Logo
Recenzje

Quuer Dark Party

12.05.2026, 12:03 Wersja do druku
Wunderkammer w choreografii Marcosa Moraua w Staatsballett Berlin. Pisze Benjamin Paschalski na swoim blogu.

To, co niedostępne, tajemnicze, ukryte zawsze wzbudza emocje i chęć poznania oraz zrozumienia. W moim katalogu odkrywania sztuki zawsze pierwsze miejsce zajmują zdarzenia, które korespondują z tym co nas otacza, współgra z egzystencją. Zarówno cenię zjawiska reagujące na kwestie społeczne czy polityczne, dające szansę lepszego zrozumienia, szerszego spojrzenia na owe kwestie, ale także ciekawa jest reakcja sztuk performatywnych na aspekty kulturowe, te które nadają ton nie tylko pokazom na scenie czy w galerii, ale stają się cieniem ulicy. Sztuka żyje, gdy nie odrywa się od swoich odbiorców, jest jej wspólnym oddechem, współbrzmieniem. Niezwykle interesujące jest obserwowanie życia publicznego: manifestacji, protestów, które w swojej formie zewnętrznej przybierają kształt widowiska i to wielokrotnie tanecznego. Tu ruch odgrywa kluczową rolę, powolny, równomierny staje się niczym sceniczna prezentacja korowodu. Analogicznie nocne kluby, ze swoją transową muzyką. One przyciągają wewnętrznym dusznym, ekstatycznym klimatem, ekstrawagancją, ale i pełnym dwuznaczności parkietem, który jest w stanie pomieścić wiele stylistyk ruchu. Może on oczarowywać nie tylko indywidualnym krokiem, ale również strojem bywalców miejsca. Owe fragmenty życia inspirują twórców. Dla przykładu Piotr Uklański i jego Dance Floor, który dawał szansę odwiedzającym galerie sztuki, wspólnego wejścia na różnokolorową, podświetlaną podłogę i podjęcia unifikującej zabawy. Podczas prezentacji w warszawskiej Zachęcie zestawienie owego eksponatu, migających świateł podłoża, dyskotekowej muzyki i zdjęć naszej krajowej sceny politycznej oraz jak mnie pamięć nie myli godła Rzeczpospolitej, budowało miks społeczno-politycznej narracji, która zmuszała do głębokiej refleksji na temat naszego stanu kultury politycznej.

Owe odniesienia do świata kultury, w twórczości artystycznej, są świetnym komentarzem, prostym zabiegiem ukazywania tego, co widz chciałby zobaczyć, a boi się zapytać. Tego co tłumione, a jednak na swój sposób podniecające, ale dla niektórych, poprzez system norm, zakazane. Świat queer dla wielu tylko widoczny na ekranach telewizyjnych podczas relacji z parad równości wzbudza zainteresowanie swoją niepospolitością oraz odmiennością od codziennej sztampowości. Kultura kampu, gdy weźmiemy pod uwagę źródłosłów: pozowania na kogoś, zachowywania się w przesadny sposób, również wzbudza uwagę i staje się tajemnicą, którą warto posiąść i zagłębić się w sferę znaczeń i osobliwej indywidualności. I właśnie owe kosmosy, dla większości z nas dalekie oraz niedostępne, są świetnym polem dla ekspresji twórczej, dają wielką szansę obcowania z tym co wzbudza zainteresowanie, a podlane sosem wartościowej prezentacji może stać się ekscytującym zjawiskiem artystycznym.

Marcos Morau, hiszpański artysta wizualny i choreograf, który studiował fotografię, ruch i teatr, od kilku dobrych lat wyznacza rytm tanecznej ekstazy światowej sceny tańca. To założyciel formacji La Veronal, z którą eksperymentował tworząc indywidualne laboratorium sztuki performatywnej. Jednak eksplozja jego talentu związana jest ze współpracą z kluczowymi formacjami tańca na świecie. To zarówno krótkie prace, ale najważniejsze, które odbiły się szerokim środowiskowym echem, a także wzbudzają zachwyt publiczności, są jego pełne spektakle. W nich odbija się cała fantazja, kreatywność i wizyjność artysty. Afanador przygotowane dla Ballet Nacional de Espana czerpiące z życiorysu i twórczości Ruvena Afanadora pełne surrealistycznych scen, hiszpańskiego klimatu, stylizowanych kostiumów i kluczowego wyróżnia: eksplozji tanecznej fiesty. Rozegrane w czarno-białych barwach jest abstrakcyjną formą, w której dominuje niesamowita, synchroniczna praca całego zespołu. To, co proponuje Morau, to hipnotyczna podróż we wnętrze poszczególnych ruchowych obrazów jak fotograficznych ujęć, które powielane, stają się wciągającą opowieścią o świecie Półwyspu Iberyjskiego.

