„Mężczyźni objaśniają mi świat” wg scen. Mariusza Gołosza na podstawie esejów Rebeki Solnit w reż. Klaudii Gębskiej w Teatrze Narodowym w Warszawie, „Jubileusz” na podstawie filmu „Jubilee” Dereka Jarmana w reż. Macieja Jaszczyńskiego w Teatrze Dramatycznym im. Gustawa Holoubka w Warszawie, „Requiem dla snu” Huberta Selby'ego Jra w reż. Jakuba Skrzywanka, koprodukcja STUDIO teatrgalerii w Warszawie i Narodowego Starego Teatru w Krakowie oraz „Pulverkopf” Edwarda Pasewicza i Krzysztofa Szekalskiego w reż. Katarzyny Kalwat, koprodukcja Nowego Teatru Warszawie i Teatru Polskiego w Poznaniu. Pisze Tomasz Miłkowski w „Przeglądzie”.
Od dawna uważa się, może czasem na wyrost, że teatr jest czułym sejsmografem zmian społecznych, politycznych i kulturowych. W warszawskich teatrach na afiszu pojawiło się ostatnio kilka przedstawień, które próbują objaśniać nam świat.
Mowa o dwóch kameralnych spektaklach: w Teatrze Narodowym na scenie Studio „Mężczyźni objaśniają mi świat" (reż. Klaudia Gębska) i na małej scenie Teatru Dramatycznego „Jubileusz" (reż. Maciej Jaszczyński), a także o zrealizowanym z wielkim rozmachem „Requiem dla snu" (reż. Jakub Skrzywanek) Teatru Studio w koprodukcji ze Starym Teatrem w Krakowie.
O inscenizacji w Narodowym zrobiło się głośno za sprawą sporu w gronie feministek i feministów o to, czy jej twórcom wolno było przypisać Rebecce Solnit autorstwo tego spektaklu (tak stoi na afiszu), a zwłaszcza uczynić z jednej z głównych bohaterek - postaci o imieniu Rebecca, wyraziście granej przez Aleksandrę Justę - osobę nie w każdym calu sympatyczną, chwilami apodyktyczną i przywodzącą na myśl tytułowych mężczyzn, co świat objaśniają. Ten psikus scenarzysty zrobił sporo zamieszania, pozwalając na odrobinę dystansu do feminizmu, który nie musi wyrażać się wyłącznie nieskazitelną walką i bezwzględną słusznością.
Femipolemika nie rozgrzała jednak do czerwoności widowni, aczkolwiek ta spektakl przyjęła dobrze, mimo jego mankamentów. Uczestniczący w środowiskowej polemice nie wzięli pod uwagę tego, że spora część ewentualnych obserwatorów ich sporu, jak również widzów, nie miała pojęcia o istnieniu Rebekki Solnit.
Myśl główna scenariusza autorstwa Mariusza Gołosza, wywiedziona z felietonistyki Solnit, znalazła w przedstawieniu wyraz - idzie o wciąż obecne lekceważenie osiągnięć i kompetencji kobiet, objawiające się w codziennym umniejszaniu i poniżaniu. Mężczyznom przychodzi to z łatwością, mimo długotrwałej edukacji i przestróg. Solnit, amerykańska feministka, opisała ten mechanizm przed wieloma laty. Nie było to epokowe odkrycie, bo charakterystyczne „co ty tam wiesz", kierowane do córek, sióstr, żon, matek i koleżanek z pracy, było wówczas rozpowszechnione. I nadal daje się słyszeć. Z tego punktu widzenia skromny spektakl ma poważną zasługę edukacyjną. A przy tym wnosi powiew optymizmu.
Z fantasy i political fiction wywodzi się z kolei „Jubileusz", spektakl dyplomowy Macieja Jaszczyńskiego. Oparty został na scenariuszu dość przeciętnego filmu Dereka Jarmana o przeniesieniu królowej Elżbiety I w czasie - w epokę punk rocka. To rodzaj fantazyjnej inspekcji dokonywanej w towarzystwie Ariela, pożyczonego z szekspirowskiej „Burzy". Królowa sprawdza, co się stało z jej dziedzictwem: świat psieje, kultura karleje, biedny, biedny Albion, ale biedny też Dramatyczny, że chwyta się tego scenariusza, aby opowiedzieć o kryzysie świata. Wprawdzie akcja toczy się żwawo, ale wygląda na to, że historia zaplątała się we własne sieci i osiadła na mieliźnie kabaretu. Trudno się zorientować, po co ta cała maskarada. Inaczej rzecz się ma z adaptacją powieści amerykańskiego pisarza Huberta Selby'ego Jr. w Teatrze Studio, koprodukowaną ze Starym Teatrem. Mowa o „Requiem dla snu", powieści sprzed prawie pół wieku, która potem doczekała się ekranizacji Darrena Aronofsky'ego (2000). Jakub Skrzywanek wraz z Janem Czaplińskim próbował wpisać tekst w dzisiejszą, polską rzeczywistość. Zbudował całą machinę do ukazania nadciągającego upadku: monumentalną dekorację na obrotówce, przypominającą ołtarz ofiarny, który może się kojarzyć z organami albo z futurystyczną konstrukcją obcego świata.
