Logo
Recenzje

Taniec z cieniem. O samotności, której nie da się wypowiedzieć

6.07.2026, 16:30 Wersja do druku

„[ RÆM project ]” Javiera Martína na 22. Międzynarodowym Festiwalu Tańca Zawirowania w Warszawie. Pisze Marlena Czarny.

fot. Pagal Creative

Szósty dzień XXII Międzynarodowego Festiwalu Tańca Zawirowania przyniósł spotkanie z artystą, który zdaje się traktować ruch nie jako formę ekspresji, lecz jako narzędzie poznawania samego siebie. W spektaklu Javier Martín „RAEM PROJECT” taniec staje się językiem człowieka, dla którego słowa okazują się niewystarczające.

Na scenie znajdują się kamery, telewizor i duży ekran. To przestrzeń przypominająca jednocześnie laboratorium, studio filmowe i prywatny pokój. Martín pojawia się zwinięty w sobie, skulony, jakby spał. Leży nieruchomo, zanurzony w półmroku. Kiedy zaczyna się poruszać, trudno rozstrzygnąć, czy właśnie się budzi, czy przeciwnie – dopiero wchodzi w głąb snu. Od pierwszych minut spektakl zawiesza widza pomiędzy jawą a wyobraźnią.

Jego ciało nieustannie wymyka się definicjom. Raz przypomina tancerza klasycznego, innym razem aktora pantomimy. Chwilami wygląda jak marionetka prowadzona przez niewidzialne sznurki, by za moment stajć się manekinem, który ożył po zamknięciu sklepu. Bywa smutnym arlekinem, zagubionym chłopcem, upadłym aniołem. W każdym z tych wcieleń pozostaje jednak niezwykle precyzyjny. Ruchy są miękkie, płynne, niemal aksamitne, a jednocześnie pełne napięcia.

Szczególnie hipnotyzujące okazują się zbliżenia dłoni transmitowane przez kamery. Niespokojne palce nieustannie coś chwytają, zamykają, otwierają, rozrywają niewidzialne struktury. To właśnie dłonie wydają się mówić najwięcej. Jakby próbowały wypowiedzieć historię, której nie potrafią przekazać usta.

Spektakl zbudowany jest z kolejnych sekwencji muzycznych. Piosenki nie stanowią ilustracji tańca – stają się jego emocjonalnym kręgosłupem. Każdy utwór odsłania inny stan wewnętrzny bohatera. Przy „Words” F.R. Davida ciało nagle się otwiera. Tancerz porusza się swobodnie, szczerze, jak ktoś przekonany, że nikt go nie obserwuje. Słowa refrenu „Words don't come easy to me” wybrzmiewają jak osobisty manifest. Można odnieść wrażenie, że bohater wybrał taniec właśnie dlatego, że nie potrafi albo nie chce komunikować się językiem.

W jednej ze scen pojawia się sugestywny obraz człowieka wyciągającego coś z własnego gardła. Struny głosowe? Uwięzione słowa? Wspomnienia? Martín zdaje się wydobywać je na zewnątrz i zamieniać w ruch, jakby dopiero taniec pozwalał nadać im znaczenie.

Samotność jest jednym z najważniejszych tematów tego performansu. Artysta nieustannie filmuje samego siebie, ustawia kadry, obserwuje własną twarz i ciało. Jest jednocześnie twórcą, bohaterem i widzem własnego życia lub snu. Testuje kolejne wersje siebie, sprawdza, która okaże się prawdziwa. Patrząc na niego, widziałam człowieka żyjącego w świecie wewnętrznym, introwertyka prowadzącego nieustanny dialog z samym sobą.

Niektóre fragmenty budzą niepokój. Ciało staje się wtedy powykręcane, jakby pozbawione kontroli. Ruchy tracą elegancję, stają się niezgrabne, gwałtowne, czasem niemal bolesne. Za chwilę jednak ten sam człowiek zdaje się pokonywać grawitację, lekki jak piórko, zawieszony gdzieś pomiędzy ziemią a snem. W „Fallen Angel” Ketty Lester przypomina istotę wygnaną z nieba, upadłego anioła, podczas gdy przy „Crying” Roya Orbisona odzyskuje niemal klasyczną elegancję.

Szczególnie mocno wybrzmiewa sekwencja z utworem “Eyes Without a Face” Billy Idola. W twarzy tancerza pojawia się autentyczny lęk. Jakby kolejne „złe sny” rzeczywiście mogły doprowadzić do upadku. Między piosenkami powraca zaś drażniący szum przypominający silny wiatr albo sygnał końca programu telewizyjnego. To dźwięk chaosu. Pustki. Zakłócenia. Być może właśnie wtedy zaglądamy do wnętrza bohatera, do miejsca, którego nie potrafi uporządkować. Muzyka i taniec stają się sposobem oswajania tego wewnętrznego hałasu.

Cały spektakl utrzymany jest w czerni i odcieniach szarości. Czarny kostium, monochromatyczny obraz z kamer, surowa przestrzeń sceniczna budują wrażenie przebywania w świecie pozbawionym emocjonalnych barw. Tym większą siłę ma finał. Kiedy artysta ponownie przyjmuje pozycję z początku spektaklu, jego twarz zalewa ciepłe światło. Po raz pierwszy pojawia się kolor. Delikatny, słoneczny, niemal kojący. Czy to przebudzenie? Ocalenie? Chwila pojednania z samym sobą? Martín nie daje jednoznacznej odpowiedzi.

I właśnie w tym tkwi siła „RAEM PROJECT”. To spektakl, który nie próbuje niczego tłumaczyć. Zamiast odpowiedzi pozostawia pytania. Z czym zmaga się bohater? Z własnym cieniem? Z alter ego? Z niewypowiedzianym bólem? A może z samą potrzebą określenia własnej tożsamości?

Podczas rozmowy po spektaklu Javier Martín mówił o „teksturze ruchu”, o improwizacji i nieustannym przekraczaniu granic własnego doświadczenia. Przyznał również, że w takim tańcu jest coś perwersyjnego – „szukamy ciemności w sobie, tańczymy z własnym cieniem”. Trudno o lepsze podsumowanie tego wieczoru. „RAEM PROJECT” jest właśnie takim tańcem. Spotkaniem z cieniem, którego nie da się całkowicie oswoić, ale któremu warto się przyjrzeć.

Javier Martín zachwyca nie tylko jako performer o niezwykłej świadomości ciała, lecz także jako artysta odważnie poszukujący nowych języków komunikacji. Po tym spotkaniu pozostaje przede wszystkim ciekawość. Co jeszcze może odkryć człowiek, który każdą improwizację traktuje jak podróż w nieznane? I jakie kolejne tajemnice swojego cienia pokaże nam następnym razem?

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także