Nachttraume przygotowane dla baletu w Zurichu urzekało swoją wizją przyszłości, świata zmor, zwid i przestrachu przed tym co wkrótce może nas spotkać. Ponownie w świecie dwóch barw artysta kreuje to co przed nami: brak możliwości dialogu, rozmowy, nieustającego sporu, dominacji pieniądza, ciągłej kontroli i sformatowanego, jednolitego społeczeństwa. Choreograf uwielbia ten motyw – ujednolicenia postaci, gdzie nie ma płci, zatracają się kontrasty, a perfekcyjnie ubrani ludzie z idealnie ułożonymi fryzurami tworzą spójną masę podporządkowania. Tym co wyróżnia jego prace jest bit muzyki, który przybiera barwę grozy, niebezpieczeństwa, zagrożenia ze stałym rytmem wzmacniającym klarowność tanecznego wykonania.

Ostatnia premiera nowej pracy Marcosa Moraua odbyła się w Berlinie. Muszę przyznać, że wielce mi imponuje pomysł prowadzenia zespołu Staatsballett przez Christiana Spucka. Ciekawy, nieoczywisty repertuar, dbanie o zespół wykonawców i jasna kampania marketingowa lokują formację wysoko w europejskim rankingu instytucji. Ale stolica Niemiec to nie tylko to, co odkryte: liczne instytucje kultury z Wyspą Muzealną, wiele teatrów dramatycznych i oczywiście jedna z najlepszych orkiestr filharmonicznych. Kulturowy puls to także życie nocne: kluby i lokale, które skrywają swoje tajemnice różnorodności. To miasto fascynowało, a przecież czasy Republiki Weimarskiej lokowały Berlin jako najbardziej rozrywkową stolicę Europy. I nie idzie tylko o świat kabaretu, ale właśnie życia nocnego przesiąkniętego krainą owocu zakazanego, ociekającego dwuznacznością i różnorodnością seksualną. Ta mekka, którą odwiedzał cały artystyczny świat zamarła wraz z dojściem Adolfa Hitlera do władzy. Dziś nadrabia ów stracony czas, a queer i kamp oddycha nowym brzmieniem życia po północy, a także otrzymuje nowe tchnienie na deskach scenicznych dzięki tanecznej ekstazie Marcosa Moraua.

Tym razem, posiłkując się tytułem spektaklu, choreograf zabiera publiczność w świat nie renesansowego czy barokowego „gabinetu osobliwości”, ale właśnie owego współczesnego świata niesamowitości. Tego, który chętnie podglądamy, ale wstydzimy się wejść do środka. Fascynuje go nocne życie, odmienne, nieodkryte, zamknięte wielokrotnie w odizolowanej przestrzeni klubu. W spektaklu staje się ekstazą tanecznej, ale również wokalnej, eksplozji. Bowiem tancerze nie tylko oczarowują ruchem, ale także uwodzą niczym chóralnym, ale raczej wspólnotowym, śpiewem. To seans bycia razem, co udowadnia ostatnia scena, gdy artyści rozchodzą się wśród publiczności.

 Niezwykle ważna jest muzyka Clary Aguilar i Bena Meerwina. To dwa rodzaje dźwięku nachodzące na siebie. Z jednej strony bit, który nadaje rytm wykonania, a z drugiej brutalna kompozycja pełna ostrości i wyrazistości wzmaga ów świat niesamowitej odizolowanej przestrzeni. Morau zabiera publiczność w podróż z udziałem dwudziestu siedmiu tancerzy. Kolejny raz jednakowo ubrani w ciekawe kostiumy Silvii Delagneau tworzą jednolitą masę ekskluzywnego, choć ekstrawaganckiego towarzystwa, które spotyka się w jednym miejscu, w jednym czasie. Stroje nawiązują swoim krojem do stylistyki dwudziestolecia międzywojennego, pełne dwuznaczności i wyuzdania oraz queerowego sznytu. To niczym surrealistyczny seans, w którym nic nie ma pewnego, jasnego celu, w jakim kierunku zmierza. Pisałem już o tym, że owe spektakle przywodzą na myśl filmy Luisa Bunuela. Przerysowanie i wyolbrzymienie stanowią przewodnią myśl owej podróży nocy, ciemnej strony życia. Kreska tańca jest ekstatyczna. To nieustanny ruch, pulsy, rytmy, drgania. Trans, który nie tylko się odbywa, ale jest przeżyciem jakby jutro miałby skończyć się świat. Płeć nie ma znaczenia, ukryta pod jednolitymi strojami, ale liczy się przeżycie owej imprezy z tańcem i dla tańca. To na swój sposób wypowiedź pokoleniowa: wolnego i nieskrępowanego oddechu, a jednak w pełni ułożonego i jednakowo sformatowanego życia. To swoista przewrotność. Niby swoboda i luz, a z drugiej strony jednolitość formy: wyglądu i wspólnego ruchu.