Wszystko zaczyna się mgławicowo - zza muślinowej kurtyny transmitowane są na ekranach sytuacje rozgrywające się w mieszkaniu. Tam uwięziona jest Matka bohatera, żyjąca marzeniem o występie w telewizji. Z myślą o tym drastycznie odchudza się narkotykami, aby wbić się w czerwoną sukienkę, w której kiedyś oczarowała męża. Spotkanie z synem marnotrawnym wygląda jak w innych opowieściach o potrzaskanych więziach rodzinnych, ale szybko zmienia się pod naporem obsesyjnego entuzjazmu Matki. Anna Radwan w tej roli porywająco odsłania neurotyczny stan bohaterki, balansującej na krawędzi samozniszczenia, do którego zresztą dojdzie.
Jakub Skrzywanek trochę na siłę próbował zmienić lokalizację akcji, toteż długą sekwencję poświęcił demaskowaniu sposobów zdobywania narkotyków za pośrednictwem internetu we współczesnej Polsce - aktorzy cytują ogłoszenia, dzwonią pod podane numery, składają zamówienia. Publiczność się śmieje, ale ta gra trwa za długo i rozbija akcję. Z drugiej strony reżyser nie wykorzystuje magii telewizji - marzenie Matki o występie w show schodzi na plan dalszy i rozmazuje się w masie zbędnych działań.
Potem zalewa nas fala wybujałego seksoholizmu, kompulsywnej masturbacji, beznadziejnego szukania partnerstwa i upadku bohaterów: Matki, Syna i ich otoczenia. Choć nie jest to spektakl do końca dopracowany, ma swoje walory, także aktorskie. Przejmująco postać straceńca buduje Rob Wasiewicz. Teatr objaśnia nam tu świat na czarno, bez żadnego światełka w tunelu.
Za wiele tego światła nie dostrzeżemy też w „Pulverkopfie" według powieści Edwarda Pasewicza w reżyserii Katarzyny Kalwat w Nowym Teatrze. Różni się jednak ta adaptacja od wspomnianych spektakli w Narodowym, Studiu i Dramatycznym tym, że teatr nie przyjmuje w niej misji pedagoga, ale podąża tropem autora pytającego: „Jak opowiedzieć o tym, czego nie wiemy?". Fascynująca powieść Pasewicza wygląda na utwór niemożliwy do przeniesienia na scenę. Oniryzm, wieloznaczność, kapryśny tok narracji, niepewność interpretacji zdarzeń, a nawet ich samych, tworzą rodzaj wiru, w który autor wciąga swoich czytelników. Lektura rozpala wyobraźnię, a teatr tę wyobraźnię powściąga, dookreśla kształtami, materializuje. Trudno zachować ten rodzaj obsesyjnego poszukiwania prawdy, jaki jest udziałem głównego bohatera, pisarza próbującego odtworzyć losy niemieckiego awangardowego kompozytora Norberta von Hannenheima, który zmarł tuż po wojnie w szpitalu dla nerwowo chorych w Międzyrzeczu. Rekonstruując jego losy, bohater zagłębia się we własne wspomnienia i przeżycia, w traumy swoje i rodzinne. Rusza rzeka wspomnień, lęków, odczuć i niepewnej tożsamości.
Z tego wszystkiego rodzi się arcyciekawy, trudny do jednoznacznego uchwycenia teatr, w którym rolę pisarza gra koncertowo Jacek Poniedziałek, a bohatera jego powieści, niemieckiego kompozytora, młody, piekielnie utalentowany aktor Krzysztof Oleksyn. Finałowy monolog Oleksyna, wyrzucany z trzewi jakby na jednym oddechu, to ostatni szaniec obrony przed zagładą. Zniszczenie i przemoc, rozpasany, brutalny seks szaleje po scenie historii i teatru. Dochodzi do głosu w obrazach gwałtu, dotkliwie powracających w pamięci Babki (Bogusława Schubert) i Matki (Alona Szostak). Teatr nie podpowiada, co z tym bagażem zrobić, ale zapala lampkę alarmową, ostrzega, nawołuje do uważności i szukania odpowiedzi na własną rękę.
Taki teatr budzi większe zaufanie niż teatr nauczyciel.