„Creatures of Interest” w chor. Antonia Tauriny z Gruppo e-Motion z Włoch oraz „Szepty niewysłuchane” w chor. Oli Komarnickiej na 22. Międzynarodowym Festiwalu Tańca Zawirowania w Warszawie. Pisze Marlena Czarny.
Dziewiąty dzień Międzynarodowego Festiwalu Tańca Zawirowania zostawił mnie z poczuciem, że oglądałam dwa spektakle o spotkaniu z obcością – ale każde z nich opowiadało o niej innym językiem. W Creatures of Interest grupy Gruppo e-Motion, w choreografii Antonio Taurino i wykonaniu Angeli Caputo oraz Camilli Perugini, obcość była dziwna, groteskowa, chwilami zabawna, a jednak podszyta kruchością. W Szeptach niewysłuchanych w choreografii Oli Komarnickiej, tańczonych przez Julię Buczyńską i Bartłomieja Malarza, obcość miała wymiar bardziej wewnętrzny – była tęsknotą, lękiem, brakiem odpowiedzi, ciałem pozostającym w stanie oczekiwania.
Creatures of Interest zaczęło się dla mnie jak scena z kryminału. Na scenie leżała dziewczyna w białej sukni – nieruchoma, jak ciało porzucone na ulicy, jak ślad po czymś, czego nie da się już cofnąć. Ten pierwszy obraz był zimny i niepokojący, ale zaraz potem spektakl zaczął odsuwać się od realizmu i wchodzić w przestrzeń snu, dziwności i własnej, osobnej logiki.
Kiedy pojawiła się druga postać, od razu miałam poczucie, że nie wchodzi człowiek, lecz jakieś osobliwe stworzenie – bardziej ptak niż kobieta, bardziej instynkt niż tożsamość. Pióro w ustach, biały top, biała bielizna, walizka narzędziowa, z której biło zielone światło – wszystko to budowało figurę jednocześnie komiczną, niepokojącą i wzruszającą. Angela Caputo i Camilla Perugini bardzo precyzyjnie prowadziły ten świat balansujący między absurdem a czułością. Ramka ze zdjęciem, pocałowana i ustawiona na scenie, chusteczka delikatnie ocierająca pot z czoła, stetoskop, którym jedna z postaci jak szalony naukowiec nasłuchiwała siebie, podłogi i całej przestrzeni – wszystko to układało się w rytuał badania życia, obecności, może także pamięci.
Najciekawsze było dla mnie to, że spektakl nie zatrzymał się na samej dziwności. Gdy obudziła się druga postać, zaczęła się opowieść o spotkaniu dwóch istot, które najpierw się badają, potem testują, później naśladują, aż w końcu zaczynają się do siebie upodabniać. Była w tym gra władzy – sterowanie ciałem drugiej osoby, mierzenie jej, sprawdzanie możliwości - ale też coraz wyraźniejsze pragnienie rozpoznania. Gdy zabrzmiała Maria Callas w Normie, a obie postaci zostały w tej samej bieliźnie, różnica między nimi zaczęła się zacierać. W ich powtarzanych ruchach, w mechanicznej chwilami synchroniczności, w zbyt długim potrząsaniu ręką, było coś śmiesznego, ale też rozczulającego: jakby bliskość rodziła się przez niezręczność.
Najpiękniejsza była scena słuchania serca. Kiedy jedna z postaci podała drugiej stetoskop i zachęciła ją do wsłuchania się w bicie własnego wnętrza, cała wcześniejsza groteska nagle odsłoniła coś niezwykle kruchego. Zdumienie, z jakim tamta słuchała, wyglądało tak, jakby po raz pierwszy odkrywała, że w drugim ciele naprawdę jest życie. W tym momencie absurd przestał być maską – stał się drogą do czułości. Finał, w którym obie witają się z publicznością i patrzą widzom głęboko w oczy, odebrałam jak spokojne wyjście z obcości ku rozpoznaniu.
Szepty niewysłuchane działały zupełnie inaczej. Ola Komarnicka zbudowała wraz z Julią Buczyńską i Bartłomiejem Malarzem świat dużo ciemniejszy, bardziej skupiony na wewnętrznym napięciu niż na zdarzeniu. Początek – dwie postacie siedzące w ciemności, splątane jak śpiące posągi - był jak obraz odrętwienia, z którego dopiero ma się wyłonić życie. Gwałtowny oddech, który nagle je ożywia, od razu ustawia ciało jako głównego bohatera tej opowieści: ciało, które reaguje szybciej niż słowa, które pamięta, przeczuwa, boi się.