Wunderkammer, złożone z ośmiu scen, rozpoczyna się niewinnie, delikatnie, na swój sposób spojrzeniem w przeszłość. To solista z akordeonem. Symbolicznym instrumentem, który kojarzy się z tym co ludyczne, dawne, zapomniane. Zakurzony eksponat z dźwiękami odwołującymi się do tego, co zostało za nami. Niczym porzucenie powszechności  na rzecz zjednoczonej, odizolowanej oryginalności. Zanurzenie się w świecie odmienności. To oderwanie się od codziennej monotonii we własnym odurzeniu i wspólnotowej ekstazie. Choreograf dla skonstruowania kolejnych epizodów wykorzystuje rekwizyty i elementy dekoracji. Są one symboliczne, ale niezwykle sugestywne. Wspomagają one myśl opowieści, ale przede wszystkim ukazują sens postępujących po sobie mikro sekwencji. Morau umieszcza artystów w orkiestronie, a jego obramowania tworzą niezwykle sugestywne show walki na miny. Niczym w Ferdydurke Witolda Gombrowicza świat wykoślawionych twarzy ukazuje indywidualne stany. Tym razem to synchroniczny, pulsujący układ, w którym tancerze niezauważenie zmieniają miejsca, tworzą zwięzłe formacje, które rozpadają się na indywidualne pola akcji. To także sekwencja na sofie, przy drążku z odbiciem lustrzanym, z udziałem półkolistej kanapy i ulubionym elemencie artysty – okrągłej konstrukcji. Tym razem przypomina ona wieżę, na której szczyt każdy pragnie się dostać, osiągnąć jej horyzont. Dodatkowym wizualnym wsparciem jest oczywiście światło. Jarzeniowe białe, jaskrawe promienie oświetlają ową platformę wokół której, w ekstazie synchronicznego współbrzmienia, wije się masa ludzkiej siły i tanecznej mocy. Ów obraz jest symboliczną koegzystencją, współistnieniem, transowym zatraceniem. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście idea ukazania owej masy, która oczarowuje swoją odmiennością, innością i niesamowitością.

Kluczem dla interpretacji owego spojrzenia na dzisiejszy świat, widziany oczami Marcosa Moraua, jest abstrakcyjność, niedopowiedzenie, alinearność, a przez to możliwość konstruowania indywidualnego odbioru, własnych odczuć i doznań. Twórcy mówią wprost, że obecnie wszystko jest na sprzedaż, ale raczej dla samozadowolenia, hedonistycznej radości niż rzeczywistego zysku. Owe zatracenie nie jest tylko pozytywką z dawnego pokoju dziwactw, ale realnym światem, który tętni, żyje, oddycha obok każdego z nas. Widzimy go, zauważamy, ale boimy się do niego wejść. Dlaczego? Czy opór sprawia to co możemy tam zobaczyć, a może to, że nie umielibyśmy już bez tego żyć? Spektakl to jak skrywane pragnienia, ukryte wewnętrzne moce, marzenia, które wychodzą pod światło blasku reflektorów, dymu i ruchu.

Owe doświadczenie berlińskie, ze świetnym wykonaniem tanecznym, aktorskim i wokalnym ukazuje siłę teatru. Moc umiejętności dotknięcia tajemnic każdego z nas, które boli, uwiera, ale przez to zachwyca. To jak pożądanie, które hamujemy, a należy je wyzwolić. To wielka radość wolności ułożona w zjawiskowym ruchu. Przełamywanie barier, utartych schematów. Niech zatem żyje noc, bo szybko się kończy. 

Wunderkammer, choreografia: Marcos Morau, muzyka: Clara Aguilar, Ben Meerwein, Staatsballett Berlin, premiera: październik 2025, pokazy: kwiecień 2026

Tytuł oryginalny

Quuer Dark Party

Źródło:

benjaminpaschalski.pl
Link do źródła

Autor:

Benjamin Paschalski

Data publikacji oryginału:

11.05.2026

Sprawdź także