Logo
Recenzje

Zawirowania 2026: Płaczki

8.07.2026, 16:42 Wersja do druku

„Płaczki” w chor. Marty Kosieradzkiej na 22. Międzynarodowym Festiwalu Tańca Zawirowania w Warszawie. Pisze Lucyna Milczarczyk.

fot. Małgorzata Maryl-Wójcik

Podczas ósmego już dnia XXII Międzynarodowego Festiwalu Tańca Zawirowania mogliśmy zobaczyć premierę, na którą bilety wyprzedały się w moment. Mowa o „Płaczkach” według pomysłu i w choreografii Marty Kosieradzkiej. Inspiracją były dla niej kobiety, które zatrudniano, aby lamentowały nad czyjąś śmiercią. To opowieść o żałobie, jednak nie takiej jaką zazwyczaj się przedstawia, a tej przeżywanej z pewnej odległości, która jest bardziej teatrem, niż prawdziwym płaczem.

Na wstępie należy zaznaczyć, że „Płaczki” to coś więcej niż sam układ taneczny. Sama autorka projektu zaznacza, iż był to długi proces, a jego efekt końcowy był wynikiem licznych prób, wykonywanych zadań i improwizacji, których podejmowały się Leeloo Morgan, Marta Chudzyńska i Juliana Jelińska. Wszystkie cztery tancerki wnosiły więc do choreografii coś swojego, bo pomimo że płaczki są współpracującą grupą, to każda z nich to osobny, niezależny byt. Już sam temat jest interesujący, bo chociaż żal po śmierci to motyw powszechny w sztuce, to rzadko kiedy podchodzi się do niego z dystansem. A to właśnie było rolą żałobnic, okazujących głębokie cierpienie, które było tylko pozorne i nie dotykało ich bezpośrednio. Pomimo tego, żal sprawia wrażenie szczerego, głębokiego. Obserwując to przygnębienie chciałoby się pocieszyć płaczące kobiety. Stopniowo pojawia się także gniew i niemożność pogodzenia się z sytuacją. Bardzo ważne jest jednak, że są w tym wszystkim razem, tworząc kobiecą wspólnotę. Wyraźnie wybija się tu więź, która je łączy. Uwydatniają to zunifikowane stroje, relacja widoczna między tancerkami i elementy takie jak taniec w kręgu. Niektóre momenty przypominają wręcz rytuały i celebracje dawnych ludów. Wszystko to przedstawione jest niezwykle obrazowo, dzięki płynnym ruchom i wręcz baletowej gracji. Mamy tu do czynienia z tańcem na wielu płaszczyznach – na szerokiej przestrzeni, po kole czy jako morska fala. Nieprzypadkowo podtrzymywany jest też częsty kontakt z ziemią.

Tancerki próbują czasem się przez nią przekopać, jak gdyby pragnęły tym przywrócić zmarłego do życia. To, co także rzuca się w oczy, to podział na sceny. Zmienia się światło, muzyka oraz odgrywana rola. W jednej scenie widzimy pewność siebie i siostrzeństwo, a z kolei w drugiej całkowitą rozpacz i zawieszenie. Pojawia się też wiele ciekawych rozwiązań. Celnie wykorzystano atrybuty takie jak lusterka, czarna krynolina, a nawet okulary przeciwsłoneczne. Co więcej, mamy tu do czynienia z syntezą sztuk, albowiem w pewnym momencie muzyka zostaje zastąpiona przez recytację wiersza Janusza Bąkowskiego. Warto dodać, że całe dzieło jest głęboko zakorzenione w kulturze, gdyż – poza poezją – czerpie także z utworów muzycznych z różnych epok. Mogliśmy usłyszeć między innymi inspiracje piosenkami Urszuli Dudziak oraz Justina Timberlake’a, „Lacrimosa’’ Mozarta i również współczesne kompozycje. W pewnym momencie wszelkie dźwięki cichną, dzięki czemu rytm wyznacza już tylko szelest ruchów i kostiumów. Innym zaskakującym fragmentem jest też zakończenie, gdzie tancerki schodzą ze sceny wstrząsane drżeniem prawie że szaleńczego śmiechu.

Premiery zawsze mają w sobie coś magicznego i w tym przypadku nie było inaczej.

Budowany przez cały czas trwania spektaklu nastrój jest zarazem spójny, jak i różnorodny. Tancerkom udało się wykreować estetyczny obraz, nie tracąc przy tym na przekazie.

„Płaczki” charakteryzują się dużą scenicznością, dzięki widowiskowym konceptom i dramaturgii. Cechuje je również ponadczasowość, albowiem choć nie zawsze chcemy to przyznać, żałoba jest naturalną częścią ludzkiej egzystencji. Jest to więc dająca do myślenia refleksja, pokazująca jeden z możliwych sposobów jej przeżywania, będący rzadziej przedstawiany i jakkolwiek uwzględniany, ale to właśnie czyni ten spektakl wyjątkowym.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także