Ich ruch był spowolniony, jakby odbywał się na księżycu albo w jakiejś opuszczonej stacji kosmicznej. Przyciągali się i odpychali, zamykali w kręgach własnych ramion, tworzyli niemal geometryczne figury, a jednocześnie cały czas pozostawali dla siebie zagadką. Nie było dla mnie jasne, kim są wobec siebie - kochankami, wspomnieniem, utratą, odbiciem - ale właśnie ta niejednoznaczność wydawała mi się najbliższa temu, co w tym spektaklu najważniejsze.
Najmocniejsza była scena przemocy. Bohaterka, jednym klaśnięciem albo tupnięciem, wprawiała ciało partnera w ruch - coraz gwałtowniejszy, coraz bardziej wyczerpujący, jakby odbierała mu własny rytm i narzucała swój. Bartłomiej Malarz tańczył tę utratę kontroli w sposób bardzo przejmujący: ciało rzucane, podporządkowane, poniewierane, aż do granicy wyczerpania. Julia Buczyńska budowała z kolei postać, która nie tylko dominuje, ale też jakby sama nie potrafi zatrzymać mechanizmu, który uruchomiła. Ta scena nie była dla mnie tylko obrazem przewagi jednego ciała nad drugim. Była raczej obrazem relacji, w której bliskość staje się formą tresury, a potrzeba odpowiedzi - narzędziem przemocy.
A jednak najgłębiej usłyszałam w tym spektaklu nie przemoc, lecz tęsknotę. Tęsknotę za czymś utraconym albo za czymś, co jeszcze trwa, ale już budzi lęk przed stratą. W tym sensie bardzo wyraźnie wybrzmiewa to, o czym mówiła Ola Komarnicka: ciało jako forma szeptu, ciało w stanie oczekiwania i niepewności, ciało, które reaguje na brak spłyconym oddechem, przyspieszonym sercem, napięciem mięśni. To właśnie widziałam na scenie - nie ilustrację emocji, ale ich fizyczny ślad. Jeśli to był szept, to dlatego, że nie mówił wprost. Jeśli był niewysłuchany, to dlatego, że odpowiedź wciąż nie nadchodziła.
Późniejsza przemiana tej relacji była tym bardziej poruszająca. Kiedy ona zdejmuje czarne ubranie, wygląda to tak, jakby chciała zrzucić z siebie złą energię, która nią zawładnęła. Kiedy on budzi się i zaczyna dawać się prowadzić, ich kontakt zmienia ton – nie ma już w nim brutalnego sterowania, jest ostrożność, podtrzymywanie, uczenie się łagodności. Jego solo, w którym zmaga się z czymś ukrytym głęboko w ciele, odebrałam jak walkę z własnym ciężarem, z czymś obcym, co trzeba z siebie wydrzeć, by odzyskać dostęp do samego siebie. Gdy zdziera z siebie ubranie, nie wygląda to jak efektowny gest, ale jak uwolnienie.
Finał był niezwykle subtelny. Dwie postacie trwały osobno, każda w swoim świetle, jakby budziły się z długiego odrętwienia. Potem zaczęły się do siebie zbliżać, niemal lustrzanie, aż w końcu objęły się i zastygły jak dwie rzeźby w ogrodzie. Ten obraz nie niósł namiętności, lecz coś może trudniejszego: ciche rozpoznanie obecności drugiego. Delikatny dotyk bez pewności, ale też bez lęku.
Oba spektakle pozostały we mnie długo po wyjściu z sali, bo oba mówiły o rzeczach fundamentalnych: o obcości, potrzebie kontaktu, tęsknocie, o tym, jak ciało przechowuje lęk i pragnienie zanim człowiek znajdzie dla nich słowa. Antonio Taurino wraz z Angelą Caputo i Camillą Perugini opowiedzieli o tym przez groteskę, humor i czułość. Ola Komarnicka wraz z Julią Buczyńską i Bartłomiejem Malarzem - przez mrok, napięcie i egzystencjalny brak. Po obu przedstawieniach zostało we mnie to samo wrażenie: że najważniejsze rzeczy w tańcu nie są wypowiadane wprost. Zostają pod skórą jak echo, jak drżenie, jak szept, na który długo jeszcze próbuje się odpowiedzieć.