu, rozpaczy, jakiegoś rozdygotania. To znaczy to wszystko jest, ale gdzieś w środku bohaterów, między słowami, nie słychać i nie widać tego na zewnątrz. Do ostatnich chwil nic nie zburzyło (ani nie wzburzyło) stanu w jaki dałem się wprowadzić. A ani na sekundę nie straciłem też czujności, skupienia i jakiegoś niewyjaśnionego napięcia, które utrzymywało się przez cały czas trwania przedstawienia. Może tym była ta linka poprowadzona przez przestrzeń publiczności?

Sporą część przedstawienia mogłoby sponsorować konsorcjum wszystkich wojewódzkich oddziałów NFZ-u albo jakieś ogólnopolski kartel Urzędów Stanu Cywilnego. Gros scen toczy się właśnie w szpitalu albo kręci wokół cywilno-urzędowych spraw. To bardzo przykre, że na ludzi, którzy właśnie kogoś stracili spadają biurokratyczne obowiązki. A może to sprytne? Ogrom spraw, dokumentów, oświadczeń, aktów czy potwierdzeń, które trzeba załatwić po śmierci bliskich, nie pozwala na poddanie się smutkowi i nakazuje wykonywać bezemocjonalne czynności. Duże wrażenie zrobiła na mnie scena tocząca się właśnie w szpitalu bezpośrednio po śmierci Eurydyki, w której Orfeusz obdzwania rodzinę i przyjaciół z informacją o wypadku w Klubie (skąd tam wąż?). Nieznośnie długa scena spełniła swoje zadanie, mnie zgięło – „Eurydyka nie może przyjść jutro do pracy, bo nie żyje”. Później był jeszcze mocniejszy fragment, który zatrzymał dla mnie na chwilę świat. Myślę, o mowie pogrzebowej. Utknięcie słowa w gardle można porównać jedynie do ości z trudnej ryby, do karasia z jakiegoś burgundzkiego jeziora…

Przez większą część spektaklu jedynie „ocieramy” się o antyczny mit. Ten eksploduje w drugiej jego części, zmieniając rytm, dynamikę, a nawet przestrzeń. Oba światy – ten rzeczywisty i mroczny Hades – walczą o uwagę bohaterów i widzów. Czy mitologiczna historia może mieć wpływ na autentyczne emocje i odczuwanie cierpienia? Na szczęście twórcy spektaklu nie brną w to i konsekwentnie opowiadają nie fantastyczną historię, ale kontynuują rozmowę o niezrozumiałym i niemożliwym do uśmierzenia bólu… Sam mit przydał się za to doskonale do przepięknej i mądrej metafory o potrzebie świadomego pożegnania. Smolar rozszczelnia antyczną przypowieść i wpuszcza do środka współczesne powietrze, pozwalające na czytelniejsze odczytanie uniwersalnych metafor.

Przenikanie się tych światów – antycznego i realnego – miało dość musicalowy charakter. Pauza na piosenkę i wracamy do rzeczywistości. Niezłe! Szczególnie, że atrybutem mitycznego Orfeusza była lira o anielskim (sic!) brzmieniu, to nie mogło tu zabraknąć muzycznych fragmentów. „Antyczny chór” już na początku przedstawienia budował jego niepokojącą atmosferę, ale późniejsze muzyczne fragmenty mają odmienny charakter. To przede wszystkim niezwykle poruszająca „telefoniczna aria” syna z matką, parafraza wzruszającej pieśni Celine Dion albo rozśpiewany Cerber w potrójnym swetrze. Choć to ostatnie było raczej żartem, to pozostał ślad osobliwego patetyzmu, jaki pamiętamy z oryginalnego wykonania hymnu „Przychodzimy, odchodzimy” w Piwnicy pod Baranami.

Anna Smolar poprowadziła swoich aktorów znakomicie, a ci odwdzięczyli jej się wielkim zaufaniem i niespotykaną rzetelnością i czułością tworzenia postaci. A nie mieli łatwego zadania, bo struktura przedstawienia jest dość zawiła i osobliwa (ekhm). Dość powiedzieć, że szóstka aktorów kreuje tu ponad 40 postaci. Smolar obdzieliła wszystkich po równo – każdy miał możliwość stworzenia postaci pełnych dramatyzmu, ale także charakterów o mniejszym zabarwieniu tęsknotą i cierpieniem. Szczególnie poruszyła mnie kreacje Justyny Wasilewskiej. Aktorka zachwyciła balansowaniem na granicy niewytrzymania… Widziałem żarzący się lont, któremu za wszelką cenę nie pozwalała dotrzeć do zapalnika i to w każdym ze swoich scenicznych wcieleń. Wzruszył mnie też w scenach rozmów telefonicznych z e-matką Mateusz Górski. Niski ukłon dla całego zespołu aktorskiego!

Anna Met miała nie lada trudne zadanie. Jak i gdzie pomieścić opowieść z pogranicza światów. No jak to? W poczekalni! Faktycznie stworzyła uniwersalną przestrzeń, która co scenę zmieniała swoje funkcje. Była szpitalem, teatrem, mieszkaniem, cmentarzem, ulicą… Jedynie Hades umieściła poza nią, za tajemniczymi drzwiami, których nie chcemy otwierać. Dzięki czarom teatralnej technologii (reżyseria światła: Rafał Paradowski) poczekalnia w mgnieniu oka, lub mrugnięciu reflektora, zmieniała się w ów przedsionek piekła. Jej znakomitą pracę dopełnili (wypełnili?) niepokojącymi dźwiękami Enchanted Hunters czyli duet Magdaleny Gajdzicy i Małgorzaty Penkalli.

Tak jak mitologiczny „Orfeusz” i operetkowy „Orfeusz w piekle”, tak i „Orfeusz” Anny Smolar nie może skończyć się katharsis. Nie ma tu miejsca na happy end. Ale jest miejsce na refleksję, chwile zadumy, pięknych wspomnieć i pcoieszenia, że… Wszyscy jesteśmy Orfeuszami!

Źródło:

Teksty Źródłowe
Link do źródła

Sprawdź także